środa, 14 sierpnia 2013

Coś na progu 7/2/2013


Ostatni numer „Cosia” przyciągnął mnie znacznie silniej niż poprzednie z jednego tylko względu: jego tematem przewodnim jest cyberpunk. Wiecznie mi go mało, a niedosytu nie zaspokaja niestety większość książek i filmów, w których cyberpunkowe naleciałości można zauważyć.

            Zawsze najbardziej przemawiał do mnie cyberpunk w swojej najczystszej formie: dystopia, wszczepy, megakorporacje i hakerzy, mrok, informatyczny chaos, genetycznie modyfikowani ludzie i niepowtarzalny klimat. Dzisiaj rynek tak literacki, jak i filmowy oferuje nam różne odmiany tego, co zapoczątkował William Gibson, co pokazano w Johnnym Mnemonicu czy Blade Runnerze. Był czas Matrixa, Robocopa, Hardware, Tronu i Terminatora, ale niezależnie od tego, o czym marzą elektryczne owce, numer 7 „Cosia” dotyka wielu obliczy cyberpunka.

            Przede wszystkim zawiera ciekawy artykuł o Williamie Gibsonie, prekursorze cyberpunkowej literatury, wizjonerze i kreacjoniście. Jak dla mnie, jest to największy plus numeru, choć – trzeba przyznać – ten biograficzny artykuł specjalnie odkrywczy nie jest, to i tak skutecznie przybliża postać tego niezwykłego pisarza. Przyjemnie czyta się o tym, jak jednostka i jej oryginalna wizja może zmienić ludzkie postrzeganie, ale także oblicze literatury fantastyczno - naukowej.

            Było do przewidzenia, że artykuł o Gibsonie znajdzie się w tym numerze „Cosia”. Dało się także założyć z bardzo dużym prawdopodobieństwem, że przeczytamy również o tytułach najbardziej znanych i popularnych produkcji filmowych, jak Matrix i Blade Runner. Poza nimi jednak znalazło się w „Cosiu” także kilka mniej znanych przedstawicieli kina cyberpunkowego i teksty te mogą poszerzyć wiedzę czytelnika o tytuły nie pochodzące z USA, ale z Japonii, Rosji i Niemiec. Taki Tetsuo: The Iron Man w reżyserii Tsukamaoto i Ghost In The Shell wraz ze sławetną Akirą niektórym z nas są dzisiaj dobrze znane, lecz na pewno nie wszystkim. Inaczej może wyglądać sprawa z produktami pochodzącymi z Niemiec i Rosji: filmem Welt am Dracht  i książkami rosyjskiego pisarza Tjurina. O nich mogli nie słyszeć dotąd ci młodsi maniacy cyberpunka. Zresztą bardzo interesujący jest artykuł o rosyjskim cyberpunku właśnie, traktujący o wizjach pisarzy ze wschodu i ich literackich dokonaniach.

            Nie zabrakło również przedstawicieli polskiego cyberpunka, czyli oczywiście Michała Przybyłka, wywiadu z nim oraz długiego opowiadania. Dla fanów Gamedeca lektura obowiązkowa.

            Sylwia Błach napisała artykuł o modzie w cyberpunku, Przemysław Pieniążek natomiast o Robocopie. Nie ustrzegł się od spojlerowania, ale dla mnie wyszło na plus, bo nie wiedziałem, że ktoś pracuje nad nową odsłoną przygód mechanicznego gliny, a teraz już mam tego świadomość. Niecierpliwość będzie mnie zżerać, niestety, aż to coś nie pojawi się wreszcie na ekranach kin i na własne oczy nie ujrzę, czy odgrzewany kotlet był wart zachodu, czy może sprowadzili go tylko do ferii wizualnie atrakcyjnych efektów komputerowych i naciąganej akcji.

            Nie ma sensu opisywać całej zawartości numeru. Jako ciekawostkę dodam, że znalazły się w nim także teksty niewiele mające wspólnego z cyberpunkiem, podane przez redaktorów dla urozmaicenia głównego dania. Kilka z nich dla mnie osobiście to coś, na co szkoda było miejsca, jak na przykład Pieprzyć książki Jakuba Ćwieka, Idź do piekła, lalko wściekła Pisuli czy komiks Rafała Szłapy i drugi, Krzysztofa Chalika. Co do Tequili natomiast to w ogóle szkoda słów…

            Kilka ciekawych tekstów „Coś” zawiera, fakt. Mogło jednak być znacznie ciekawiej. A co z hitem ostatnich miesięcy, kolekcjonerską grą karcianą Android Netrunner LCG? Niczego bardziej cyberpunkowego obecnie na topie nie ma, mało tego – Netrunner to czysty cyberpunk, i choć w wersji polskiej wydany dopiero teraz, to tytuł ten znany jest już od wielu lat. Artykuł o grze zdecydowanie powinien się w tym numerze „Cosia” znaleźć, zamiast tego jednak dostaliśmy tekst o innej, nie wydawanej już karciance Shadowrun. Jeszcze co prawda nie zapomnianej, ale odchodzącej powoli w niebyt i zdecydowanie nie tak bardzo typowo cyberpunkowej, jak Android.

