piątek, 12 grudnia 2014

"Tropiciel", Vladimir Wolff


Autor: Vladimir Wolff
Tytuł oryginału: Tropiciel
Seria:
Gatunek: thriller/ sensacja/ kryminał
Język oryginału:
Przekład:
Liczba stron: 320
Wymiary: 144x207 mm
ISBN: 978-83-64523-24-3
Wydawca: Warbook
Oprawa: miękka z uszlachetnieniem
Miejsce wydania:
Ocena: 4/6

Z książkami wydanymi przez wydawnictwo Warbook nie miałem wcześniej do czynienia. Owszem, rzuciła mi się ostatnio w jakimś Matrasie „Forta” Michała Cholewy, ale nie zdecydowałem się na zakup tej książki. Literatura militarna nigdy nie była dla mnie czymś szczególnie atrakcyjnym, a nawet więcej, raczej unikałem tego typu powieści, zniechęcony między innymi cyklami militarnej science fiction Dawida Webera. Po prostu działania wojenne, stopnie, rozkazy, formalne zwroty i stosunkowo przewidywalne, mało ciekawe postaci wojskowych prawie nigdy mi się nie podobały. Dlatego do czytania powieści „Tropiciel” podchodziłem z niejakim dystansem. Sugerując się profilem wydawniczym Warbook obawiałem się, że znowu trafię na historię, w której będzie się roiło od różnych kapitanów i sierżantów, mówiących tak, jakby połknęli solidny kawałek deski.

Na szczęście szybko stwierdziłem, że moje przedwczesne obawy tym razem okazały się płonne. Ku mojemu zdziwieniu powieść nie prezentuje sobą tego rodzaju militarnej literatury, z jaką miałem styczność wcześniej. Mało jest w niej wojskowości, za to dużo więcej sensacji i kryminału. Poznajemy Matta Pulsaskiego, amerykańskiego byłego Marines, który przylatuje do Polski, by pochować swojego przyrodniego brata, Rafała Kostrzewę. W związku z tym, że jego bestialskiego morderstwa dokonano w Moskwie, a Rafał był wysłannikiem polskiej ambasady, sprawa ma charakter międzynarodowy i już od samego początku jest dość delikatna.

Sprawą morderstwa zajmuje się ABW, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Kontrwywiad oddelegowuje do opiekowania się amerykańskim gościem jedną ze swoich agentek, Oliwię. Matt jednak, tytułowy tropiciel, ani myśli zostawić sprawę jej własnemu biegowi i zaczyna działać na własną rękę.

„Tropiciela” czyta się szybko i całkiem przyjemnie, akcja obfituje w liczne zwroty i mknie do przodu. Miejsca, w jakich rozgrywają się wydarzenia, zostały opisane dość szczegółowo, co dodaje historii autentyczności. Co do fabuły, to podzieliłbym ją na dwie części. Pierwszą połowę książki można podciągnąć pod znane, liczne historie opowiadające o prywatnej vendetcie niepokonanego samotnego mściciela, które niejednokrotnie już się widziało i czytało. Brak na tym poziomie oryginalności, natomiast druga część, w której na jaw wychodzą tajemnice zagrzebane w przeszłości ojca Matta, prezentuje się zdecydowanie ciekawiej. Cofamy się także o kilkadziesiąt lat wstecz, do okresu, w którym przeprowadzono w Polsce badania nad skonstruowaniem broni atomowej. Wydarzenia nabierają pędu aż do ostatniej strony, a autor postarał się także o to, żeby zaserwować czytelnikowi kilka niespodzianek i zwrotów w tkanej przez niego intrydze.

Postaci, z jakimi obcujemy podczas lektury „Tropiciela”, nie są specjalnie skomplikowane. W zasadzie jednak nie są tutaj wcale potrzebne specjalnie głębokie profile psychologiczne, gdyż fabuła powieści skupia się raczej na żywej akcji. Bohaterowie są dokładnie tacy, jakich można by się spodziewać po książce łączącej w sobie sensację z kryminałem: ani zbyt prości, ani szczególnie skomplikowani. W przypadku głównego bohatera mamy co prawda mieszankę cech pozytywnych i negatywnych, co miejscami sprawia, że nie jesteśmy do końca przekonani, jak właściwie mamy tę postać odbierać. Ostatecznie jednak śledzimy jego poczynania kibicując mu, nawet jeśli momentami wygląda bardziej na czarny charakter.

