piątek, 29 marca 2013

Zapowiedź wydawnicza Goneta.net:

Przedpremierowo: "Porzuceni", Tomasz Jacek Graczykowski



            
Powieść Porzuceni została wpisana w plany wydawnicze Goneta.net na lipiec 2013 roku i zostanie wydana w formie elektronicznej.

Porzuceni są post-apokaliptyczną powieścią science fiction, w której alternatywny obraz przyszłości gatunku ludzkiego przedstawiono w bardzo czarnych kolorach. 

            Ziemia, rok 2138. Większość ludzkości dziesiątki lat temu odleciała na Nowy Ład, skolonizowaną planetę, ponieważ powietrze na Ziemi stało się trujące i powodowało gnicie organizmów żywych. Odlatujący pozostawili na zabójczej planecie tylko najgorszych kryminalistów, z którymi nawet ich własne rodziny nie chciały mieć nic wspólnego. Nie mogli oni uczestniczyć w stworzeniu idyllicznego, pozbawionego zbrodni społeczeństwa Nowego Ładu.

            Na pewnym obszarze umierającej planety istnieje siedem miast: trzy zrujnowane i cztery miasta Korporacji Zjednoczonych, chronione gigantycznymi kopułami przed śmiercionośnym wpływem zatrutego powietrza. Wszystkie są zamieszkane przez potomków pozostawionych. Ludzie z trzech zrujnowanych miast toczą codzienną walkę o przetrwanie, eliminowani przez maszyny Korporacji, natomiast jej obywatele spędzają całe miesiące i lata w swych komorach snu, pogrążeni w narkotycznym śnie wywołanym nexem-9.

            W jednym z takich zrujnowanych miast żyje Steeler, płatny zabójca z mechanicznym, stalowym ramieniem. Zostaje wynajęty do zlikwidowania jednego ze śniących obywateli miast-kopuł. Skuszony olbrzymią sumą, podejmuje niezwykle ryzykowne zlecenie, udając się do IV miasta Korporacji. Gdy dociera do celu okazuje się, że nie wszystko wygląda tak, jak sądził, a dodatkowo musi jeszcze walczyć o życie z korporacyjnymi maszynami. Pechowo dla niego, to tylko początek śmiertelnie groźnej walki, którą podejmie, by nie zatracić własnego człowieczeństwa…

Fragment tekstu znajduje się na stronie autorskiej:

niedziela, 24 marca 2013

"Millennium: Zamek z piasku, który runął", Stieg Larsson


                No tak… Czytanie trylogii Millennium skończone, niestety… Na szczęście książki te mają już swoje miejsce na jednym z moich regałów, są i będą zawsze pod ręką, więc kiedy tylko znowu przyjdzie mi ochota na obcowanie z twórczością Larssona, będzie wystarczyło tylko sięgnąć i zagłębić się w tom pierwszy… Na razie jednak jestem świeżo po lekturze trzeciego, więc jest teraz jak najbardziej odpowiedni czas na to, by zabrać się za pisanie jego recenzji.
               
                A jest o czym pisać. Ostatni tom trylogii zawiera prawie osiemset stron, na których poznajemy dalsze dzieje Lisbeth Salander i Mikaela Blomkvista. Nasza wyjątkowo oryginalna bohaterka trafia do szpitala Sahlgrenska w Göteborgu, trzykrotnie postrzelona, ledwo żywa, z pociskiem tkwiącym ciągle w jej głowie. Natychmiast operuje ją doktor Anders Jonasson, któremu udaje się wyjąć kulę z jej czaszki i uratować od śmierci. Wiele następnych dni Lisbeth spędzi w szpitalu właśnie, leżąc dwa pokoje od swojego ojca, którego nie udało jej się zabić. Nikt nie może jej odwiedzać, bo jest przecież poszukiwanym w całej Szwecji przestępcą.

                Mikael Blomkvist ciągle stoi po stronie Lisbeth, wierny i oddany, jak przystało na prawdziwego przyjaciela. Starając się dowieść jej niewinności, współpracuje z policją w śledztwie, ale bierze udział także w drugim, które prowadzą osoby postawione znacznie wyżej niż policja. Redakcja Millennium przygotowuje się do druku książki Daga Svenssona o traffickingu, a Mikael pracuje również nad kolejną książką o tajemniczym tytule Sekcja. Książka ta ma opowiadać historię działającej poza prawem tajnej komórki szwedzkich organów, komórki, którą nazwano Specjalną Sekcją Analiz, a która od wielu lat zajmowała się opieką nad Aleksandrem Zalachenko, rosyjskim szpiegiem, mordercą i… ojcem Lisbeth Salander.