            To tylko jednak moje małe widzi mi się. Ogólnie całość prezentuje się ciekawie, została także urozmaicona kilkoma punktami, więc każdy na pewno znajdzie jakieś małe „coś” dla siebie. Nierówny poziom tekstów może nieco razić, korekta szwankuje, ale to da się przeżyć, choć przy siódmym numerze czasopisma takie rzeczy powinny już zniknąć. Zwłaszcza błąd ortograficzny w jednym z artykułów, bo to już małe przegięcie.

            Osobiście fanem „Cosia” jakimś tam wielkim nie jestem; kupiłem z ciekawości dwa pierwsze numery, których zresztą całych do dzisiaj nie przeczytałem, no i ten siódmy, wiadomo dlaczego. Cena na szczęście jest przystępna jak na te 138 stron, za co należą się ukłony w stronę redakcji. Jeśli skupią się w przyszłości na bardziej aktualnych tytułach, zamiast hurtowo wyciągać z zapomnianych partycji niemalże same stare pliki, to pewnie rzucę jeszcze okiem na zawartość przyszłych numerów.
           
             

            

wtorek, 30 lipca 2013

"Theodore Boone - Młody prawnik", John Grisham


Sale sądowe. Prawnicy. Sędziowie. Oskarżeni, ale do czasu wydania werdyktu ciągle niewinni. Długie, poruszające przemowy. Agresywnie stawiane pytania. Dociekliwość i przenikliwość. Kolejne elementy łamigłówki układane na swoich miejscach, aż do uzyskania krystalicznie czystego obrazu całości.
John Grisham. Numer pierwszy wśród autorów thrillerów prawniczych, pisarz o ugruntowanej już od dawna pozycji. Wiele z jego dzieł zostało sfilmowanych, jak choćby Firma czy Klient, i filmy te dzisiaj zaliczają się do klasyki kina prawniczego. Sam mam na półkach ponad dwie dziesiątki powieści tego pisarza, i był taki czas, kiedy namiętnie się nimi zaczytywałem.
Ostatnio wpadła mi w ręce książka Grishama wydana w 2010 roku i odbiegająca nieco od jego typowych powieści. Wykopałem tę niewielką książeczkę w jednym z antykwariatów i muszę powiedzieć, że już na pierwszy rzut oka mnie zaciekawiła.

Theodore Boone – Młody prawnik jest jak najbardziej grishamowskim thrillerem prawniczym, jednak skierowanym w zasadzie do… młodzieży. Główny bohater – trzynastolatek, syn państwa Boone, dwojga prawników. Chłopiec jest bardzo inteligentny, cechują go niezłomne zasady, przenikliwość i chęć niesienia pomocy innym. Co też często czyni we własnej szkole, udzielając porad osobom, których najbliżsi znaleźli się w tarapatach. Rówieśnicy przychodzą do niego z problemami ich rodzin, wiedząc, że Theo bardzo wiele czasu spędza w gmachu sądu mieszczącego się w ich małym miasteczku, Strattenburgu, oraz że chce zostać wielkim sędzią, kiedy już dorośnie. Z każdej strony otaczają go prawnicy, a jego pies wabi się Sędzia.

W głównym gmachu sądu toczy się właśnie najgłośniejszy w historii hrabstwa proces o morderstwo. Myra Duffy została znaleziona we własnym domu martwa, a patolog sądowy orzekł, że została uduszona. Głównym oskarżonym jest jej mąż, pan Duffy. Theo – dzięki znajomości z prowadzącym sprawę sędzią Gantrym – może przyglądać się przebiegowi procesu.
W trakcie jego trwania do chłopca przychodzi zaprzyjaźniony z nim dwunastolatek Julio. Twierdzi, że wie coś ważnego w sprawie morderstwa pani Duffy. Kiedy przekazuje Theo niezwykle cenne informacje, wszystko staje się znacznie bardziej skomplikowane i o wiele za trudne dla młodego chłopaka.

W tej nieco nietypowej, bardziej obyczajowej niż prawniczej powieści dostajemy jednak bohatera czysto grishamowskiego. Cała powieść to w wielu aspektach również klasyczny Grisham: sprawnie utkana, choć nieskomplikowana intryga, anonimowy świadek, który nie może się ujawnić, i niezłomny prawnik, a raczej cała ich rodzina. Jednakże brakowało mi w książce tego, co u Grishama najlepsze: napięcia na sali sądowej, wymyślnej, złożonej intrygi i desperackiej walki prawników. Theodore Boone jest zdecydowanie lżejszy niż starsze powieści tego autora, napisany z polotem, ale też bez specjalnego wkładu twórczego. Ot, taka sobie książeczka, którą można pochłonąć w jeden czy dwa wieczory. Ani specjalnie nie wciąga, ani specjalnie nie nuży. Lektura w sam raz na podróż, nie wymagająca większego skupienia, a w moich oczach dodatkowo jeszcze stanowiąca uzupełnienie dla pozostałych dzieł Grishama. Uzupełnienie ciekawe ze względu na swoją formę i postać bohatera, ale mimo wszystko będące tylko swoistym „wypełniaczem” w obszernym zbiorze powieści tego pisarza.