Ogólnie rzecz biorąc „Tropiciela” należy uznać za powieść udaną, jeśli chodzi o połączenie sensacji i kryminału. Styl autora także jest przyzwoity, choć muszę powiedzieć, że ma zwyczaj zaczynać rozdział i nie podawać początkowo imienia opisywanego bohatera, co każe czytelnikowi domyślać się, o kim konkretnie mowa. Mnie osobiście mocno to irytowało, ale nawet mimo tego i paru drobnych rozwiązań fabularnych, które można by uznać za wątpliwe, jestem całkiem zadowolony z lektury „Tropiciela”.  

poniedziałek, 8 grudnia 2014

„Sex. Letnie uniesienia" – tom pierwszy, Joe Casey, Piotr Kowalski


Scenariusz: Joe Casey
Rysunek: Piotr Kowalski
Kolor: Brad Simpson
Tłumaczenie: Grzegorz Marczyk
Wydawnictwo: Mucha Comics
Rok wydania polskiego: 2014
Rok wydania oryginału: 2013
Tytuł oryginału: Sex: The Summer of Hard
Tytuł alternatywny: Sex: Letnie uniesienia
Tytuł serii: Sex
Wydawca oryginalny: Image Comics
Gatunek:
Liczba stron: 192
Oprawa: twarda
ISBN: 978-83-61319-46-7
Wydanie: pierwsze
Papier: kreda
Druk: kolor
Ocena: 3/6

Ostatnimi czasy zaczytuję się powieściami graficznymi. Nie jakąś tam specjalnie wielką ich ilością, kilkoma zaledwie, jednak parę z nich zrobiło na mnie całkiem spore wrażenie. Zdołały mnie mile zaskoczyć nawet mimo tego, że mniej więcej wiedziałem, czego mogę się po nich spodziewać, znałem ich bohaterów i światy, w jakich funkcjonowali. Jednakże przed lekturą komiksu „Sex. Letnie uniesienia” nie miałem najmniejszego pojęcia, co otrzymam w środku twardej okładki, poza – oczywiście – najbardziej narzuconymi przez sam tytuł skojarzeniami. Nastawiłem się więc na coś nowego, być może nawet innowacyjnego, na historię, która wzbudzi moje zainteresowanie czymś innym niż trudy superbohaterskiej walki z przestępczością. Czasem dobrze jest przedstawić coś znanego w innym świetle, wtedy nawet najbardziej wyświechtane opowieści mogą zyskać nieco świeżości i się spodobać. Niekiedy jednak łatwo jest przesadzić w drugą stronę, odebrać historii to, co w niej najlepsze, a dać w zamian koncept niezbyt ambitny i mało interesujący.

Przejdźmy jednak już do samego komiksu. Pierwszy tom „Sexu” również jest opowieścią o superbohaterze, choć sama nazwa ani okładka wcale na to nie wskazują. Dlaczego? Z tego prostego powodu, iż „Letnie uniesienia” obrazują nam bohatera, który… przestał być bohaterem. Zrzucił rajstopy, że się tak wyrażę, by wreszcie móc prowadzić normalne życie.

Simon Cooke powraca do Saturn City po dłuższej nieobecności. Jest dyrektorem generalnym The Cook Company, firmy, który zapewnia mu miliony. Wcześniej był bohaterem strzegącym sprawiedliwości w mieście, Świętym w pancerzu. Jednakże po śmierci jego asystentki Quinn, której obiecał prowadzić normalne życie, wraca do miasta nie w pancerzu, lecz garniturze.

W powrocie do normalności pomaga mu jego przyjaciel, prawnik Warren Azoff. Umawia Simona na randki i zabiera na imprezy, choć już na pierwszy rzut oka widać, że bohater nie czuje się dobrze prowadząc taki tryb życia. Nie potrafi odnaleźć się wśród bogatych, wszędzie otacza go brak odpowiedzialności moralnej i czuje się najwyraźniej w tym wszystkim dość zagubiony. Nachodzą go także wspomnienia o Quinn, starszej, asystującej mu w jego krucjacie kobiecie, i w jego głowie wciąż na nowo rozbrzmiewają jej przedśmiertne słowa.

Simon stara się powrócić do rzeczywistości, do zarządzania firmą i odgrywania roli milionera. Jednakże jego współpracownicy zarzucają mu brak zainteresowania formą, widzą, że chodzi z głową w chmurach i myśli o czymś zupełnie innym, niż według nich powinien. Umysł zaprzątają mu wspomnienia o Świętym w pancerzu, jego przeszłym alter ego, które obecnie wydaje mu się znacznie bardziej prawdziwe niż codzienna tożsamość milionera. Toczy wewnętrzną walkę o to, kim naprawdę jest, lecz nie może zdecydować, która z jego tożsamości jest maską, a która ukazuje jego prawdziwą osobowość.

Annabelle Lagravenese prowadzi klub Indra, ekskluzywny przybytek rozpusty. Podobnie jak Simon, ona również ma swoje własne alter ego. Była złodziejką znaną jako Mroczna kotka, a także przeciwniczką Świętego w pancerzu. Obecnie jednak Annabelle także nie prowadzi już podwójnego życia, skupiając się tylko i wyłącznie na prowadzeniu klubu.

Nie da się ukryć, że postaci bohaterów „Sexu” bardzo kojarzą się z głównymi bohaterami serii przygód o Batmanie. Bruce Wayne także jest milionerem prowadzącym firmę, a Annabelle ma swój pierwowzór w Selinie Kyle, Catwoman. Saturn City jest z kolei odbiciem Gotham City, tyle że skąpanym w przejaskrawionych, żywych kolorach. Jednak i to miasto ma swoje czarne charaktery, swoich nietypowych obrońców i złoczyńców.

