środa, 12 listopada 2014

"Fatale", Ed Brubaker, Sean Phillips

Scenariusz: Ed Brubaker
Rysunek: Sean Phillips
Kolor: Dave Stewart
Tłumaczenie: Robert Lipski
Wydawnictwo: Mucha Comics
Rok wydania polskiego: 2014
Rok wydania oryginału: 2013
Tytuł oryginału: Fatale: Death chases me
Tytuł alternatywny: Fatale: Śmierć podąża za mną
Tytuł serii: Fatale
Wydawca oryginalny: Image Comics
Gatunek: kryminał/ horror
Liczba stron: 136
Oprawa: twarda
ISBN: 978-83-61319-48-1
Wydanie: pierwsze
Papier: kreda
Druk: kolor
Ocena: 5/6

Szczęśliwie się składa, że ostatnimi czasy mam przyjemność czytać bardzo ciekawe, pięknie wydane albumy komiksowe. Dodatkowym plusem tej sytuacji jest także to, że poznaję warsztat nie znanych mi dotąd artystów, ich wyczucie barw i indywidualne cechy stylów ilustrowania, objawiające się w kresce i sposobie przedstawiania postaci. Mimo tego, że zawsze znacznie bardziej wolałem czytać książki, to jednak komiksy mają swój nieodparty urok, a zilustrowane w nich historie i bogate, kolekcjonerskie wydanie albumów potrafią robić naprawdę duże wrażenie.

Nie inaczej jest w przypadku opowieści graficznej, której lekturę właśnie skończyłem. „Fatale”, bo o pierwszym albumie z tej serii mowa, kusi mrocznym klimatem już z samej niezwykle sugestywnej, od pierwszego wejrzenia przywodzącej na myśl teksty Samotnika z Providence, H. P. Lovecrafta, okładki. „Fatale” jest skrótem od określenia femme fatale, kobiety fatalnej, z którą znajomość już z samej definicji prowadzi do katastrofy, mającej niezwykle destruktywny wpływ na otaczających ją mężczyzn. Jest to kobieta piękna i tajemnicza, wzbudzająca pożądanie i potrafiąca przyprawiać o utratę zmysłów. Niejednokrotnie bywa także niezwykle niebezpieczna, a samo jej istnienie prowadzi do bardzo negatywnych wydarzeń.

Literatura i kino przedstawiały famme fatale już niejednokrotnie, rzadko jednak spotykamy się z sytuacją, by uczyniono z niej bohaterkę komiksu, i to taką, która mimo swoich negatywnych cech potrafi budzić sympatię. Edowi Brubakerowi, odpowiedzialnemu za scenariusz w opisywanym albumie, ta niełatwa sztuka się udała. W pełnej mroku historii, w której teraźniejszość przeplata się z przeszłością, oddał obraz kobiety potrzebującej wsparcia, zastraszonej, lecz jednocześnie doprowadzającej mężczyzn do upadku. To jednak nie wszystko, co składa się na elementy tomu pierwszego „Fatale”, ponieważ album ten jest połączeniem kryminału noir i… horroru. Fabuła tkana przez Brubakera i ilustrowana przez Seana Philipsa jest niezwykle gęsta, a do tego nie da się nie napisać o aż nazbyt wyraźnych nawiązaniach do prozy Howarda Philipsa Lovecrafta. Wrogie człowiekowi bóstwa opisywane przez Samotnika z Providence w „Fatale” mają swoich mrocznych odpowiedników, nie mniej strasznych i nie mniej nieludzkich. Do tego należy dołożyć jeszcze osobliwy kult śmierci, zrzeszenie maniakalnych morderców kierowanych przez niejakiego Pana Bishopa.

Samej Josephine, głównej bohaterce i kobiecie fatalnej, nie można odmówić cech nadprzyrodzonych, gdyż i ona zetknęła się z mrocznym kultem śmierci, stając się czymś więcej niż tylko człowiekiem. Jej przeciwne naturze trwanie odbija się na życiach bardzo wielu ludzi, przecina je niczym kosa łany zboża, nieodzownie prowadząc do krwawego finału.

A krwi w „Fatale” nie brakuje. Tom pierwszy opowieści o Josephine obfituje w śmierć i budzi niepokój, budząc w czytelniku niezdrową fascynację i wciągając go w wir wydarzeń. Całą zawartość pierwszej części historii bardzo trafnie określa jej podtytuł, brzmiący „Śmierć podąża za mną”. Niech to zdanie skłoni Was do zapoznania się z czarnym kryminałem Brubakera i Phillipsa, opowieścią sugestywną i bardzo klimatyczną. Jeśli tak samo jak ja lubicie opowiadania grozy H.P. Lovecrafta, jeśli wciągnęła Was niezwykła historia Harry’ego Angela, to album „Fatale” bez wątpienia okaże się dla Was interesujący.