środa, 24 lipca 2013

"Lękajcie się – ofiary pedofilii w polskim kościele mówią", Ekke Overbeek


Lektura Lękajcie się to coś naprawdę przejmującego. Nawet dla kogoś, kto poglądy ma zdecydowanie antyklerykalne, kto w instytucji Kościoła nie widzi niczego dobrego, kto zakładał teoretycznie – i jak się okazuje, właściwie – że pedofilia wśród księży to rzecz nader często praktykowana.
                Dlaczego ktoś może tak uważać? Ponieważ nie można walczyć z własną naturą, nie da się stłumić jednego z najsilniejszych instynktów człowieka: popędu płciowego. Nie można się go tak po prostu wyrzec. To tak, jakby nakazać chmurom, by przestał padać z nich deszcz. Tak, jakby dziki tygrys miał karmić się tylko i wyłącznie roślinnością.
                Takie rzeczy są wbrew naturze i po prostu się nie dzieją. Tak samo jest z ludźmi. Wszyscy mamy instynkty i nie da się ich na dłuższy czas stłumić. A w przypadku księży celibat nie jest niestety jednoznaczny z impotencją. Złożenie przysięgi i wstąpienie w szeregi kleru nie gwarantuje, że popęd seksualny zniknie raz na zawsze.
                Ekke Overbeek od ponad dziesięciu lat jest korespondentem belgijskich i holenderskich mediów w Polsce. Od długiego czasu zbierał materiały do swojego dokumentu, rozmawiał z ludźmi, prowadził zapiski, a liczba skarg składanych na księży przerosła jego oczekiwania.

                Ale skupmy się na efektach jego pracy. Książka składa się z dwóch części: pierwszej, dokumentalnej, oraz drugiej, zawierającej historie opowiedziane przez ofiary księży i wywiady z nimi.
                W przedmowie, zatytułowanej: „Zamiast wstępu”, autor pisze, jak w ciągu minionych lat znajdował kolejne sprawy z księżmi – pedofilami na piedestale. Podaje konkretne daty, odnośniki do programów telewizyjnych dotykających pedofilii w Kościele, linki do stron internetowych. Następnie przechodzi do tematu Polski, która „milczy”, zamiast działać. Wyrzuca Polakom brak asertywności w obliczu przestępstw dokonywanych na dzieciach przez kler, nie tylko zwykłym obywatelom, ale – przede wszystkim – mediom. Jak sam często pisze: „zamiatano sprawę pod dywan”.
                I wiecie co? Ma rację. Bo w nas, Polakach, nadal siedzi szacunek dla księdza, ludzie duchowni mają autorytet w naszych oczach już od wielu dekad. Na szczęście, nie wszyscy tacy jesteśmy. Rzeczywistość się zmienia. Coraz więcej jest ateistów lub wierzących, ale nie praktykujących. Czy to do głosu dochodzi najzwyklejszy, twardo stąpający realizm, czy jakiekolwiek inne pobudki, ludzie zaczynają uświadamiać sobie, że instytucja kościoła katolickiego nie jest im wcale tak bardzo potrzebna, jak mogłoby się wydawać. Wierzyć można i bez kościoła. Jedynie ci, którym zależy na chrześcijańskim pochówku ich samych lub ich bliskich, mają jakiś interes w tym, by dawać na mszę, przyjmować z kopertą księdza na kolędzie i ogólnie praktykować.
                Jednak czasy się zmieniają. Nie jest już tak, że jeśli nie było cię w niedzielę na mszy, to sąsiedzi będą cię wytykać palcami na ulicy. Nikt już się nie przejmuje tym, jak wygląda w oczach innych katolików, bo to po prostu przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Na wsiach, owszem, autorytet księdza nadal cieszy się dużym poważaniem. Z własnego doświadczenia powiem Wam, jak dużym.
                Grudzień, zaczynają się kolędy. W niedzielę na mszy proboszcz oznajmia: „Proszę wybrać osobę, która będzie mnie woziła swoim samochodem po kolędzie. W tym tygodniu jedna, w drugim następna”. Nieważne, że jego samochod stoi w garażu: on musi mieć szofera z własną bryką.
                Inny przykład. Pogrzeb, ludzie chowają bliską osobę. Ksiądz w opłaty wlicza sto złotych za wywóz śmieci z cmentarza. Na samej uroczystości okazuje się jednak, że śmieci aż się wysypują z dużego kontenera, że nikt ich nie wywozi. Co ciekawe, jeżdżę na wieś co roku w grudniu i przyznam z ręką na sercu, że tego kontenera jeszcze nigdy pustego nie widziałem. W pogrzebach, w innych porach roku, także brałem tam udział, i wtedy ten kontener również był przepełniony aż do przesady. Chowają człowieka pięć metrów dalej, a ludzie muszą przestępować leżące na ziemi worki ze śmieciami. Ile więc rodzin musi opłacić w kosztach pogrzebu wywóz tych śmieci, aby w końcu zniknęły z cmentarza? I po co je w ogóle wywozić, skoro czym dłużej leżą w kontenerze i wokół niego, tym więcej parafia na tym zarabia?
                Lecz nikt nic głośno nie mówi. W domach owszem, ludzie narzekają, ale poza własnymi czterema ścianami tych głosów już nie słychać, bo przecież nie można źle mówić o księdzu. Proza życia.
                I o tym właśnie pisze Ekke Overbeek. Nie potrafimy podnieść głosu wtedy, kiedy trzeba. Ciągle darzymy księży jakimś dziwacznym, niemal zabobonnym szacunkiem, i to postrzeganie jest błędem. Czas pokaże, jak wielkim.