Wyrażając swoje subiektywne zdanie na temat „Letnich uniesień” nie mogę nie powiedzieć, że jest to dość płytka – mimo ambitniejszych zamierzeń autorów – wariacja na temat postaci Bruce’a Wayne’a, przeważnie dość skąpo ukazywanego w komiksie o przygodach Mrocznego rycerza. Wszystko wskazuje na to, że wyraźne podobieństwa, momentami ocierające się niemal o plagiat, są zabiegiem celowym i przemyślanym, że autorzy „Sexu” chcieli zobrazować historię człowieka, nie bohatera, lecz właśnie to było ich największym błędem. Musieliby się znacznie bardziej postarać, by skupić uwagę czytelnika na Simonie, a nie na postaci Świętego w pancerzu. Same sceny seksu i niezbyt dobrze ukazane rozterki bohatera w żadnym stopniu nie zaspokajają ciekawości. Czytając czekamy tylko na kolejną wzmiankę na temat Świętego, a komiks niestety nie odkrywa nam zbyt wiele na ten temat. Sadystyczni przestępcy, wulgarny język i nagie kobiety nie są w stanie zainteresować na tyle, by opowieść wciągała.

Kolejnym skojarzeniem, które nasuwa się samo przez się czytelnikowi co nieco obytemu ze światową literaturą, jest postać głównego bohatera „Sexu”, a w zasadzie jego imię oraz przydomek, który przybiera jako zamaskowany obrońca Saturn City. To kolejny celowy – i znowuż mało oryginalny – zabieg autorów. Simon Templar, bohater książek i serialu z lat dziewięćdziesiątych o „Świętym”, grany przez znanego aktora Rogera Moore’a, był bez wątpienia protoplastą Świętego w pancerzu. Simon Templar nie nosił co prawda kostiumu, lecz był nieuchwytny i niezwykle sprawny, a także przebiegły w walce z przestępcami.

Joe Casey jest odpowiedzialny ze scenariusz „Letnich uniesień”. Muszę powiedzieć, że historia komiksu pełna jest niedopowiedzeń, autor wiele rzeczy pozostawił domyślności czytelnika. Kreska Piotra Kowalskiego natomiast pasuje do opowiadanej historii, choć przyznam, że jego styl nie do końca mi odpowiada. Na uwagę zasługują duże ilustracje przedstawiające Saturn City, gdyż robią naprawdę imponujące wrażenie. Ogromnym plusem pierwszego tomu „Sexu” są także kolory Brad Simpsona: niezwykle intensywne, żywe i wyraziste, idealnie wręcz oddające blichtr Saturn City.

„Letnie uniesienia” są pierwszym tomem „Sexu”, a zawarty w nich początek opowieści o Simonie Cooke – choć mało wciągający i niezbyt dobrze przedstawiony pod względem fabularnym – może przynieść czytelnikom spore zaskoczenie w kolejnych tomach, jeśli Simon upora się wreszcie z samym sobą i zdecyduje się wskrzesić Świętego w pancerzu. Na razie jednak ów mężczyzna wygląda na zagubionego we mgle, kręcącego się w koło chłopczyka.





czwartek, 4 grudnia 2014

"Sepultura. Brazylijska furia", Jason Korolenko


Autor: Jason Korolenko
Tytuł oryginału: Sepultura
Seria:
Gatunek: biografie, muzyka
Język oryginału: angielski
Przekład: Lesław Haliński
Liczba stron: 316
Wymiary: 205x140mm
ISBN: 978-83-64373-17-6
Wydawca: In Rock
Oprawa: miękka
Miejsce wydania: Czerwonak
Ocena: 5/6

Niezwykle ekstremalna muzyka, za jaką bez wątpienia należy uznać thrash metal, jest odłamem muzyki rockowej święcącym największe triumfy w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Wtedy to powstawały liczne zespoły chcące grać szybciej i agresywniej niż przedstawiciele NWOBHM, czyli Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu, jak grupa Iron Maiden na przykład. W Stanach Zjednoczonych zrodziła się wściekła i agresywna w tamtych czasach Metallica, będąca jednym z najważniejszych prekursorów thrashmetalowego stylu grania, a po niej zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu kolejne thrashmetalowe zespoły. Mowa tu o Slayer, Megadeth, Agent Steel, Sodom, Kreator i Destruction, ale także o zespołach spoza Stanów i Europy, jak na przykład brazylijska Sepultura.

Jason Korolenko, autor recenzowanej książki, bez wątpienia jest fanem Sepultury. Widać to w całym tekście, poszczególne zdania zostały napisane z widocznym znawstwem tematu, lecz zawiera się w nich także jego subiektywny punkt widzenia. We wstępie przedstawia krótko parę ogólnikowych faktów na temat zespołu, ale już w rozdziale pierwszym widzimy, jak bardzo szczegółowe badania źródłowe przeprowadził przed napisaniem tej książki. Korolenko przybliża czytelnikowi sytuację polityczną i gospodarczą Brazylii w okresie wielkich zmian, czyli schyłku dyktatury wojskowej panującej w tym kraju w latach 1964-1985. Jak sam wyraźnie podkreśla, większość członków Sepultury dorastała właśnie tam i w tamtym okresie, kiedy to dyktatura przekształcała się w demokrację.