Na koniec muszę jeszcze wspomnieć o artyście odpowiedzialnym za kolorystykę tego albumu. Dave Stewart, którego prace poznałem już wcześniej przy lekturze komiksu „Catwoman: Rzymskie wakacje”, ponownie stanął na wysokości zadania i stworzył ilustracje bardzo niepokojące, idealnie wręcz pasujące do mroków opisywanych wydarzeń. Jego wyczucie barw, umiejętność ich odpowiedniego rozłożenia i nasycenia, kwalifikuje go w moich oczach jako doskonałego artystę do przedstawiania historii grozy lub tych z pogranicza horroru. Ilekroć stykam się z jego pracami, robią na mnie bardzo duże wrażenie i dodają całej historii atmosfery i klimatu. 

sobota, 8 listopada 2014

"Krocząc wsród cieni", Lawrence Block


Autor: Lawrence Block
Tytuł oryginału: A Walk Among the Tombstones
Seria: Matthew Scudder
Gatunek: kryminał/ thriller
Język oryginału: angielski
Przekład: Krzysztof Bednarek, Tomasz Wyżyński
Liczba stron: 352
Wymiary: 135x215
ISBN: 978-83-7943-897-6
Wydawca: Świat Książki
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Miejsce wydania: Warszawa
Ocena: 3,5/6

Lawrence Block nie jest w naszym kraju autorem szerzej znanym, choć kilka powieści spod jego pióra już się w Polsce ukazało. Parę lat temu miałem okazję przeczytać dwie z nich, będące całkiem sympatycznymi w odbiorze kryminałami. Niedawno ukazał się kolejny kryminał jego autorstwa, „Krocząc wśród cieni”, będący dziesiątym tomem przygód Matthew Scuddera.

Sytuacja autora w Polsce bez wątpienia teraz się zmieni, i to z korzyścią dla niego, gdyż wraz z premierą książki na ekrany kin wszedł film oparty na jej fabule. Dodatkowo główną rolę zagrał w nim aktor światowej sławy, utalentowany Liam Neeson, co – jak bardzo łatwo się domyślić – będzie niezwykle skuteczną reklamą dla nazwiska pisarza. Nie tylko w naszym kraju, ale na całym świecie.

„Krocząc wśród cieni” jest kryminałem z elementami thrillera. W przypadku książki, oczywiście, bo film bez wątpienia cechują dokładnie odwrotne proporcje. Skupmy się jednak na razie na powieści, by dalej móc przejść do porównania książki z kinowym obrazem.

Francine Khoury wybiera się na zakupy. Odwiedza dwa sklepy i kiedy zanosi torby z produktami do samochodu, zatrzymują ją dwaj mężczyźni. Znają jej nazwisko i mówią, że musi pojechać z nimi, po czym wciągają ją do wnętrza furgonetki.

Do męża Francine, Kenana Khoury’ego, Fenicjanina z pochodzenia, dzwoni mężczyzna. Mówi, że ma jego żonę i żądają za nią miliona dolarów okupu. Kenan zgadza się zapłacić i kiedy dostarcza okup, porywacze kierują go do porzuconego na jednej z ulic Brooklynu samochodu. Mówią, że jego żona znajduje się w bagażniku. Gdy Kenan dociera do auta, znajduje na miejscu wiele części poćwiartowanego ciała swojej żony. Każda część z osobna jest zapakowana w folię i oklejona taśmą samoprzylepną.

Matthew Scudder jest byłym nowojorskim policjantem. Obecnie pracuje jako prywatny detektyw, pomagając ludziom rozwiązywać ich problemy. Jest także byłym alkoholikiem, często bierze udział w spotkaniach klubu AA i nie pije od kilku lat. Prowadzi raczej nieskomplikowane życie, poza pracą spotyka się z prostytutką Elanie, będąc z nią w nieformalnym związku. Matt niespodziewanie znajduje wiadomość od Kenana Khoury’ego i zaczyna zajmować się sprawą porwania i sadystycznego morderstwa jego żony.