                Trwają przygotowania do procesu Lisbeth. Siostra Mikaela, Annika Giannini, zgodziła się reprezentować ją w sądzie. Czas ucieka, bo w chwili, gdy lekarze wypiszą Salander ze szpitala, trafi do aresztu i na salę sądową. Jednak do tego czasu wiele osób musi zaangażować się w całą sprawę, gdyż jej konsekwencje mogą być katastrofalne dla całego kraju. Współpracę z Mikaelem podejmuje szef wydziału ochrony konstytucji, Thorsten Edklinth, a także oddelegowana do tego zadania Monika Figuerola. Jakby tego było mało, w całym dochodzeniu bierze nawet udział minister sprawiedliwości…

                Stieg Larsson w Zamku z piasku, który runął przenosi nas w zupełnie inne wymiary, przesiąknięte służbowymi manipulacjami i układami. Obrazuje nam fałsz służb bezpieczeństwa, niewłaściwe działania prokuratury czy lekarzy, którzy sprzeniewierzają się swej przysiędze, etyce i moralności. Larsson w efekcie piętnuje każdy grzech, nawet te stare już, nie pozwalając, by winny uszedł karze. Bo czy minął rok, czy ćwierćwiecze, sprawiedliwości musi stać się zadość…

                Trzecia część trylogii różni się dość mocno od dwóch poprzednich, między innymi tym, że większą jej część stanowią opisy działań wydziału ochrony konstytucji, Mikaela i ich wspólnego wroga, starzejących się, lecz nadal bezwzględnych członków Sekcji. Larsson musiał cofnąć się do lat wczesnej młodości Lisbeth, musiał dołożyć nowych elementów do układanki, żeby mogły wszystkie wskoczyć na swoje miejsce i ukazać nam całokształt zdarzeń. Przez prawie osiemset stron prowadzi nas do szczęśliwego zakończenia, i choć przyznam szczerze, że nie jestem fanem happy endów, to w tym przypadku jest on jak najbardziej wskazany. A nawet pożądany, bo to, co spotykało Lisbeth Salander, musiało przecież wreszcie się skończyć.

                Zamek z piasku, który runął jest doskonałym zwieńczeniem trylogii. Być może niektórych ta część nie będzie wciągała tak bardzo, jak poprzednie, jeśli jednak chodzi o moje odczucia, to jest ona również bardzo dobra. Jest wynikową zdarzeń znanych z poprzednich tomów, wyjaśnieniem dla nich łączącym razem wszystkie elementy. Dla mnie osobiście ciekawa, nawet jeśli dostajemy w niej trochę mniej samego Mikaela i Lisbeth. Co istotne, nie sposób nie zauważyć, że Larsson włożył w ostatnią część najwięcej pracy, uzasadniając zdarzenia, przedstawiając nam nowe osoby dramatu i tkając fabułę w ten swój oryginalny, mistrzowski sposób.

                Diagnoza?

                Millennium jako całość, jako trylogia, jako oddzielne części, wszystkie razem i każda z osobna, przedstawiają sobą prawdziwy majstersztyk literacki i bez wątpienia zasługują na najwyższą możliwą ocenę.
6/6

                Zamieszczone zdjęcia pochodzą ze szwedzkiego, trzyczęściowego filmu opartego na powieści, który jest jej doskonałym ekranowym odzwierciedleniem. Gorąco polecam.

               
               



                

środa, 6 marca 2013

"Millennium: Dziewczyna, która igrała z ogniem", Stieg Larsson





                Z trylogiami może być różnie. Większość z nich to książki spore objętościowo, zawierające kilka setek stron i wiele przydługich dialogów, opisów i ogólnie rzecz biorąc, niepotrzebnej nudy. Przynajmniej dla mnie. Jeśli jednak chodzi o trylogię Millennium, to cała rzecz wygląda inaczej.