Urodzeni w Belo Horizonte, bracia Cavalera wraz z rodzicami mieszkali w São Paulo. Autor opisuje ich młode lata, a także wpływ rodziców na młodych chłopców i kształtowanie się ich zainteresowań i charakterów. W początkach swej muzycznej drogi członkowie Sepultury ulegali wpływom innych zespołów metalowych, takim jak Venom, Destruction czy Judas Priest. Do pewnego stopnia wzorowali się na ich dokonaniach i inspirowali się nimi, nie tylko muzycznie, ale także pod względem wyglądu.

Rok 1985 był rokiem przełomowym nie tylko dla Sepultury, ale także dla całej Brazylii ze względu na zmiany w ustroju społeczno-politycznym. Na początku stycznia odbyła się w tym kraju pierwsza edycja festiwalu Rock In Rio, na którym wystąpiły m.in. Queen, AC/DC, Ozzy Osbourne i Iron Maiden. Był to także rok, w którym Sepultura wydała swoje pierwsze nagrania, EP-kę zatytułowaną „Bestial Devastation”.

Korolenko w poszczególnych rozdziałach opisuje nie tylko wydarzenia z historii zespołu, ale skupia się także na wydawanych przez Sepulturę płytach. Drobiazgowo analizuje nie tylko same albumy, ale również zamieszczone na nich utwory, niejednokrotnie pisząc o ich genezie. Przybliża czytelnikowi także fakty świadczące o rosnącej popularności Sepultury w Brazylii i na świecie, dość często opisując wydarzenia o tyleż zabawne, co zaskakujące. Istotne dla całej biografii są także liczne, często przytaczane wypowiedzi znajomych i fanów zespołu, które są dla czytelnika niezbędnym uzupełnieniem tekstu książki.

Dla kogoś, kto interesuje się jak ja zespołami z nurtu thrashmetalowego, biografia Sepultury będzie bez wątpienia książką niezwykle interesującą, pełną faktów dotyczących zespołu i po prostu wciągającą lekturą. Na dodatek zostały w niej zamieszczone także zdjęcia, obrazujące wydarzenia i członków zespołu, będące atrakcyjnym uzupełnieniem całego tekstu. Owszem, zważywszy na fakt, jak długo już funkcjonuje Sepultura, na pewno dałoby się napisać na ten temat znacznie obszerniejszą książkę, ale autor wybrał to, co najważniejsze, i oddał w ręce czytelników. Dla fanów zespołu jest więc to wydawnictwo obowiązkowe, ale muszę przyznać, że biografia została napisana tak ciekawie i lekko, że nie tylko fani, ale także inni ludzie zainteresowani muzyką znajdą w niej na pewno coś interesującego. 

niedziela, 30 listopada 2014

"Wiedźmin. Dom ze szkła", Paul Tobin, Joe Querio


Scenariusz: Paul Tobin
Rysunek: Joe Querio
Kolor: Carlom Badilla
Tłumaczenie: Karolina Stachyra, Karolina Niewęgłowska
Wydawnictwo: Egmont
Rok wydania polskiego: 2014
Rok wydania oryginału: 2014
Tytuł oryginału: The Wicher Volume 1: House of Glass
Tytuł alternatywny: Wiedźmin. Tom pierwszy: Dom ze szkła
Tytuł serii: Wiedźmin
Wydawca oryginalny: Dark Horse Comics
Gatunek: fantasy
Liczba stron: 136
Oprawa: twarda
ISBN: 978-83-281-0264-4
Wydanie: I
Papier: kreda
Druk: kolor
Ocena: 6/6

Gwoli uczciwości muszę przyznać, że nie przepadam za książkami Andrzeja Sapkowskiego. Jego styl pisania nigdy za bardzo do mnie nie przemawiał, więc większość powieści, jakie wyszły spod jego pióra, jest mi obca. Paradoksalnie jednak już od lat podobają mi się krótsze formy jego twórczości, a konkretnie opowiadania o przygodach Geralta z Rivii, jak i zresztą sama postać Wiedźmina. Najwyraźniej teksty te, czytane kiedyś w jakichś starych numerach „Fantastyki”, są dla mnie kwintesencją historii o Wiedźminie, gdyż powieści – bardziej rozbudowane i złożone – po dziś dzień nie potrafią mnie do siebie przekonać. Taki stan rzeczy może wydać się nieco dziwny, ale cóż, tak już jest.

Pamiętając o wrażeniu, jakie wywarły na mnie kilkanaście lat temu opowiadania z Geraltem w roli głównej, chętnie sięgnąłem po ich graficzną odmianę, komiks „Wiedźmin. Dom ze szkła”. Już sama okładka autorstwa Mike’a Mignoli, rysownika znanego chociażby z serii o Hellboyu i swoją kreską doskonale wpasowującego się w stylistykę horroru, przyciągnęła mnie do siebie mrocznym, niepokojącym wydźwiękiem. Odczytałem ją jako obietnicę jednej z tych bardzo klimatycznych opowieści grozy, za którymi od dawna już wprost przepadam.