Styl Lawrence’a Blocka obfituje w szczegółowe opisy przeprowadzanego śledztwa, łącząc je i przeplatając z prywatnym życiem Matta. Autor kreśli równie wyraźnie inne postaci występujące w powieści, poświęca im sporo miejsca, aż do tego stopnia, że czytelnik ma wrażenie, że nad sprawą pracuje grupka przyjaciół. Poświęca także wiele miejsca dialogom, przez co książkę czyta się dość szybko.

Znałem już wcześniej styl pisania Blocka, więc nie jest dla mnie zaskoczeniem, że akcja w jego książkach nie pędzi do przodu jak pociąg ekspresowy. Rozwija się raczej wolno, kolejne elementy układanki niespiesznie wskakują na swoje miejsce, by ostatecznie doprowadzić czytelnika do finału. Niestety, sama fabuła raczej nikogo niczym nie zaskoczy, a nawet nie będzie trzymała zbytnio w napięciu.

Z wersją filmową książki natomiast jest nieco inaczej. Scenarzyści okroili tekst powieści, wyciągnęli z niego to, co najważniejsze, bez litości usuwając niektóre z jego składowych. Nakręcili bardzo sugestywny, klimatyczny obraz, odpowiednio mocno bazując na samej książce, gdyż fabuła filmu jest niemalże tym samym, co tekst powieści. Niemalże, bo pozbycie się paru wątków wyszło filmowi na plus.

„Krocząc wśród cieni” jest dość ciekawą książką. Może maniera pisarska Blocka sprawia, że fabuła nie porywa, ale mimo wszystko całość czyta się stosunkowo ciekawie i bez większych zgrzytów. W tym wypadku, mając do wyboru obejrzenie filmu i przeczytanie książki – które to obydwie czynności mam już za sobą – zdecydowanie polecam wybranie się do kina. 

poniedziałek, 3 listopada 2014

"Catwoman. Rzymskie wakacje", Jeph Loeb, Tim Sale


Scenariusz: Jeph Loeb
Rysunek: Tim Sale
Kolor: Dave Stewart
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Wydawnictwo: Mucha Comics
Rok wydania polskiego: 2014
Rok wydania oryginału: 2014
Tytuł oryginału: Catwoman: When In Rome
Tytuł alternatywny: Catwoman. Rzymskie wakacje.
Tytuł serii:
Wydawca oryginalny: Christine Meyer
Gatunek: fantastyka/ kryminał/ sensacja
Liczba stron: 160
Oprawa: twarda
ISBN: 978-83-61319-42-9
Wydanie: pierwsze
Papier: kredowy
Druk: kolor
Ocena: 6/6

„Catwoman. Rzymskie wakacje”, Jeph Loeb, Tim Sale

Całkiem niedawno przeczytałem album „Batman. Mroczne zwycięstwo”, opowiadający o początkach walki Mrocznego rycerza ze zbrodnią w Gotham City. Jeszcze nie zdążyłem wyjść z podziwu nad perfekcją tej powieści graficznej, nad kunsztem jej autorów, a już nadarzyła się okazja do przeczytania albumu uzupełniającego wydarzenia opisane i zilustrowane w albumach „Batman. Długie Halloween” i „Batman. Mroczne zwycięstwo”. Mowa tu oczywiście o komiksie „Catwoman. Rzymskie wakacje”, opisującym wyjazd Seliny Kyle do Rzymu, którego chronologię należy umieścić pomiędzy dwoma wyżej wymienionymi albumami.

Historia Catwoman przedstawiona w tym wydaniu jest nie mniej mroczna niż opowieści, których głównym bohaterem był Batman. Co więcej, wydarzenia z udziałem Kobiety – kota są integralną częścią genezy Mrocznego rycerza, łączą się z nią i spajają w nierozerwalną całość. Bez tego uzupełniającego, lecz jednocześnie tworzącego odrębną całość albumu fabuła „Długiego Halloween” i „Mrocznego zwycięstwa” byłaby niepełna, brakowałoby w niej odpowiedzi na temat jednej z głównych bohaterek opowiadanej historii, której tajemnicza nieobecność w Gotham City pozostawałaby  dużym znakiem zapytania.

Znając już co nieco wyśmienite umiejętności panów Loeba i Sale’a nie spodziewałem się niczego innego niż pełnowartościowej, doskonale przedstawionej historii. Spotkało mnie jednak dodatkowe pozytywne zaskoczenie w kwestii kolorystyki tego albumu, które nadaje mu tony jeszcze mroczniejsze, niż posiadały dwie opowieści o Batmanie. Tym razem barwami zajął się Dave Stewart, a wyczucie tonów i barw tego twórcy wzbogaca całą opowieść o głębokie czerwienie i żółcie. Niby to niezbyt znaczący fakt, ale przy porównaniu „Catwoman” z dwoma albumami traktującymi o Batmanie już na pierwszy rzut oka widać sporą różnicę, dysonans tonalny oddzielający wydarzenia w Rzymie od tych, które miały miejsce w Gotham. Zabieg zmiany osoby odpowiadającej za kolorystykę tego akurat albumu bardzo mi się spodobał i nie da się ukryć, że wyszedł całości na dobre.