                Dziewczyna, która igrała z ogniem jest, oczywiście, kontynuacją wydarzeń rozgrywających się w części pierwsze trylogii. Poznajemy dalsze losy bohaterów powieści, lecz nie tylko. Autor sporo miejsca poświęca także przeszłości Lisbeth Salander, odkrywając przed czytelnikiem mroki jej wcześniejszego życia.

                Powieść, podobnie jak to było w przypadku Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet, rozpoczyna się krótkim prologiem. Larsson przygotowuje nas na to, co będzie czekało na kolejnych stronach, więc od razu widzimy, że pierwsze skrzypce w tomie drugim odegra historia Lisbeth, łącząca się z wydarzeniami obecnymi i mająca na nie ogromny wpływ.

                Bogatsza o miliony Lisbeth podróżuje przez rok. Odwiedza wiele miejsc, samotnie zwiedzając egzotyczne zakątki świata. Zostaje dłużej w Grenadzie, gdzie staje się świadkiem trąby powietrznej o niszczącej mocy, ratuje pewnej kobiecie życie i uwodzi nastolatka. Po roku podróżowania, mając już dwadzieścia sześć lat, postanawia powrócić do Sztokholmu. Zaczął się okres zmian w jej życiu, a pierwszą z nich ma być zakup i umeblowanie nowego mieszkania.

                Mikael Blomkvist stara się skontaktować z Lisbeth, lecz bez żadnego skutku. Nie wie, że dziewczyna widziała go razem z jego redakcyjną przyjaciółką, Ericą Berger, gdy objęci wychodzili wieczorem z baru. Mikael zagląda co jakiś czas do mieszkania Salander, pyta o nią znajomych, chce się dowiedzieć, co się z nią dzieje. Martwi się. Jednocześnie zatrudnia w redakcji młodego dziennikarza, Daga Svenssona, który pracuje nad książką poświęconą traffickingowi, handlowi żywym towarem. Dag prowadzi swoje śledztwo, a jego dziewczyna – kryminolożka Mia – pisze pracę dyplomową, dla której książka Daga ma być uzupełnieniem. Redakcja Millennium decyduje się na wydanie powieści i numeru tematycznego poświęconego handlowi kobietami w Szwecji. Materiały zebrane przez Mię i Daga wskazują jasno, że w trafficking zamieszane są wpływowe i znane osoby. Wszystko wygląda na to, że nowy numer Millennium będzie prawdziwą sensacyjną bombą.

                Nils Bjurman, opiekun prawny Lisbeth, dostaje obsesji na jej punkcie. Zaintrygowany pewnym okresem jej życia, nad którym wisi czarna, nieprzenikniona chmura, postanawia dowiedzieć się o niej wszystkiego. Kiedy zszokowany odkrywa prawdę, wpada na diabelski pomysł. Znajduje kogoś, kto nienawidzi Lisbeth jeszcze bardziej niż on. Jej śmiertelnego wroga. Nawiązuje więc z nim kontakt, mając nadzieję, że w efekcie Salander zniknie i już nigdy nie powróci.

                Nagle jednak wszystko się komplikuje. Mikael odkrywa w mieszkaniu Daga i Mii ich zwłoki. Ciała leżą z przestrzelonymi głowami, mieszkanie zalane jest krwią. Młodzi ludzie zginęli i – jak łatwo się domyślić – ma to związek z pisaną przez Daga książką i zebranymi dowodami. Blomkvist jest wstrząśnięty.

                To jednak dopiero początek. Znaleziono broń, którą morderca musiał zgubić lub upuścić przy tylnym wyjściu z kamienicy. Policja szybko dopasowuje dwa rodzaje odcisków palców, zdjęte z broni: pierwsze należą do adwokata Nilsa Bjurmana, a drugie do… Lisbeth Salander.

                Co więcej, po krótkim czasie detektywi usiłujący skontaktować się z adwokatem wchodzą do jego mieszkania i znajdują w sypialni zwłoki. Nils Bjurman zginął od strzału w tył głowy.

                Jakby tego było mało, zdumieni policjanci odkrywają na jego ciele stary, wytatuowany niewprawnie na brzuchu napis: „Jestem sadystyczną świnią, dupkiem i gwałcicielem”.           

                Co łączy te dwa pozornie nie mające ze sobą związku morderstwa?

                Lisbeth Salander.