                Wiedzieliście, że w Lublinie istnieje ośrodek leczniczy dla chorych księży – homoseksualistów? I że kuria wysyła tam tych księży, wokół których pedofilskich i homoseksualnych poczynań zrobiło się zbyt głośno? Ja nie wiedziałem.
                Wiedzieliście, że istnieje fundacja Kidprotect.pl, uświadamiająca rodziców o przypadkach molestowania, mieszcząca się na warszawskiej Woli w małym mieszkanku, zbierająca dane i informująca o dowodach molestowania policję? Ja nie wiedziałem.
                Wiedzieliście o tajnym dekrecie Kościoła z 1962 roku, Crimens Solicitationes, zawierającym instrukcje, jak postępować z księżmi, którzy namawiają penitentów do grzechu nieczystości? Wiedzieliście, że dekret ten narzuca milczenie: dziecko – ofiara, ksiądz – sprawca i wszyscy świadkowie mają być zmuszeni do złożenia przysięgi milczenia? Dekret obowiązywał do 2001 roku, a biskupi na całym świecie mieli nakaz trzymania go pod kluczem w sejfie. Karą za nieprzestrzeganie dekretu miała być ekskomunika.
                Wiedzieliście, że wersja dekretu z 1962 roku jest zaostrzoną i wydaną ponownie tajną instrukcją z roku 1922 o nazwie: De Modo Procedende In Causis Solicitationes? Ja nie wiedziałem.

                Ludzie molestowani w młodości przez księży żyją z tym strasznym brzemieniem przez dekady. Bojąc się społecznego potępienia, odrzucenia przez najbliższych i po prostu wstydu, odwagi do opowiedzenia o tym, co im się przytrafiło, nabierają dopiero po upływie długich lat. Dlatego też większość opisywanych w książce przypadków miała miejsce jeszcze za PRL-u, a wyniki przytoczonych przez autora badań dotyczą lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Ekke Overbeek nie skupia się jednak tylko na Polsce. Nie brakuje w jego książce danych pochodzących z innych krajów: Ameryki, Belgii, Holandii. Na przykład w roku 1986 w Tuscon, Arizona, o molestowanie nieletnich oskarżono aż 24% księży. Mało? Nie sądzę. A trzeba pamiętać, że jest to procent obejmujący liczbę pracowników Kościoła tylko z jednego stanu.

                Autor dowodzi, że pedofilia nie stanowi już tabu. Ale pedoflia wśród księży tak. Gdy chodzi o molestowanie dziecka przez np. nauczyciela, rodzice zareagowaliby od razu. Jeśli zaś sprawcą jest ksiądz, rodzice nie dowierzają własnemu dziecku. Schemat ten potwierdza się w opowieściach ofiar zawartych w drugiej części książki. Smutne jest to, że kiedy wreszcie te osoby decydują się mówić najbliższym o swojej mrocznej tajemnicy, są raczej odrzucane niż wspomagane wsparciem. Jedną z dziewczyn rodzice wyrzucili z domu. Relacje pewnego mężczyzny z jego rodzicami uległy trwałemu pogorszeniu. Listy, jakie poszkodowani wysyłali do kurii były albo zbywane dwoma-, trzema zdaniami, albo w ogóle pozostawały bez odpowiedzi. Jaki stąd wniosek? Kościół doskonale wie, co dzieje się w jego szeregach, jednak jeśli nie jest przyparty do muru niepodważalnymi dowodami, „zamiata sprawę pod dywan”. Gdy robi się szum wokół księdza – pedofila, władze kościelne przenoszą go do innej parafii. Gdy sprawa staje na ostrzu noża, wyrzucają go ze swoich szeregów i mówią: „On nie jest już jednym z nas. Niech sam odpowiada za swoje winy”.
                Czasem Kościół twierdzi również, że „problem pedofilii wśród księży nie istnieje”. Albo że „ w każdym zawodzie trafi się czarna owca”, sugerując, że jest to problem jednostkowy, nie nagminny. Jednakże, jeśli tak miałoby być w istocie, dlaczego już w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku powstał pierwszy szpital, w którym leczono duchownych ze skłonnościami pedofilskimi? Dlaczego w Lublinie istnieje instytucja, która ma „leczyć” (jeśli to w ogóle możliwe) księży – homoseksualistów? Jeśli to problem rzadki, to skąd dziesiątki tysięcy skazanych duchownych i skąd setki tysięcy ich ofiar? I, przede wszystkim, jeśli rzeczywiście jest to problem na małą skalę, jak wytłumaczyć istnienie tajnej instrukcji, wydanej przez władze Kościoła niemalże sto lat temu?
                W książce podano dane w raportów Johna Jaya z 2004 roku oraz z raportu Murphy. Jak pisze autor, wykonanie badań do raportu Jaya zlecił sam Kościół, więc jego wyniki nie mogą być do końca obiektywne, skoro płaciła „strona oskarżana”. Mimo to badacze problemu doszli do zadziwiającej ilości przestępstw dokonanych przez ludzi kleru.