Jak już doskonale wiadomo, Selina Kyle wyjeżdża z Gotham do Rzymu. Zaprasza do współpracy Edwarda Nigmę, przestępcę znanego jako Riddler, by ten mistrz zagadek pomógł jej w rozwiązaniu niejasności jej życia. Przeszłość Seliny jest spowita niewiadomymi i kobieta zdała sobie sprawę, że najwyższy już czas, by spróbować uzyskać odpowiedzi na kilka ważnych pytań.

Z lotniska odbiera ją Blondas, płatny zabójca pracujący dla mafijnej rodziny dona Fillipe Verinniego, „szefa wszystkich szefów”. Selina chce się dowiedzieć od don Fillipe wszystkiego o przeszłości Rzymianina, Carmine’a Falcona, martwego szefa mafii z Gotham.

Pech chce, że wino, które podczas rozmowy z Catwoman pije don Fillipe, okazuje się zatrute. Don ginie z upiornym uśmiechem na ustach i bladością na twarzy, co Selina natychmiast identyfikuje ze skutkami zażycia trucizny przestępcy z Gotham, Jokera.

Guillermo Verinni, syn Fillipe, obwinia Catwoman za śmierć ojca i próbuje ją zabić. Co ciekawe, dysponuje zamrażającą bronią Mr. Freeze’a, kolejnego superprzestępcy z Gotham City. Zdumionej rozwojem wydarzeń Selinie udaje się uciec, jednak jej obecna sytuacja nadspodziewanie szybko bardzo się komplikuje. Choć ma po swojej stronie Blondasa, najlepszego płatnego zabójcę w Rzymie, jej życiu nieustannie grozi niebezpieczeństwo, a nie wszystko jest takie, jakie wydaje się na pierwszy rzut oka… Dodatkowo kobietę prześladują koszmary i halucynacje z Batmanem w roli głównej, co wreszcie, po dłuższym czasie, Catwoman interpretuje jako działanie…

No właśnie, kilku szczegółów nie ma sensu zdradzać w recenzji, gdyż duet Loeb – Sale ponownie stworzył misternie utkaną opowieść, której zakończenia nie będziemy się spodziewać. Warstwa fabularna w stworzonych przez nich albumach jest ich ogromnym plusem, opowiadana historia wciąga, a zakończenia satysfakcjonują. Prace graficzne Sale’a i kolory Stewarta oddają niesamowitą atmosferę opowieści o Catwoman, a mroki przeszłości przestępczyni są warte poznania. 

środa, 29 października 2014

Wolverine: Logan


Scenariusz: Brian K. Vaughan
Rysunek: Eduardo Risso
Kolor: Dean White
Tłumaczenie: Jacek Drewnowski
Wydawnictwo: Mucha Comics
Rok wydania polskiego: 2014
Rok wydania oryginału: 2014
Tytuł oryginału: Wolverine: Logan
Wydawca oryginalny: Marvel Comics
Gatunek: fantastyka
Liczba stron: 80
Oprawa: twarda
ISBN: 978-83-61319-41-2 
Wydanie: pierwsze
Papier: kredowy
Druk: Białostockie Zakłady Graficzne SA
Ocena: 4/6

Śmiało można pokusić się o stwierdzenie, że Wolverine jest jedną z najbardziej popularnych marvelowskich postaci, a już na pewno najbardziej lubianym mutantem z całej grupy X-men. Arogancja Rosomaka, jego pewność siebie i nieustępliwość zyskały mu całe rzesze fanów, a filmowy Logan wykreowany przez Hugh Jackmana powiększył popularność Wolverine’a na całym świecie wielokrotnie. Z upływem czasu nazbierało się już kilka części pełnego efektów specjalnych filmu o marvelowskich mutantach, z czego jedna została poświęcona genezie Rosomaka właśnie. Bazując na jego wciąż rosnącej popularności, Marvel raczy nas kolejnymi albumami komiksowymi, opowiadającymi historie, w których Logan gra pierwsze skrzypce.