Geralt w trakcie podróżowania natyka się na Jakuba Orsztyna, myśliwego. Siedząc z nim przy ognisku, słucha ponurej historii mężczyzny. Myśliwy nie potrafi zapomnieć o swej zmarłej żonie, twierdzi, że zmieniono ją w braxę, krwiożerczą przeklętą istotę. Ciągle nachodzą go wspomnienia, które pielęgnuje w samotności, zajmując się tylko polowaniem. Jakub nie chce już dłużej tkwić sam na bezludziu, dlatego proponuje Geraltowi, że odjedzie wraz z nim. Obaj wyruszają przez Czarny Las, który – jak wieść niesie – jest nawiedzony. Klucząc w leśnym labiryncie, docierają wreszcie do stojącego w jego wnętrzu domu ze szkła.

Scenariusz autorstwa Paula Tobina zawiera w sobie klasyczne elementy opowieści grozy. Nie zabraknie nam pozornie opuszczonego domu stojącego w leśnej głuszy, drzwi pojawiających się w miejscach, w których ich wcześniej nie było, bardzo sugestywnych witrażowych okien, których wygląd ktoś zdaje się zmieniać, a przede wszystkim niepokojącej, zagadkowej atmosfery. W kwestii fabularnej więc komiks prezentuje się całkiem dobrze, jest intrygujący i nie można odmówić pomysłowości autorom. Dialogi urozmaicone są dowcipem i bardziej tu pasującym czarnym humorem, który jednak nie koliduje z tajemniczością opowiadanej historii.

Autorem ilustracji jest niejaki Joe Querio, którego dokonań wcześniej nie znałem. Jego kreska – nieco surowa, obfitująca w linie i kąty proste – wręcz idealnie wpasowuje się w klimat mrocznego horroru. Postać Wiedźmina została przedstawiona bardzo sprawnie, już sam jej wygląd mówi nam, że mamy do czynienia z twardym, nieustępliwym wojownikiem, ale jednocześnie sugeruje, że jest to ktoś więcej niż tylko człowiek. Inne postaci natomiast prezentują się dokładnie tak, jak mają wyglądać: czasem obrzydliwie, czasem po prostu ludzko, a kiedy indziej wręcz szalenie czy groźnie. Kolorystyce w wykonaniu Carlosa Badilli także nie można niczego zarzucić, gdyż jego wyczucie barw dodaje tylko całej historii mroku i ciężkości.



„Wiedźmin. Dom ze szkła” jest wydawnictwem zdecydowanie udanym, tak pod względem fabularnym, jak i graficznym. Dodatkową jego cechą jest piękne wydanie w twardej okładce i na kredowym papierze, a w środku duże, całostronicowe ilustracje otwierające każdy kolejny rozdział. Kilka takich imponujących plansz zamieszczono także na końcu komiksu, i – co ciekawe – ich autorami są inni rysownicy, w tym, między innymi, jeden z moich ulubieńców, Simon Bisley. Ponadto dodano także czarno-białe szkice prac zamieszczonych również w kolorze, więc wyraźnie widać, że wydawnictwo chciało jak najbardziej zadowolić czytelnika. Jako drobne wady można by tu podać fakt, że Geralt używa w kółko tylko dwóch tych samych zaklęć oraz to, że historia z takim potencjałem mogłaby być dłuższa, jednak myślę, że nie są to poważne powody do narzekania. Zdecydowanie polecam. 

środa, 26 listopada 2014

"Pożoga", Orson Scott Card, Aaron Johnston


Autor: Orson Scott Card, Aaron Johnston
Tytuł oryginału: Earth Afire
Seria: Pierwsza wojna z Formidami
Gatunek: fantastyka, science fiction
Język oryginału: angielski
Przekład: Agnieszka Sylwanowicz
Liczba stron: 504
Wymiary: 142x202mm
ISBN: 978-83-7961-049-5
Wydawca: Prószyński i S-ka
Oprawa: miękka
Miejsce wydania: Warszawa
Ocena: 4/6

Z duetem pisarskim Card i Johnston zetknąłem się już rok wcześniej, przy okazji lektury powieści „W przededniu”, będącej pierwszą częścią trylogii „Pierwsza wojna z Formidami”. Wydarzenia opisane w tamtej książce, rozgrywające się wiek przed legendarną „Grą Endera” i stanowiące jej uzupełnienie, autorzy kontynuują w drugiej części cyklu, zatytułowanej „Pożoga”. Otrzymujemy więc rozwinięcie losów Victora Delgado, młodego wolnego górnika który dociera w szybkostatku na Lunę, by zanieść ludziom ostrzeżenie o nadciągającej inwazji obcych, oraz czytamy o jego staraniach zwrócenia uwagi publicznej na zbliżający się do Ziemi statek, w których pomaga mu przyjaciółka Imala. Autorzy kontynuują i rozwijają także inne wątki mające swój początek „W przededniu”, tym razem jednak akcja powieści niemal w całości przenosi się z dalekiego kosmosu na Ziemię oraz – momentami – na Lunę.