                Nie wiem, jak Wy zapatrujecie się na to wszystko, czy dopuszczacie do siebie istnienie problemu pedofilii w kościelnych szeregach, czy też nie. Każdy z nas ma swój własny punkt widzenia. Jednak niezależnie od tego, co subiektywnie sądzimy, nie da się zaprzeczyć jednemu: problem istnieje i to w znacznie większej skali, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Lękajcie się to lektura dla wszystkich, ponieważ nie są to czcze historie wyssane z palca, ale literatura faktu poparta konkretnymi liczbami i badaniami. A zwłaszcza dla tych, którzy wysyłają swoje dzieci na oazę czy coś w tym stylu. Zastanówcie się dwa razy, zanim to zrobicie, bo „miły” ksiądz może się po latach okazać wcale nie taki „miły”.

poniedziałek, 8 lipca 2013

Moja klasyka: "Grom", Dean R. Koontz



„Przeznaczenie walczy o przywrócenie kształtu, jaki miało posiadać”. Kojarzy się to Wam z czymś? Jeśli tak, to pewnie z serią pięciu części filmu Oszukać przeznaczenie, w którym bohaterowie starają się uciec przeznaczonej im śmierci. Najpierw jeden z nich doświadcza wizji katastrofy, w jakiej wezmą niedługo udział pasażerowie samolotu czy autobusu, a potem stara się zakłócić kolejność umierania poszczególnych ludzi, by w ten sposób pokrzyżować plany Śmierci. Czyli, jak mówi sama nazwa serii, oszukać przeznaczenie.

W powieści Grom Koontza, napisanej w roku 1988, a wydanej w Polsce po raz pierwszy w roku 1991, przeznaczenie również stara się wrócić do obranego wcześniej toru. Czy to sama natura planuje nasz los już w chwili urodzenia, czy może w innym wymiarze, jakimś nieznanym nam kontinuum rozciągają się nici naszego losu, autor powziął założenie, iż to, co miało się stać, powinno się zdarzyć. Nawet wtedy, gdy ktoś ingeruje w czyjeś życie i tym samym odmienia diametralnie jego bieg, nawet, gdy zmiany te są na naszą korzyść, przeznaczenie i tak stara się wrócić do swojego pierwotnego stanu.

Cała historia zaczyna się w piątkową noc roku 1955, kiedy to na świat przychodzi Laura Shane. Tak się składa, że w trakcie porodu umiera jej matka. Dziewczynkę wychowuje więc sam ojciec, Bob, człowiek o złotym, pełnym wrażliwości sercu, uważający swoją piękną córeczkę za swój największy skarb.

Mijają lata. Bob prowadzi mały spożywczy sklepik, nad którym mieszka z córką. Pewnego burzowego wieczoru do sklepu wchodzi uzbrojony napastnik i grożąc im bronią, żąda pieniędzy. Kiedy już je dostaje, postanawia zabrać małą Laurę na zaplecze i zgwałcić. Wtedy jednak w sklepie pojawia się tajemniczy mężczyzna, trzydziestokilkuletni blondyn, i na miejscu zabija ćpuna. Pomaga Bobowi i Laurze wymyślić odpowiednią dla policji historyjkę i odchodzi.

Jakiś czas później ojciec Laury umiera na zawał serca. Zdruzgotana dziewczynka trafia do domu dziecka, gdzie poznaje Ruth i Thelmę Ackerson, dwie bliźniaczki, z którymi się zaprzyjaźnia. Lecz ciążące nad Laurą fatum znowu stawia na jej drodze zboczeńca, Willy’ego Sheenera, jednego z opiekunów dzieci. Jak się okazuje, przed strasznym losem ponownie chroni ją tamten tajemniczy blondyn, jej „obrońca”, jak dziewczynka go nazywa. Chroni Laurę przed każdym zagrożeniem, pojawia się dokładnie wtedy, gdy jego obecność jest niezbędna, a co dziwniejsze, jego wygląd na przestrzeni lat wcale się nie zmienia…

Najpierw obrońca Laury powstrzymuje pewnego lekarza, który ma problem z alkoholem, przed odebraniem porodu. Potem zabija w sklepie ćpuna. Następnie bije opiekuna z domu dziecka tak bardzo, że jego twarz jest cała sinofioletowa, oko zapuchnięte, a wargi porozcinane. Dlaczego to robi? Kim jest? Skąd wie, kiedy i gdzie dokładnie ma się pojawić, by ocalić Laurę przed strasznym losem, przed jej przeznaczeniem, które nieustannie usiłuje powrócić do pierwotnego scenariusza jej życia?