Ja sam po raz pierwszy zetknąłem się z X-menami jakieś dwie dekady temu. Przygody tej grupy nigdy nie należały do moich ulubionych, bo choć występujące w nich postaci okazywały się różnorodne i ciekawe, tamte zeszyty komiksowe były bardzo „przegadane”. Nawet podczas licznych walk, pełnych dynamizmu scen, mutanci cierpieli na wyjątkowy słowotok, co zawsze bardzo mnie irytowało. W moim prywatnym rankingu więc komiksy przedstawiające X-menów spadły bardzo nisko. Po pewnym czasie jednak, kiedy firma TM-Semic uraczyła fanów Rosomaka wydaniem specjalnym zatytułowanym „Weapon X”, renoma Logana bardzo w moich oczach wzrosła, a tamto wydanie okazało się strzałem w dziesiątkę. Było pełne mroku, bólu i cierpienia, odkrywało przed czytelnikiem tajemnice niepamięci Rosomaka, ukazywało go nie tylko jako obdarzonego wyjątkowymi cechami mutanta, ale także jako męczonego fantomami przeszłości mężczyznę. Wolverine stał się po prostu bardziej ludzki.

„Wolverine: Logan” również prezentuje nam ludzką stronę Rosomaka. Odpowiedzialny za scenariusz Brian K. Vaughan przenosi nas w przeszłość, do końca II wojny światowej, na tereny Hiroszimy w Japonii. Fabularnie teraźniejszość splata się z koszmarami dotyczącymi przeszłości Logana, kiedy to walczył jako kapral kanadyjskich wojsk. Podczas któregoś ze starć został pojmany i stał się jeńcem wojennym, a w niedoli towarzyszy mu zagadkowy porucznik Warren. Naturalnie Logan ani myśli pozostać w niewoli, więc szybko bierze sprawy w swoje ręce i wydostaje się wraz ze współwięźniem na wolność. Uciekając natykają się przypadkiem na pewną Japonkę, kruczowłosą Atsuko, i w tym momencie dochodzi do poważnej różnicy zdań między zbiegłymi więźniami. Porucznik Warren zostaje zmuszony do oddalenia się, a Logan udaje się wraz z kobietą do jej domu, by ukryć się i po zmroku kontynuować ucieczkę. Nie jest to oczywiście koniec całej historii, gdyż Warren okazuje się być kimś więcej niż tylko żołnierzem…


Całą fabułę albumu „Wolverine: Logan” tworzą w zasadzie dwa splatające się ze sobą wątki. I tyle. Można powiedzieć, że poznajemy jeden z epizodów życia Wolverine’a, mający swój finał po dziesiątkach lat, w teraźniejszości. To opowieść o uczuciu mężczyzny do kobiety, zemście i zmorach przeszłości nie pozwalających umysłowi odetchnąć. Jednakże ta opowieść kończy się zbyt szybko. Album jest krótki, zdecydowanie za krótki, a poszczególne wątki swobodnie mogłyby zostać rozbudowane znacznie bardziej. Zilustrowany przez Eduardo Risso, który bez wątpienia ma spory talent do przedstawiania postaci płci żeńskiej, a pokolorowany przez Deana White’a, ma pewien surowy urok. Logan wygląda dziko, to fakt, co bardzo do niego pasuje, zważywszy na jego naturę i cechy, natomiast Atsuko ma w sobie dużo subtelności. Ich kontrastowe zestawienie wyraźnie podkreśla zróżnicowane cechy obojga postaci.

Opowieść jest ciekawa, lecz mogłaby sporo zyskać, gdyby została bardziej rozwinięta. Opisywane wydarzenia zdają się mocno okrojone, skrócone, i to jest największą wadą tej powieści graficznej. Mroki przeszłości Logana zostają w pewnym stopniu odsłonięte, lecz gdy czytelnik zdąży się wciągnąć w przygodę, ta się kończy. A szkoda, bo mogła wyjść z tej historii rzecz o dużo większej jakości fabularnej. 



niedziela, 26 października 2014

"Millennium, Stieg i ja", Eva Gabrielsson, Marie-Françoise Colombani


Autor: Eva Gabrielsson, Marie-Françoise Colombani
Tytuł oryginału: Millènium, Stieg et moi
Seria:
Gatunek: biografia/ autobiografia/ pamiętnik
Język oryginału: francuski
Przekład: Krystyna Szeżyńska – Maćkowiak
Liczba stron: 200
Wymiary: 148x210
ISBN: 978-83-7659-347-0
Wydawca: Albatros
Oprawa: twarda
Miejsce wydania: Warszawa
Ocena: 5/6

