piątek, 16 października 2015

Nabytki październikowe #2

I kolejna porcja czytania, a najważniejsza z tego oczywiście jest genialna "Tajemna historia" Donny Tartt, zdecydowanie najlepszej pisarki, jakiej literackie dokonania moje oczy widziały... Poza tym całkiem niezłych wrażeń spodziewam się także po lekturze "W sieci umysłów", "Paskudnej historii", "Kiedy zmieniają się fakty" oraz "Zbaw nas ode złego", a jak wypadnie reszta, to się zobaczy.


























wtorek, 13 października 2015

"Kołczan pełen strzał", Jeffrey Archer


Autor: Jeffrey Archer
Tytuł oryginału: A Quiver Full of Arrows
Seria:
Gatunek: fikcja literacka
Język oryginału: angielski
Przekład: Danuta Sękalska – Wojtowicz, Anna Brzezińska
Liczba stron: 208
Wymiary: 135x215 mm
ISBN: 978-83-7818-764-6
Wydawca: Rebis
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Miejsce wydania: Poznań
Ocena: 4/6

Nazwiska pana Archera nikomu czytającemu książki chyba nie trzeba jakoś szczególnie prezentować, prawda? Dzisiaj ten autor jest reklamą sam dla siebie, a kolejne jego powieści rozchodzą się ze sklepów w tempie iście imponującym. Oczywiście słusznie, gdyż pomysłowości i warsztatu literackiego Jeffreyowi Archerowi może pozazdrościć niejeden zawodowy pisarz.

Ostatnio jakoś nie wpadały mi w ręce książki Archera, dlatego ucieszyłem się, otrzymując do recenzji wydany niedawno zbiór jego krótkich form prozatorskich. Ta niewielka, bo składająca się z zaledwie dwustu ośmiu stron książka, zawiera w sobie jedenaście niezbyt długich tekstów oraz króciutki wstęp, w którym autor wyjaśnia, że dziesięć opowiadań zostało opartych na autentycznych wydarzeniach (które, jak sam twierdzi, potraktował ze znaczną swobodą), zaś jedno, zatytułowane Lunch, jest całkowitym wytworem jego umysłu.

Wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, jak to zwykle bywa ze zbiorami opowiadań – jedne teksty podobają nam się bardziej, inne mniej. Podobnie jest z Kołczanem pełnym strzał – część opowiadań trafiła w moje gusta, inne już w mniejszym stopniu. Trzeba jednak przyznać, że styl pisania Jeffreya Archera sprawia, iż lektura każdego z jedenastu zamieszczonych w zbiorze tekstów jest przyjemnością.

Co znajdziemy w tej niewielkich rozmiarów antologii? Teksty krótsze i dłuższe, o dość dużej rozbieżności czasowej tła opisywanych wydarzeń, przenoszące nas do wielu różnych miejsc: Londynu, Chin, Nowego Jorku. Czy jest jakiś wspólny element zamieszczonych w tym zbiorze tekstów? Owszem, tym, co łączy wszystkie teksty, jest ślepy los obecny w ludzkim życiu, fortuna, która się toczy – raz szczęśliwie, raz nie. Co za tym idzie, opowiadania wypadają bardzo autentycznie, niczym historie z życia wzięte, a opisane perypetie bohaterów niejednokrotnie są tym, co może przytrafić się każdemu z nas. Traktują o ludzkiej dobroci i podłości, o fałszu, dobrych chęciach i marnych, wynikających z nich rezultatach, o słabościach i namiętnościach, a także zaskakujących wyrokach ślepego losu. Kołczan pełen strzał jawi się więc jako mieszanka tekstów po prostu o ludziach, ich życiu i wydarzeniach, w jakich uczestniczą.

W moich oczach na uwagę zasłużyły między innymi Przygoda na jedną noc – przewrotnie pomyślane opowiadanie, o dość zaskakującej puencie, Pierwszy cud – sprawnie napisany tekst oparty na biblijnej przypowieści o Trzech Królach zdążających do Betlejem z darami dla mającego się narodzić Króla Królów, oraz dość zabawny – i przekorny – Lunch.