Grom jest jedną z pierwszych książek Koontza, którymi zaczytywałem się jako nastolatek. Niemal wszystkie były bestsellerami, a takie pozycje jak Ściana strachu, Złe miejsce, Zimny ogień, Grom właśnie czy Mroczne ścieżki serca już na stałe mają swoje miejsce w mojej pamięci. Choć wszystkie były pisane według „recepty na bestseller”, to mają w sobie wiele oryginalności i potrafią poruszyć.

Teraz, po kolejnej lekturze Gromu i dobrych kilkunastu latach, jakie minęły od pierwszego czytania tej książki, sam jestem zaskoczony siłą emocji, jakie ta powieść ponownie we mnie wywołała. W niektórych momentach nie da się nie ulec smutkowi, w innych parska się szczerym śmiechem, w jeszcze innych odczuwa się naprawdę silne wzruszenie, które w chwilę później zostaje zastąpione przez trzymającą w napięciu akcję. Koontz jako pisarz jest doskonałym rzemieślnikiem, doskonale panującym nad swoim warsztatem i bezsprzecznie potrafiącym tchnąć w swoje opowieści prawdziwe życie.  W jego książkach realizm przeplata się z fascynującymi elementami fantastycznymi, które tylko dodają całej miksturze uroku i blasku.

Dzisiaj wielkość Koontza nie jest już tak wyraźnie dostrzegana jak kiedyś, w latach dziewięćdziesiątych. Jednak wtedy, wśród wydawanych masowo w nakładach kieszonkowych horrorów Guya N. Smitha czy Harry’ego Adama Knigtha, książki Koontza – choć również zawierające elementy horroru – wyróżniały się wśród tej papki jak Święty Mikołaj na hawajskich plażach.

Dean Koontz to autor książek niegdyś rozchwytywanych i cenionych, dzisiaj natomiast to tylko nazwisko, słyszane z rzadka i zastąpione niestety przez nie dorównujących mu pisarzy pokroju Dana Browna.


Czytelnicze pokolenia lat osiemdziesiątych doskonale będą pamiętać jego bestsellery; nie wszystkie najwyższych lotów, powtarzalne ze względu na ilość, ale zawsze potrafiące zaciekawić, a często nawet zauroczyć. Dla mnie jego książki pozostaną nierozerwalnie splecione ze wspomnieniami z młodości, ciągle będą przypominać mi, że sprawiły, iż tak bardzo lubię zatracać się w słowie pisanym. Wygląda więc na to, że pozostanę dozgonnym dłużnikiem Deana Koontza, podobnie jak jestem dłużnikiem Lovecrafta, Howarda, Stokera czy Chandlera.


środa, 3 lipca 2013

"I dusza moja", Michał Cetnarowski



Wszystkich nas dobiegają, ostatnio zresztą dość często, informacje o psychopatach strzelających do niewinnych ludzi, czy to na plaży, czy w kinie. Serwisy podają newsy na temat tragedii, jakie w ostatnim czasie miały miejsce w Ameryce, piszą o bombach podłożonych na mecie maratonu w Bostonie, o chłopaku strzelającym w sali kinowej na premierze „Batmana” w poprzednim roku.

            Michał Cetnarowski musiał widzieć te materiały, a dodatkowo zdawać sobie sprawę również z faktu, iż podobne tragedie działy się już wcześniej, o czym zresztą pisze w swojej powieści. Co ważne, ma świadomość, iż USA nie jest państwem odosobnionym, jeśli chodzi o tak dramatyczne wydarzenia. Wie, że takie potworności działy się również na jego własnym podwórku, w naszym rodzimym kraju. Ameryka miała Teda Bundy’ego i Jeffreya Dahmera, my: Stanisława Modzelewskiego, „Wampira z Gałkowa, i Zygmunta Hyla, „Samotnika z Wrocławia. I jeszcze paru innych, oczywiście.

            Na całym świecie psychopaci czekają na swoje życiowe pięć minut. Jedni zabijają cyklicznie bądź regularnie, inni – nagle znajdują się w kryzysowym punkcie, z którego nie ma już odwrotu, i wychodzą mordować.