Śmiało mogę się nazwać fanem trylogii “Millennium” Stiega Larssona. Całość przeczytałem dwa razy, ale jestem pewien, że zrobię to jeszcze co najmniej kilkakrotnie. Lektura tych trzech obszernych tomów to sama przyjemność, a postaci Lisbeth i Mikaela nie da się nie darzyć sympatią. Duży stopień skomplikowania fabuły trylogii i świetny styl pisarski jej autora są kolejnymi plusami przemawiającymi na korzyść „Millennium”. Nie można się więc dziwić, że skoro tak, a nie inaczej odbieram trylogię Larssona, nie przeszedłem obojętnie także obok książki dotykającej tematyki jej powstawania i napisanej przez wieloletnią partnerkę i miłość Stiega, Evę Gabrielsson.

„Millennium, Stieg i ja” jest niezbyt pokaźną książką, bo obejmującą zaledwie dwieście stron. Czyta się ją niesamowicie szybko, jest napisana stylem przyjemnym w odbiorze i raczej prostym. Jej fabuła to nic innego jak skrótowy opis życia tej pary, wspomnień ich młodości, rodzin, pracy, jakiej z zamiłowaniem się poświęcali, oraz wspólnych marzeń. Jest to także książka o powstawaniu „Millennium”, a także o niespodziewanej, niewymownie przykrej śmierci Stiega i komplikacji z nią związanych.

Jak dowiadujemy się z blurba zamieszczonego na tylnej stronie okładki, Eva spędziła wspólnie ze Stiegiem  trzydzieści dwa lata życia. Nie da się zaprzeczyć, iż jest to bardzo długi kawałek czasu, a w związku z tym nasuwa się także wniosek, że Eva była bez wątpienia najbliższą Stiegowi osobą. Dzieliła z nim wszystkie aspekty ich wspólnego życia: mieszkanie, pracę, wolny czas. Ktoś taki jak ona jest idealną osobą do napisania książki upamiętniającej utalentowanego człowieka.

Eva przedstawia Stiega nie tylko jako autora sławnej trylogii, lecz przede wszystkim jako  człowieka z krwi i kości, najbliższą jej osobę. Dość dużo miejsca poświęca pracy, jakiej oboje się poświęcali, gdyż wie, że ich zawodowe zainteresowania bardzo wiele mówią o nich samych. W opisach jej ukochanego widać, jak wielkim uczuciem go darzyła, oraz to, że Stieg był mężczyzną jej życia, a także najbliższym przyjacielem. Ktoś być może powie, że takie idealne uczucie nie istnieje, że tego typu relacje między kobietą i mężczyzną wykluczają się wzajemnie, że celem autorki było przedstawienie światu wyidealizowanego obrazu autora „Millennium”. Być może. Sama lektura tej książki nie ujawni nam intencji Evy, i zdaję sobie sprawę z faktu, że z powodu ciągle trwającej walki o spadek i prawa do trylogii mogą one  nie być odbierane tak jednoznacznie, jakby mogło się wydawać. Nie można jednak zaprzeczyć, że na kartach „Millennium, Stieg i ja” kryje się uczucie, że słowa Evy są nacechowane emocjami i emocje wzbudzają również w czytelniku.

Książka porusza problemy, które dla Evy i Stiega okazały się niezwykle ważne. Chodzi tutaj o kwestię konkubinatu i związanych z nim praw obowiązujących w Szwecji. Jako najbliższa autorowi „Millennium” osoba, lecz nie jego żona, Eva musi po jego śmierci walczyć o prawa spadkowe do trylogii. Oburzenie ludzi na całym świecie jest po jej stronie, a dwaj Norwegowie stworzyli nawet stronę internetową, na której zainteresowani jej sytuacją ludzie mogą wspierać Evę moralnie i finansowo. Bo trzeba Wam wiedzieć, że walka o prawa spadkowe, które otrzymali brat i ojciec Stiega, nadal się toczy. Jak wynika ze słów autorki, nie zamierza się poddawać i będzie walczyć o pamięć Stiega i o cele, które przyświecały mu za życia.

Z książki dowiadujemy się o zaskakującym fakcie. Mianowicie o tym, że na firmowym laptopie Stiega spoczywa czwarty, nie wydany dotąd tom „Millennium”. Dla fanów tej trylogii byłaby to wisienka na torcie, że się tak wyrażę, niesamowite zwieńczenie fascynujących przygód Lisbeth Salander i Mikaela Bloomkvista. Eva, jako osoba blisko współpracująca ze Stiegiem także przy powstawaniu „Millennium”, wie, co miałoby znajdować się w czwartym tomie, jednak nie zdradza na ten temat zbyt wielu informacji.