Porucznik Mazer Rackham jest w trakcie misji mającej na celu udowodnić przydatność pojazdu będącego połączeniem śmigłowca i czołgu, WOCS-a. Wraz z trzema żołnierzami swojego oddziału testuje pojazd wykorzystujący grawisoczewkę, załamujące fale grawitacji urządzenie. Gdy misja kończy się powodzeniem, zostaje awansowany na kapitana i wysłany do Chin, by szkolić tam żołnierzy chińskiej armii.

Na Lunę powraca Lem Jukes, syn wielkiego Otto Jukesa, a prasa czyni z niego bohatera kosmicznego starcia z Formidami. Ambitny i przebiegły Lem nie ustaje w planowaniu przejęcia firmy swojego ojca, a nadciągającą wojnę z obcymi widzi jako szansę na zrealizowanie swych zamierzeń.

Statek Formidów dociera do Ziemi i wysyła na planetę trzy ogromne lądowniki, które lądują w Chinach, w obszarach o różnym stopniu zaludnienia. To, przed czym chciał ostrzec ludzkość Victor, stało się faktem: rozpoczęła się inwazja Formidów na Ziemię.

Dwie odsłony trylogii Carda i Johnstona, obejmujące łącznie ponad osiemset stron, prezentują czytelnikowi historię pełną przygód, dramatyzmu i bohaterstwa. Podobnie jak to było w przypadku „W przededniu”, tak i w „Pożodze” nie brakuje akcji i napięcia, choć trzeba zwrócić uwagę na fakt, że autorom nie udało się utrzymać tego ostatniego równomiernie w trakcie całej książki: są momenty, kiedy zniecierpliwieni czekamy, aż fabuła ponownie zacznie opowiadać o Mazerze, gdyż jest on najbardziej dynamiczną postacią w powieści. Mimo wszystko jednak bohaterów trylogii jest wielu i losy każdego z nich toczą się własnym torem, więc nie można się dziwić, że tekst jest dla czytelnika raz bardziej, a raz mniej ciekawy. Tę nierównomierność widać zwłaszcza w bardzo skąpym wątku żon i dzieci wolnych górników, o których autorzy – wyjąwszy samego Victora – piszą dość marginalnie, jakby chcieli tylko o nich czytelnikowi przypomnieć. W pierwszym tomie trylogii rodziny kosmicznych górników odgrywały bardzo ważną rolę, w drugim jednak zostały zepchnięte w cień przez rozwinięcie innych wątków, mających większe znaczenie dla tej powieści.

Lektura „Pożogi” jest przyjemna, wciągająca i w dużej mierze satysfakcjonująca. Ma kilka minusów, jak na przykład niektóre rozwiązania fabularne, na tyle dziwne, że aż nieprawdopodobne, zwłaszcza w sferze Formidów, ich technologii i samej rasy, ale nie są to szczegóły przeszkadzające w pozytywnym odbiorze całości.

Jest jeszcze jedna rzecz, o której należy wspomnieć, a która mnie zaskoczyła. Wydawnictwo Prószyński i S-ka jest bez wątpienia firmą bardzo profesjonalną, ale i im zdarzają się wpadki. Nie wiem, jak ma się sytuacja z innymi egzemplarzami „Pożogi”, ale w moim po stronie 450 powtarza się około dziesięciu stron. Nie jest to jakaś specjalnie duża wada utrudniająca czytanie, może co najwyżej skonsternować nieco czytelnika, ale jednak zdarzyła się, co poniektórzy mogliby uznać za cechę egzemplarza wadliwego.

Drugi tom „Pierwszej wojny z Formidami” jest lekturą obowiązkową nie tylko dla fanów trylogii, ale również dla tych, którzy lubią zatracać się w opowieściach nawiązujących do świata Endera Wiggina. Trzeba powiedzieć, że Orson Scott Card stworzył już swoiste uniwersum Endera, opisujące świat tego bohatera i skupiające w sobie liczne powieści. „Pożoga” jest kolejną z nich, w udany sposób uzupełniającą losy poszczególnych bohaterów i rzucającą światło na wydarzenia rozgrywające się przed czasami samego Endera. 

wtorek, 25 listopada 2014

Nabytki listopadowe

Do ciągle powiększającej się biblioteczki doszło jeszcze kilka pozycji, więc w ramach szybkiej i krótkiej zapowiedzi wrzucę z dwie fotki:




sobota, 22 listopada 2014

"W przededniu", Orson Scott Card, Aaron Johnston


Autor: Orson Scott Card, Aaron Johnston
Tytuł oryginału: Earth Unaware
Seria: Pierwsza wojna z Formidami
Gatunek: fantastyka, science fiction
Język oryginału: angielski
Przekład: Agnieszka Sylwanowicz
Liczba stron: 376
Wymiary: 142x202mm
ISBN: 978-83-7839-480-8
Wydawca: Prószyński i S-ka
Oprawa: miękka
Miejsce wydania: Warszawa
Ocena: 4/6

Sporo już czasu minęło od wydania niezapomnianej „Gry Endera”, powieści, która urzekła wszystkich bez wyjątku fanów fantastyki naukowej. Od tamtej chwili uniwersum Endera zostało wzbogacone o kolejne książki, komiksy Marvela, a nawet adaptację filmową bestsellerowej powieści Carda. Teraz otrzymaliśmy kolejną pozycję do tej ciągle rozrastającej się kolekcji: prequel serii o Enderze, którego wydarzenia rozgrywają się sto lat przed tymi opisanymi w „Grze Endera”.