W zbiorze znajdziemy także teksty przydługie i nudnawe, nieco zbyt przegadane moim zdaniem, w których trudniej doszukać się jakiejś szczególnie efektownej puenty. Muszę jednak stwierdzić, że czas poświęcony na lekturę Kołczanu pełnego strzał nie był czasem straconym. Kilka z zamieszczonych w książce opowiadań to zdecydowanie bardzo przyjemne w odbiorze teksty, które mogą utkwić w pamięci niejednemu czytelnikowi. Jak to zresztą bywa z dobrze napisanymi opowiadaniami, można z nich wyciągnąć jakiś morał, naukę, która można przydać nam się w naszym własnym życiu. A to zdecydowanie już świadczy o wartości tekstów Jeffreya Archera.

Kołczan pełen strzał nie skradnie czytelnikowi zbyt wiele czasu, a może go pewnych rzeczy nauczyć, wypada więc jego lekturę polecić. Jest to zbiór tekstów lekkich, zdecydowanie przyjemnych w odbiorze, zawierających raz mocniejszą, raz słabszą puentę, nad którymi warto się przez chwilę pochylić, by móc oddać się późniejszej refleksji. 

niedziela, 11 października 2015

Nabytki październikowe #1

Za oknami deszcz i wiatr, atmosfera robi się coraz bardziej domowa, a co za tym idzie - na najbliższe miesiące nie powinno zabraknąć nowych lektur. W związku z tym poczyniłem odpowiednie przygotowania, dzięki którym w październiku moja ciągle rozrastająca się, zajmująca już teraz całą ścianę biblioteczka wzbogaci się o jakieś kolejne dwadzieścia, trzydzieści tytułów. Poniżej zdjęcia kilku książek oraz komiksów, jakie doszły do mnie do tej pory:














czwartek, 8 października 2015

"Mennica", Mateusz M. Lemberg


Autor: Mateusz M. Lemberg
Tytuł oryginału: 
Seria:
Gatunek: thriller, sensacja, kryminał
Język oryginału:
Przekład:
Liczba stron: 424
Wymiary: 125x195 mm
ISBN: 978-83-8069-069-1
Wydawca: Prószyński i S-ka
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Miejsce wydania: Warszawa
Ocena: 3/6

Nietrudno zauważyć, że ostatnimi czasy polski kryminał ma się po prostu świetnie. Katarzyna Bonda czy Remigiusz Mróz odnoszą kolejne sukcesy, ale poza nimi także wielu innych autorów para się literaturą kryminalną ze skutkiem co najmniej intrygującym. Jednym z nich jest niejaki Mateusz M. Lemberg, zarabiający na życie jako lekarz. Nazwisko to dla mnie było dotąd kompletnie nieznane, choć jako jedno z dotychczasowych osiągnięć pana Lemberga bez wątpienia można wymienić nominację do nagrody za najlepszą kryminalną powieść miejską roku 2014.

W powieści Mennica Mateusz Lemberg powraca do bohaterów znanych już czytelnikowi z dwóch jego wcześniejszych książek: Zasługi nocy oraz Patrona. Ja sam nie miałem przyjemności czytać wymienionych wyżej tytułów, więc zabierając się za lekturę Mennicy rzuciłem się niejako na głęboką wodę, w wydarzenia stanowiące kontynuację tego, co zostało opisane w poprzednich dwóch powieściach. Taki brak wcześniejszego rozeznania w losach bohaterów nie stanowił jednak większego problemu. Wiadomo, że na pewno lepiej by się Mennicę czytało znając jej poprzedniczki, ale i bez nich można się stosunkowo łatwo połapać w opisywanych w najnowszej książce wydarzeniach.

A dzieje się dużo. Tymański, znany czytelnikowi również jako Hif, prowadzi sprawę znalezionego w lesie ciała zabitej dziewczyny. Jakby tego było mało, po przebadaniu terenu okazuje się, że pod świeżym trupem spoczywają jeszcze trzy niemalże kompletne szkielety, zakopane w ziemi jakieś dziesięć lat wcześniej. Wspólne miejsce zakopania wszystkich czterech ciał sugeruje jednego seryjnego mordercę, powracającego do swojego mrocznego procederu po latach, jednak wkrótce okazuje się, że szczegóły ostatniej zbrodni nie do końca pasują do tych sprzed dekady.