Nie mam podstaw ani do tego, by potwierdzać zawarte w książce słowa, ani im zaprzeczać. Jako czytelnik muszę brać to, co Eva napisała, za pewnik, już chociażby z tej prostej przyczyny, że nie dysponuję szczegółową wiedzą w tej kwestii i nie mam jakichkolwiek powodów do wątpliwości. Owszem, wiem, że walka Evy jest warta grube miliony Euro, ale chyba nie jestem aż tak cyniczny, by nie wierzyć w widoczne w jej słowach uczucia. Dlatego będę nadal współczuł tej niesprawiedliwie potraktowanej kobiecie, żałował śmierci niezwykle utalentowanego pisarza i odbierał „Millennium, Stieg i ja” jako pełen ciepła pomnik ku pamięci Stiega Larssona.

 Stieg Larsson

sobota, 25 października 2014

Nabytki październikowe

Zbliżający się koniec roku obfituje w przybywanie ciekawych pozycji, a lista książek, które chcę przeczytać jeszcze nie została wyczerpana. Wygląda więc na to, że nim nastanie 2015 rok, moja biblioteczka wzbogaci się jeszcze o kilka ciekawych tytułów. No ale póki co, na razie doszło to, co widać na zdjęciach poniżej.

Kilka niezwykle interesujących, naprawdę bogato wydanych albumów komiksowych, będących miłym dodatkiem do recenzowanego ostatnio albumu "Batman. Mroczne zwycięstwo":



A także kilka książek otrzymanych do recenzji, jak również i te, które udało się korzystnie kupić na jakichś przypadkowych przecenach:





Recenzje, naturalnie, już niedługo, choć cykl Resnicka "Starship" musi poczekać na skompletowanie jeszcze dwóch tomów ;-)



piątek, 17 października 2014

Batman: Mroczne zwycięstwo


Pamiętam czasy, kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z komiksami o Batmanie. Były to lata dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku, a firma TM-Semic zasypywała młodzież zeszytowymi wydaniami historii z uniwersum DC i Marvela. Do dzisiaj pamiętam pierwszy numer Batmana wydany w roku 1990, zatytułowany Zabójczy żart i zawierający rysunki rewelacyjnego Barry’ego Bollanda. Potem kolekcjonowałem komiksy z przygodami Mrocznego rycerza jeszcze kilka lat, ale do dzisiaj to właśnie ten pierwszy numer, niezwykle sugestywny i urzekający, utkwił mi w pamięci najbardziej ze wszystkich.

            Pamiętając tamte czasy i trzymając w rękach właśnie wydany komiks Batman: Mroczne zwycięstwo, nachodzi mnie refleksja na temat imponującej ewolucji tej graficznej formy artystycznego wyrazu. Kiedyś komiks był tylko cieńszym bądź grubszym zeszytem, wydrukowanym na papierze kiepskiej jakości i skierowanym głównie do młodych czytelników. Teraz, kiedy minęły lata, kiedy otaczająca nas wszystkich rzeczywistość zmieniła się, komiks stał się towarem luksusowym, trafiającym na rynek czytelniczy w twardej okładce kryjącej wewnątrz stronice z kredowego, błyszczącego papieru. Wyraźnie widać więc, że tak, jak zmieniło się zapotrzebowanie rynku na opowieści graficzne, tak samo ewoluowała jakość komiksu. Taka sytuacja została oczywiście spowodowana inną grupą docelową, gdyż dzisiaj odbiorcami komiksów są już raczej kolekcjonerzy niż młodzież. Mieliśmy zeszyty, a mamy albumy. Za jakość naturalnie trzeba zapłacić, ale trzymając tak imponująco wydany album w rękach nie da się żałować wydanych nań pieniędzy.

            Batman: Mroczne zwycięstwo jest bezpośrednią kontynuacją wydanego w poprzednim roku albumu Batman: Długie Halloween. Da się oczywiście czytać nowszą część bez znajomości poprzedniej, choć wydarzenia rozgrywające się w Mrocznym zwycięstwie są ciągiem dalszym historii opisanej w Długim Halloween. Jednakże autorzy sprawnie podzielili całość na części i choć stanowią one integralną całość, to bez wątpienia Mroczne zwycięstwo jest pasjonującą historią i bez swojej poprzedniczki.