                Prasa szaleje. Za Salander wysłano list gończy, reporterzy dokopują się wielu faktów z jej przeszłości. Zostaje okrzyknięta „szaloną satanistką-lesbijką”, jest poszukiwana w całej Szwecji nie tylko przez policję, ale również przez gang motocyklowy, który ma ją ująć i sprowadzić do tajemniczej postaci nazywanej „Zala”.

                Dochodzenie sprawie zabójstw prowadzi detektyw Jan Bublanski, Żyd polskiego pochodzenia. Wszystkie fakty wskazują na to, że Lisbeth jest winna trzech morderstw, ale Mikael Blomkvist, Dragan Armanski czy Miriam Wu przedstawiają Bublanskiemu bardzo pozytywny obraz Salander, stojący w sprzeczności z treścią o nieprzystosowanej społecznie, agresywnej dziewczynie, jaka wyziera z jej akt sądowych.

                Lisbeth musi się ukrywać. Jednocześnie zaczyna prowadzić własne dochodzenie, podobnie jak Mikael Blomkvist i policja. Sytuacja bardzo się komplikuje, z czasem pojawiają się nowe fakty i osoby zamieszane w tę niezwykłą sprawę. Przeszłość Lisbeth, tak do tej pory przez nią chroniona, wychodzi na światło dzienne. Mikael wie, że będzie stał przy niej aż do samego końca.

                Dziewczyna, która igrała z ogniem to godna następczyni pierwszego, rewelacyjnego tomu trylogii Millennium. Przez pierwszych dwieście stron przyglądamy się Lisbeth oraz redakcji Millenium, wydarzenia rozgrywają się spokojnie, ale potem… Potem wszystko nabiera tempa i przyspiesza coraz bardziej. Akcja zaczyna gnać do przodu w niesamowitym tempie, kumulując kolejną i kolejną reakcję. Wydarzenia następujące jedno po drugim wciągają czytelnika zupełnie, sprawiając że w napięciu i z zapartym tchem obserwujemy ich rozwój. I tak aż do samego dramatycznego końca. Końca niczym z horroru…

                Słyszałem wcześniej głosy, że druga część trylogii nie jest już tak dobra jak pierwsza. Być może, każdy patrzy inaczej, widzi co innego i spodziewa się zupełnie różnych rzeczy. Normalka. Ja nie porównywałbym tych dwóch części w kategoriach „lepsza/gorsza”, ponieważ kolejna część jest naturalną konsekwencją poprzedniej. Siłą rzeczy spora partia tekstu musiała po prostu zostać napisana, aby całość mogła stanowić spójną i logiczną całość. Autor musiał rzucić nowe światło na fakty znane już z pierwszego tomu, dołożyć kolejne elementy układanki. Dlatego więc nie patrzcie na to, która jest lepsza, która Wam się bardziej podobała, ale na to, co ten następny tom zawiera nowego,  co po jego lekturze zyskujemy, jak teraz wygląda dla nas postać Lisbeth Salander? Bo przecież nie ulega wątpliwości, że ta dziewczyna, tak bardzo zagadkowa, jest kluczowym elementem całej trylogii. Stieg Larsson z każdym kolejnym tomem odsłania nam coraz bardziej jej niezwykłą sylwetkę, przybliża psychikę, uwiarygodnia motywy działania. Ponieważ Millennium jest studium. Studium Lisbeth Salander.

                Zrozumiałe jest oczywiście, że autor chce nam jak najbardziej przybliżyć także inne elementy swojej powieści. Rozpoczyna więc wątek dotyczący organizacji rządowych, mający ścisły związek z przeszłością naszej bohaterki, nakreśla powiązania grup przestępczych, karze tych, którzy mieli chronić, nie niszczyć. A za broń służy mu Mikael Blomkvist, Millennium i Lisbeth Salander.

                Na szczególne uznanie zasługują również obszerne opisy działań grupy policjantów prowadzących śledztwo w sprawie morderstw. Larsson poświęcił tej tematyce naprawdę sporą część tych siedmiuset stron składających się na powieść, bardzo autentycznie oddając działania policjantów, ich uczucia i emocje wiążące się z prowadzonym i nagłośnionym na cały kraj śledztwem. Pisząc w dobrym, dziennikarskim stylu, Larsson zdaje się nie pomijać żadnego z istotnych faktów. A wierzcie mi, niektóre zdarzenia są naprawdę niesamowite.