„W przededniu” wprowadza czytelnika w świat kosmicznych górników, żyjących z wydobywania ferromagnetyków z asteroid i wysyłania ich na Lunę i Ziemię. Złoża metali są przetapiane na statkach, a następnie wysyłane bezzałogowymi szybkostatkami na zamieszkane przez populacje ludzkie planety. Zajęcie to stanowi ich główne źródło dochodu, ale konkurencją dla nich są statki bogatych korporacji: szybsze i lepiej wyposażone.

Powieść rozpoczyna się w momencie, gdy szesnastoletnia dziewczyna, Alejandra, zostaje odesłana z rodzinnego statku „El Cavador”. Rada starszych zauważa, że między nią a jej bliskim przyjacielem Victorem rodzi się poważne uczucie, więc dorośli reagują odpowiednio wcześnie, by zapobiec rozwojowi ich miłości. Endogamia, czyli wychodzenie za mąż za członków tych samych rodzin, jest bardzo źle postrzegane przez klany kosmicznych górników i może prowadzić do daleko posuniętych konsekwencji, jak chociażby brak możliwości wspólnego handlu. Rozdzielają więc kuzynostwo w nadziei, że zapobiegną rozkwitowi ich uczuć.

Siedemnastoletni Victor zostaje na „El Cavadorze” i nadal pracuje ze swym ojcem jako mechanik. W tym, co robi, jest niezastąpiony: potrafi zrozumieć działanie maszyny już tylko przyglądając się jej. Jest także cenionym wynalazcą, usprawniającym wydobywanie ferromagnetyków i obmyślającym sposób na to, by zwiększyć temperaturę na statku, za co zdobywa sobie wdzięczność kilkudziesięciu członków klanu. Rozstanie z Alejandrą nie jest jednak dla niego łatwe: poniewczasie zdaje sobie sprawę, że zakochał się w dziewczynie, a pozostanie na pokładzie statku może sprawić, że już nigdy jej nie zobaczy.

Statek „Makarhu” należy do potężnej korporacji Otto Jukesa i jest dowodzony przez jego syna, Lema. Znajduje się w przestrzeni w jednym celu: testuje glaser, innowacyjne urządzenie mające służyć do rozbijania dużych asteroid w pył, a tym samym ułatwiać wydobywanie z ich szczątków ferromagnetyków. Lem jednak sądzi, że działają zbyt wolno, dlatego postanawia wybrać za cel glasera dużo większą kosmiczną skałę niż wszystkie dotychczasowe. Problem w tym, że na najbliższej takiej asteroidzie przycumował „El Cavador”, a górnicy prowadzą na jej powierzchni prace wydobywcze. Szukanie innej skały tej wielkości kosztowałoby kilka miesięcy podróży i mnóstwo paliwa, co wydaje się Lemowi zbyt dużym poświęceniem. Zwłaszcza, że znacznie łatwiejsze rozwiązanie znajduje się w zasięgu ręki.

Ziemia. Kapitan Witt O’Toole przyjeżdża do Obozu Wojsk Papaluna, znajdującego się w Nowej Zelandii. Jego celem jest rekrutacja kilku żołnierzy SAS, a następnie odpowiednie ich przeszkolenie i zaadoptowanie do jego własnej jednostki. Witt jest szczególnie zainteresowany jednym z podległych pułkownika Napatu, żółtodziobem w SAS, szczupłym Maorysem, Mazerem Rackhamem.

Ponownie „El Cavador”. Edimar to córka obserwatora Torona, pracująca przy systemie obserwacji przestrzeni kosmicznej, zwanym „Okiem”. Młoda Mar zauważa poruszający się z prędkością światła olbrzymi obiekt. Znajduje się jeszcze bardzo daleko, ale dziewczynka konsultuje się z Victorem i oboje uznają, że coś, co porusza się z tak niewyobrażalną prędkością, może być tylko statkiem kosmicznym. Takie osiągi nie leżą jednak jeszcze w możliwościach gatunku ludzkiego, co prowadzi do wniosku, iż dostrzeżony obiekt jest najprawdopodobniej szybko zbliżającym się statkiem… obcej rasy.