            Wydarzenia, o których czytamy, sięgają początkowego okresu walki Batmana ze zbrodnią i zepsuciem Gotham City. James Gordon zostaje nominowany komisarzem policji, a Harveya Denta, który w Długim Halloween został oblany kwasem i stał się okrutnym Two-Face, zastępuje na stanowisku prokuratora okręgowego Janice Porter. Ta kobieta wydaje się niezwykle zasadnicza w kwestii przestrzegania prawa, przez co działania Mrocznego rycerza są w jej mniemaniu bardzo karygodne. Nic więc dziwnego, że początkowo jej relacje z Jimem Gordonem są co najmniej dość oschłe.

Carmine Falcone, głowa gangsterskiej rodziny władającej Gotham, umiera. Jego miejsce zajmuje córka, Sofia Falcone Gigante, która krótko po pogrzebie otrzymuje tajemnicze zawiniątko. Jest to odcięty palec jej pochowanego ojca, sugestywna wiadomość w starym gangsterskim stylu, oznaczająca ni mniej, ni więcej tylko to, że wszystko, co posiada, zostanie jej odebrane kawałek po kawałku. Jakby tego było mało, z grobu znika ciało Carmine’a Falcone.

Komendant policji Clancy O’Hara, przyjaciel Jima Gordona, zostaje powieszony na moście. Nieznany morderca zostawia przy nim karteczkę z cytatem i rysunkiem wisielca, swoją wizytówkę. Miesiąc później, wraz z odnalezieniem kolejnego powieszonego policjanta, powoli powstaje potworny modus operandi szaleńca. Co ciekawe, morderstwa mają miejsce w dni świąteczne, podobnie jak to było w przypadku Holidaya, schwytanego przez Batmana w Długim Halloween i osadzonego w Azylu Arkham.

Mroczny rycerz musi rozwikłać sprawę powtarzających się wraz z biegiem czasu zabójstw, a także zagłębić się w podziemny świat gangsterskich rodzin i powiązań. Wydarzenia się komplikują, ciągle dochodzą nowe elementy układanki i fabuła nabiera tempa. Wszystko to sprawia, że nie da się oderwać od Mrocznego zwycięstwa.

Kontynuacja Długiego Halloween jest historią niezwykle mroczną i sugestywną. Ciężką, duszną atmosferę potęguje doskonałe wyczucie kolorów Gregory’ego Wrighta, tonacji barw i ich nasycenia. Kreska Tima Sale’a doskonale pasuje do mrocznego wydźwięku kryminału noir, a scenariusz Jepha Loeba wciąga czytelnika i hipnotyzuje. Przedstawienie postaci i ich wzajemnych relacji również nie ma sobie równych, zwłaszcza jeśli chodzi o Batmana. Bruce Wayne został ukazany skromnie, jako nieprzystępny, niechętny ludziom milioner, i gości na kartach albumu tylko sporadycznie. Natomiast Mroczny rycerz wydaje się w stu procentach zasługiwać na swój przydomek. Są chwile, gdy jego bezkompromisowa brutalność i niepowstrzymane parcie do celu budzi większe przerażenie niż działania jego morderczych przeciwników. A trzeba przyznać, że tych ostatnich nie brakuje i nie przebierają wcale w środkach.


Tak jak Długie pożegnanie opisywało powstanie Two-Face, tak Mroczne zwycięstwo jest genezą Dicka Graysona, osieroconego chłopca i pierwszego Robina. Jest to historia utkana z niebywałą wprawą i talentem, fabularnie skomplikowana, ale i dopieszczona, satysfakcjonująca. Trzeba przyznać, że zwroty akcji potrafią rzucić nowe światło na wydarzenia i mocno zaskoczyć, a samo rozwiązanie zagadki ciągle jest niepewne i wymyka się zrozumieniu.

Dodatkowym plusem tej historii jest dokładniejsze przedstawienie postaci Jima Gordona, który w wielu wcześniejszych komiksach był tylko policjantem wydającym rozkazy, pojawiającym się stosunkowo rzadko na kartach opowieści. W Mrocznym zwycięstwie odczytujemy go bardziej jako przyjaciela Mrocznego rycerza, zaufanego powiernika, a także mężczyznę borykającego się nie tylko z przestępczością, ale również z własnymi, nie mniej ważnymi, problemami.


Wydawnictwo Mucha odważyło się wydać bogaty, blisko czterystustronicowy album, zawierający wciągającą, sprawnie napisaną i zilustrowaną historię. Każdy fan przygód Mrocznego rycerza będzie Mrocznym zwycięstwem usatysfakcjonowany, to nie ulega wątpliwości.