Agnieszka Cynowska, zwana „Cyną”, po zwolnieniu lekarskim wraca do pracy z Tymańskim. Kobieta została zgwałcona i jest w ciąży, nosi w sobie niechciane dziecko. Dodatkowo nie znosi siebie, otrzymała właśnie orzeczenie lekarskie dotyczące wyparcia własnej płci i bardzo chce stać się mężczyzną. Sama nazywa siebie „Maksem”, myśli o sobie „on”, nie „ona’, czym nie wzbudza sympatii kolegów z komendy. Wszystko wskazuje na to, że jej problemy zamiast zanikać, piętrzą się i piętrzą. Tym bardziej nie jest jej łatwo, kiedy dowiaduje się, że mężczyzna odpowiedzialny za gwałt na niej, niejaki Glistowski, wychodzi na wolność.

Witczak, stary znajomy Tymańskiego, mieszka u rodziny Sasków. Ekspolicjant zostaje zamieszany w sprawę porwania żony i siostry starego Saksa, coraz bardziej wplątując się w bardzo niekorzystny dla niego rozwój wydarzeń.

Mennica jest kryminałem, którego elementy wskakują na miejsce wraz z rozwojem opisywanych w nim wydarzeń. Dzieje się dość, by nie nudzić się przy książce, a trzeba przyznać, że czym więcej czytamy, tym ciekawiej się robi. Kryminalna układanka, jaką wymyślił sobie autor, to chyba najlepsza cecha tej powieści.

Jedynymi minusami prozy Mateusza Lemberga są w moich oczach dwie rzeczy. Pierwsza, to nadmiernie chaotyczny styl pisania autora. Krótkie zdania, przeskakiwanie z tematu na temat, z epizodu na epizod, zbytnia oszczędność opisów, niedługie rozdziały, zagłębianie się w wątki obyczajowe i życie prywatne bohaterów – to wszystko sprawia, że napięcie nie jest stopniowane tak bardzo, jak powinno być. Podczas lektury miałem wrażenie, że autor chciał zbyt wiele zawrzeć w tej stosunkowo krótkiej powieści, posługując się absolutnym minimum opisów. Gdyby pewne wątki rozbudować, zaciekawić nimi bardziej czytelnika, powieść wypadłaby nieco lepiej, a przynajmniej tak mi się wydaje.

Drugą rzeczą, która nieco psuła mi lekturę, była szablonowość bohaterów (nie wszystkich, oczywiście, bo Cyna/ Maks to postać nad wyraz ciekawa i mocno kontrowersyjna). Jednakże taki Tymański niczym szczególnym z plejady znanych już policjantów/ detektywów się nie wyróżnia, podobnie zresztą jak środowisko policyjne przedstawiane w powieści. Wyróżniać się nie wyróżnia, za to wygląda bardzo wiarygodnie, o co chyba autorowi chodziło, więc uznać to należy z pewnością za plus. 

niedziela, 4 października 2015

"Straszne zamczysko", Elżbieta Gros


Autor: Elżbieta Gros
Tytuł oryginału: Straszne zamczysko
Seria:
Gatunek: thriller/ sensacja/ kryminał
Język oryginału:
Przekład:
Liczba stron: 436
Wymiary: 148x210 mm
ISBN: 978-83-63783-87-7
Wydawca: Goneta.net
Oprawa: miękka
Miejsce wydania: Warszawa
Ocena: 3/ 6

Drukowanych książek wydawnictwo Goneta.net nie ma jeszcze w swej ofercie zbyt wielu, ale bez wątpienia można zauważyć, że z czasem przybywa ich coraz więcej. Sam stałem się posiadaczem trzech, a nawet czterech z nich, między innymi Strasznego zamczyska napisanego przez panią Elżbietę Gros.

Nie znając wcześniej wydanych przez to wydawnictwo drukowanych książek, zaraz po otrzymaniu paczki przyjrzałem się Strasznemu zamczysku. I muszę przyznać, że powieść prezentuje się wyjątkowo elegancko ze swoją błyszczącą okładką, białym papierem stronic i charakterystycznym dla Gonety tyłem okładki, który jest cechą łączącą wszystkie wydane przez to wydawnictwo drukowane książki. Słowem, pierwsze wrażenie było jak najbardziej pozytywne: książka cieszy oczy swym wyglądem.