„W przededniu” to opowieść o wydarzeniach sprzed wojny z Formidami, o pierwszym kontakcie rasy ludzkiej z obcą i wrogą inteligencją. Główną rolę odgrywają w niej rodziny kosmicznych górników, ludzi żyjących w przestrzeni kosmicznej na pokładach swoich statków. Są to ludzie zmuszeni do rozwijania mięśni nóg w salach gimnastycznych, gdyż przez przeważającą część życia dryfują w nieważkości statku i próżni. Ludzie z Ziemi pogardliwie nazywają ich „śmieciarzami” i „zbieraczami pyłu”, śmiejąc się z ich chudych kończyn dolnych. W ten sposób odbiera ich także Lem Jukes, co bardzo rzutuje na jego decyzje i działania podejmowane względem „El Cavadora”.

Rodziny górników to jednak nie tylko skupiska ludzi poszukujących kosmicznych odpadków i zadowalających się skromnymi złożami minerałów na niewielkich kosmicznych skałach. To także silnie związane ze sobą klany, składające się z bardzo odpowiedzialnych ludzi, odważnych i utalentowanych. Ludzi pomysłowych, wrażliwych i oddanych swojemu własnemu gatunkowi na tyle, że gdy przychodzi czas próby, bez wahania potrafią zrobić to, co konieczne. Bez względu na wszystko.

Relacje między członkami górniczych rodzin autorzy zarysowali w książce wyjątkowo dobrze. Poświęcili im nie mniej miejsca niż innym wątkom, czyniąc te małe społeczeństwa kosmicznych statków bardzo wiarygodnymi. Bo choć są tylko „śmieciarzami”, niejeden z nich dokonuje prawdziwie bohaterskich czynów, by uchronić przed zgubą populacje ludzkie, które tak bardzo nimi pogardzają. Czując się odpowiedzialnymi za swój gatunek, w krytycznej godzinie potrafią zmusić się do godnego szacunku poświęcenia. 

W tym zestawieniu inaczej wyglądają przedstawiciele korporacji. Lem, trzydziestokilkuletni kapitan „Makarhu”, nie stroni od egoizmu i posuwania się do czynów moralnie nagannych Jego rządza udowodnienia ojcu i firmie, że potrafi być przydatny i przynieść zysk, wydaje się przewyższać jakiekolwiek inne priorytety. I choć czasem waha się przed nieetycznym działaniem, skłania się do podjęcia słusznej  decyzji, to jednak w końcu postępuje niewłaściwie. Dopiero później, gdy sytuacja staje się krytyczna, niektóre z podjętych przez niego wyborów można uznać za odpowiednie. Ostatecznie okazuje się jednak człowiekiem niedoświadczonym i naiwnym, pionkiem, którym pomimo wielkiej odległości nadal steruje ojciec.

Od chwili, gdy tylko zobaczyłem pierwszą zapowiedź „W przededniu”, chciałem tę powieść przeczytać. Jej lektura zajęła mi kilka godzin i sprawiła sporo przyjemności, bo czytanie o losach górniczych klanów, poznawanie nowych bohaterów uniwersum Endera i tego, co było przed Grą… okazało się – zgodnie z oczekiwaniami – czymś fascynującym.

Nie wszystko jednak przypadło mi do gustu. Było kilka momentów, kiedy czytając myślałem: „Tutaj to grubo przesadzili”. Na pewno wiecie, co to są sceny kaskaderskie. W filmach widzi się ich całe mnóstwo. Ok. Ale teraz wyobraźcie sobie sceny kaskaderskie rozgrywające się w… przestrzeni kosmicznej. Spróbujcie wyobrazić sobie cumowanie dwóch statków poruszających się z prędkością stu tysięcy kilometrów, a potem przechodzenie ludzi z jednego na drugi. Kiedy już to sobie wyobrazicie, niech przed Waszymi oczyma pojawi się obraz ludzi walczących ze sobą na kadłubach tych pędzących w próżni statków. Niewiarygodne, prawda? Nawet jak na sf.
                       
W powieści pojawia się kilka takich „przedobrzonych” moim zdaniem elementów. Autorzy posunęli się miejscami w swoich wizjach odrobinę za daleko, co kontrastuje ze świetnym wykonaniem pozostałej części pracy nad książką. Akcja jest logiczna, owszem, a nawet konieczna dla potrzeb powieści. Ale nawet ktoś o najbardziej otwartym i najmniej sceptycznym umyśle czasem będzie kręcił głową w trakcie lektury. Na szczęście, niezbyt często.

Choć sam nie wiem, czego się spodziewałem po prequelu Gry Endera, wydaje mi się, że nie tego, co zawiera „W przededniu”. Mimo to teraz, już po lekturze, widzę logiczne założenia przyświecające autorom i mogące stanowić dość dobre tło dla przyszłych wydarzeń, opisanych w pozostałych powieściach Carda.

„W przededniu” jest dobrą powieścią, czasem naciąganą nawet jak na fantastykę naukową, ale jednak całkiem niezłą. Wiarygodne przedstawienie postaci, logika pewnych zdarzeń i nielogiczność innych tworzą ciekawą mieszankę, dającą kilka godzin przyjemności czytania. Ogólnie rzecz biorąc podobała mi się, więc jak najbardziej polecam.