         Dalszy ciąg recenzji na portalu Unreal-fantasy.pl:



Wydawnictwo: Powergraph
Data wydania: Kwiecień 2013
ISBN: 978-83-61187-72-1
Oprawa: twarda
Format: 135 x 205
Liczba stron: 258
Seria: Kontrapunkty

Egzemplarz do recenzji dostarczyło Wydawnictwo Powergraph.
Recenzja napisana dla portalu:

sobota, 22 czerwca 2013

Rozkładówka czerwcowa

Kolejna "rozkładówka". Inni mają stosiki, ja preferuję rozkładówki ;-) Prawie jak w Playboyu, tyle że o ciekawszej treści;-)


Tym razem, ze względu na marną jakość zdjęcia, dodam jeszcze listę:

1. Paolo Bacigalupi - Nakręcana dziewczyna
2. Salman Rushdie - Szatańskie wersety
3. David Weber - Honor Harrington: Zwiastun burzy
4. Tom Knox - Rytuał babiloński
5. Dean R. Koontz - Grom
6. Dean R. Koontz - Zimny ogień
7. Ekke Overbeek - Lękajcie się: ofiary pedofilii w polskim kościele mówią
8. Marcin Rusnak - Czas ognia, czas krwi
9. John Grisham - Theodore Boone



środa, 5 czerwca 2013

"Koszmary i fantazje - listy i eseje", H.P. Lovecraft



                Wszyscy wiemy, jak to jest być fanem, prawda? Fanem zespołu, muzyka, aktora, pisarza – kogoś, kto swoimi umiejętnościami, cechami charakterystycznymi, wyglądem czy wirtuozerią w danej dziedzinie imponuje nam tak bardzo, że niejednokrotnie nas po prostu zdumiewa. Ja również doskonale wiem, jak to jest być wielbicielem. W tym przypadku: miłośnikiem  literackiej twórczości Howarda Philipsa Lovecrafta, Samotnika z Providence, jednego z największych twórców weird fiction.

                Poziom literackich umiejętności HPL’a przestał mnie zdumiewać już lata temu, gdyż po przeczytaniu kilku pierwszych zbiorów opowiadań doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, na jak wysokim pułapie te umiejętności się znajdują. W kwestii stylu i tworzenia atmosfery grozy Lovecraft nie ma sobie równych, ale jest jeszcze druga strona medalu. Pisarz ten, jakże niedoceniany za życia, charakteryzował się nie tylko literackim kunsztem, ale także szeroką erudycją, której dawał wyraz w tysiącach listów napisanych do znajomych i przyjaciół. Dzisiaj uznawany jest nie tylko za pisarza i poetę, ale i za myśliciela, inspirującego wielu późniejszych pisarzy grozy.

                Wydawnictwo Sine Qua Non dokonało czegoś, czego żadne inne wydawnictwo w Polsce dotąd nie zrobiło: poważyło się na stosunkowo ryzykowny w sensie wydawniczym krok, a mianowicie wydało zbiór zebranych listów i esejów HPL’a. Ryzykowny w tym sensie, iż jest to publikacja skierowana do określonego odbiorcy, do fanów imponującego, niezwykłego umysłu pisarza żyjącego na przełomie XIX i XX wieku. Czy warto było?

                Koszmary i fantazje zawierają przeważnie listy z okresu ostatniej dekady życia pisarza, choć niektóre sięgają także kilkunastu lat poprzedzających jego śmierć. Podobnie zamieszczone w zbiorze eseje pochodzą z różnych okresów życia Lovecrafta i dotykają bardzo różnej tematyki, wszystkie jednak łączy jedno: dokładne, analityczne podejście HPL’a do opisywanego przez niego zagadnienia. Tak dokładne, że po lekturze każdego eseju mamy wrażenie, iż temat został zupełnie wyczerpany, że nie zostało już nic do dodania. I nie ma w tym niczego dziwnego, gdyż – choć bez wątpienia Lovecraft był humanistą – miał w sobie także ogromny pociąg do nauki i krytyczne podejście do każdego problemu.

                Powróćmy jednak teraz do listów, których zbiór zawiera znacznie więcej niż esejów. Charakteryzują się one bardzo szerokim wachlarzem tematycznym, począwszy od pisarstwa i sposobów pracy nad tekstami, poprzez procesy czarownic mające miejsce w Nowej Anglii i słynne Malleus Maleficarum Niemców Sprengera i Kramera, a skończywszy na historii Rhode Island, skąd pisarz pochodził. HPL wyraża swoje poglądy bardzo pewnie, nie stroniąc od dosadnej i skrupulatnie dowodzonej krytyki, wypowiada się – na przykład – na temat wykorzystywania praw autorskich przez wydawców, a niektórych z nich określa „ograniczonymi umysłowo redaktorami”.

                Niektóre z listów dotykają także bardzo osobistej, prywatnej strony życia pisarza. Czytając je uświadamiamy sobie, że wielki umysł potrafi być naprawdę niedoceniany, że często potrzeba czasu, by społeczeństwo świata dopiero dojrzało do oryginalnych i kontrowersyjnych tworów. W liście do Jamesa Mortona z 1926 roku czytamy o opłakanym stanie finansów HPL’a, o poświęceniach i wyborach, do których dokonywania nieustannie był zmuszony. Choć wyjątkowo utalentowany, jego twórczość pozostawała niedoceniana przez wydawców i częstokroć krytykowana przez czytelników. Jednak, jak sam pisze:

                Ostatecznie jest bodaj siedem osób naprawdę przepadających za moimi pracami – mnie tyle wystarczy.