Zabrawszy się za lekturę zamieszczonego w niej tekstu stwierdziłem, że dość duża czcionka, jaką zastosowano przy składzie, jest kolejnym plusem Strasznego zamczyska – powieść czyta się niezwykle wygodnie i szybko, a starszym czytelnikom przypomną się bez wątpienia książki wydawane niegdyś przez wydawnictwo Duże litery, takie jak na przykład Kraina chichów Johnatana Carrolla.

Opisawszy jej wygląd zewnętrzny, możemy skupić się teraz na zawartości książki. Straszne zamczysko stanowi połączenie powieści grozy z kryminałem i nie ma co ukrywać, że taka mieszanka często skutkuje naprawdę ciekawym efektem. Tutaj mamy do czynienia z pałacem wymagającym solidnego remontu, otoczonym przez park zarośnięty i niemalże zapomniany. Zamek jest zamieszkały przez rodzinę Roberta Grabskiego, syna seniora rodu, który wraca do naznaczonej znakiem czasu gotyckiej budowli, do żony i córki. Już od samego przyjazdu Roberta do zamku zaczynają dziać się dziwne rzeczy: pojawiają się zjawy, dziwne, przyprawiające o ciarki odgłosy, i – wreszcie – nagła śmierć chłopca Bobusia, który wypada przez otwór w zamkniętej na klucz wieży.

To jednak zaledwie początek. Niedługo potem umiera także matka Bobusia, Teresa, a wezwany do zamku doktor Rudzki odkrywa, że obojgu podano silnie działającą truciznę. A skoro doszło do morderstwa, należy powiadomić policję, czyli do zamczyska przyjeżdża inspektor Wolski, jego zastępca Dariusz Raczyński oraz technicy. Jak to zwykle w kryminałach bywa, inspektor szybko zaczyna przesłuchania mieszkańców starego zamku.

Tak też z grubsza wygląda fabuła Starego zamczyska. Już na pierwszy rzut oka widać, że autorka nie zaserwowała czytelnikowi szczególnie oryginalnej powieści, bo wszystko to już gdzieś było. Mimo to czyta się tę książkę szybko i dość przyjemnie, a jeszcze przyjemniej byłoby, gdyby autorka więcej pracy włożyła w dialogi, które rażą – trzeba to niestety powiedzieć – sztywnością i wyjątkowym brakiem autentyzmu. Także zachowanie poszczególnych bohaterów może miejscami budzić uśmieszek politowania czy nawet dwa, ale tym, co najbardziej rzuca się w oczy, jest brak umiejętności w kwestii stopniowania napięcia. Zamiast powoli rozwijać sytuację – jak to zwykle bywało w klasycznych opowieściach grozy – czyli przedstawić najpierw bohaterów, potem ich wzajemne relacje, a następnie przechodzić do tej czy tamtej zjawy – pomalutku i spokojnie – pani Elżbieta rzuca w czytelnika tym i tamtym zdarzeniem, sprawiając wrażenie, jakby poszczególne, zachodzące w fabule epizody pojawiały się przypadkowo, nie do końca konsekwentnie przemyślane.

Inną sprawą jest fakt, że Stare zamczysko wymagało surowszej korekty niż ta, która miała miejsce. Styl pisania autorki może pozostawiać wiele do życzenia, a szyk co poniektórych zdań i literówki tu i ówdzie odbijają się na ostatecznej czytelniczej ocenie. Sama korekta to oczywiście za mało, by nadać przeciętnej książce rysów dobrze napisanej powieści – Stare zamczysko właśnie taką przeciętną powieścią jest; książką, która swą zawartością zadowoli tylko tych mało wymagających czytelników. 

piątek, 18 września 2015

Nabytki wrześniowe

Kolejny miesiąc przyniósł ze sobą następne lektury, zapowiadające się całkiem interesująco. Wyjątkowo cieszę się z trzech powieści wydawnictwa internetowego Goneta.net, nie tylko ze względu na ich obiecujące treści, ale także z tego powodu, iż wydawnictwo to w swej ofercie posiada głównie elektroniczne książki, co poniektóre tytuły - bardzo dlatego unikatowe dla każdego bibliofila - udostępniając w formie drukowanej. Na poniższych zdjęciach można zobaczyć, jakie recenzje pojawią się na blogu w najbliższym czasie.