                Powyższy cytat obrazuje także podejście HPL’a do sztuki pisarskiej, jego punkt widzenia na artyzm, który jeszcze wyraźniej odzwierciedla się w poniższych słowach:

                Nie interesuje mnie poparcie oraz zainteresowanie publiki – piszę wyłącznie dla własnej satysfakcji. Pisanie w jakimkolwiek innym celu przestałoby być sztuką – zawodowy pisarz jest krańcową antytezą artysty.

                Kondycję wydawniczą jego utworów doskonale oddadzą natomiast słowa pochodzące z listu do Vincenta Starretta z 1927 roku:

                Nigdy nie wydano mojej twórczości w książce i wątpię, by jakość moich koszmarów i fantazji dawała do tego podstawy.

                Dzisiaj wiemy, jak bardzo mylił się w tych słowach co do swojej twórczości, jednakże wtedy, jeszcze za jego życia, pisarza cechował ogromny autokrytycyzm. Bardzo krytycznie wyraża się niejednokrotnie o sobie samym, ale kiedy indziej cechuje go również wyjątkowa wyniosłość, pewność siebie i brak tolerancji. Listy odkrywają przed czytelnikiem postać nietuzinkową, wyjątkowego intelektualistę i erudytę, czego bez wątpienia dowodzą także bardzo rozbudowane, szczegółowo dopracowane eseje. Podobnie jak listy, dotykają bardzo różnorodnych tematów. Czytamy w nich na temat pisania weird fiction, czytamy o starodawnym pogańskim ludzie i bachanaliach, o kompozycji utworów literackich, bardzo interesujących refleksjach na gruncie idealizmu i materializmu, a także doskonale udowadnianej wyższości kotów nad psami. Teksty te są niezwykle ciekawe nie tylko z literackiego punktu widzenia, ale także filozoficznego oraz praktycznego, bo któremu pisarzowi nie przyda się wiedza na temat tego, jak tworzyć opisy, dobierać i rozwijać słownictwo, analizować kompozycję?

                Zagłębiwszy się w tematykę pisarstwa i literatury, Lovecraft nie pomija także swoich własnych wzorców i pisarzy, których uznaje za mentorów i liderów sztuki opowiadania. Opisuje nieszczęśliwe życie i twórczość Edgara Allana Poego, niedoścignionego w jego mniemaniu twórcę opowiadań grozy, ale sporo miejsca poświęca także Lordowi Dunsany (Edward John Moreton Drax Plunkett, osiemnasty baron Dunsany), o którym mówi nie tylko jako o pisarzu, ale także o człowieku z krwi i kości. Obie te sylwetki literackie bardzo mu imponowały, co wyraźnie w tekstach widać.

                Kolejnym ciekawym punktem zbioru jest notatnik z pomysłami pisarza, zawierający ponad dwieście krótkich i dłuższych uwag wykorzystanych w twórczości bądź niewykorzystanych, oraz wstępny szkic jednego z najlepszych – moim zdaniem – opowiadań HPL’a, a mianowicie Widma nad Innsmouth. Na końcu zbioru zamieszczono także spis najważniejszych znajomych Lovecrafta, wśród których znajdują się takie sławy jak Robert Bloch (autor „Psychozy” sfilmowanej przez Hitchcocka), Robert E. Howard (twórca znakomitych opowiadań o Conanie Barbarzyńcy), jak również August Derleth, pisarz opowieści detektywistycznych i horroru, a także założyciel wydawnictwa Arkham House.

                Są jednakże jeszcze inne plusy zbioru, bardziej współczesne. Nie można nie docenić wyjątkowo dobrej pracy nad przekładem tekstów Mateusza Kopacza; spisał się naprawdę świetnie, oddając z prawdziwą pieczołowitością ducha oryginalnego i rozbudowanego języka HPL’a. Kolejną rzeczą zasługującą na odnotowanie jest samo wydanie zbioru: twarda okładka z tłoczonymi napisami, klimatyczne szkice i przejrzystość są bez wątpienia warte każdej złotówki wydanej na niego. Nie każdy jednak odnajdzie się w jego lekturze: jak wspomniałem na początku, zbiór jest skierowany raczej do miłośników twórczości Lovecrafta niż do przeciętnego czytelnika. Ci pierwsi bez wątpienia będą z niego zadowoleni, natomiast drudzy poznają analityczny umysł i przemyślane idee, ale niekoniecznie zrozumieją kwestie dotyczące mitologii Cthulhu. Osobiście polecam jego lekturę wszystkim, jednak ze szczególnym naciskiem na fanów HPL’a.

                Na koniec przytoczę jeszcze słowa Oskara Wilde’a, legendarnego już dzisiaj autora Portretu Doriana Greya:

                Sztuka stanowi największy atrybut indywidualizmu, jaki kiedykolwiek znał świat.

                Nie sposób nie zgodzić się z tymi słowami. Można jedynie dodać, iż Howard Philips Lovecraft był niezwykłym indywidualistą doskonale zdającym sobie sprawę z ich sensu.