                Książka została przerwana w bardzo dramatycznym momencie, pozostawiając mnie z uczuciem wielkiego niedosytu. Zadziwiające, że nawet czytana po raz drugi robi tak ogromne wrażenie… Jeśli to nie decyduje o jakości powieści, to powiedzcie mi, co?
                6/6

               
               
               
               
                

piątek, 1 marca 2013

"Za grzechy ojca", Jeffrey Archer


Całkiem niedawno przeczytałem Złodziejski honor Jeffreya Archera. Książka zrobiła na mnie wrażenie, i choć nie zaliczyłbym jej do dzieł wielkich w moich oczach, to i tak wspominam ją bardzo dobrze, przede wszystkim za sposób narracji autora. Bo właśnie to, w jakim stylu Archer snuje swoje powieści, mnie w nich pociąga. O czymkolwiek by nie pisał, potrafi zrobić to tak dobrze, że książka jest jak magnes, a czytelnika przez większość czasu nie opuszcza wzbudzone nią zaintrygowanie i napięcie.
                Właśnie tak jest z drugim tomem Kronik Cliftonów, sagi opowiadającej o losach rodów Cliftonów i Barringtonów. Kolejno poznajemy dalsze losy bohaterów w latach 1939 – 1945.
                Powieść rozpoczyna się w momencie, kiedy Harry Clifton tłumaczy inspektorowi Kolowskiemu, kim jest. Inspektor jednak nie wierzy mu, dla niego jest po prostu Tomem Bradshawem, za którego Harry się dotąd podawał. Dlaczego? Ponieważ chciał oszczędzić problemów swojej ukochanej Emmie i jej rodzinie. Nieco później do Harry’ego przychodzi Sefton Jelks, jeden z najlepszych i najbardziej cwanych adwokatów, i obiecuje Harry’emu, że jeśli przyzna się do dezercji, trafi do więzienia na rok. Mimo jego obietnic, Harry zostaje skazany na długich sześć lat zamknięcia w zakładzie karnym.


Więcej: http://www.literatura.unreal-fantasy.pl/943/a/Za_grzechy_ojca_Jeffrey_Archer_recenzja.html

wtorek, 26 lutego 2013

"Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet", Stieg Larsson


Wielkie odkrycia. Ludzie dokonują ich cały czas, czy to na poletku naukowym, sportowym czy technologicznym. Dosłownie w każdej dziedzinie. Czasem są to odkrycia o niepodważalnym znaczeniu w skali światowej, ale każdy z nas także ich dokonuje w swoim własnym, prywatnym wymiarze.

                Dla mnie takim Wielkim Odkryciem była trylogia Millennium Stiega Larssona. Jednak – jak doskonale wszyscy już wiemy – nie tylko dla mnie, ale i dla całego świata, co potwierdza fakt kilkudziesięciu milionów sprzedanych egzemplarzy powieści oraz nakręcenia dwóch wersji filmu opartego na niej: szwedzkiej i amerykańskiej.

                Stieg Larsson stał się pośmiertną ikoną szwedzkiej powieści kryminalnej. Pośmiertną, ponieważ tuż przed ukazaniem się jej pierwszego tomu autor zmarł nagle na atak serca w wieku pięćdziesięciu lat, nie doczekawszy niestety ogromnego splendoru swojego dzieła. Millennium jednak przetrwa, i to bardzo długo. Wystarczy raz przeczytać trylogię, aby zdać sobie sprawę, że w miarę upływającego czasu będą pojawiać się jej kolejne wydania, że następne pokolenia będą pochłaniały te powieści z wypiekami na twarzy, i że Stieg Larsson zagwarantował tak sobie samemu, jak i trylogii, literacką nieśmiertelność.

                Przeczytałem po raz drugi Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet i bez jakichkolwiek wątpliwości muszę stwierdzić, że powieść urzeka równie mocno, jak przy pierwszym czytaniu. Już od samego początku nie można oderwać oczu od tekstu, a losy bohaterów przyciągają nas do książki niczym magnes żelazo. Dla tych z Was, którzy jeszcze nie mieli okazji poznać dzieła Larssona, przybliżę nieco jego fabularną warstwę.

                Pierwszy tom trylogii zaczyna się od krótkiego, tajemniczego wstępu. Pewien osiemdziesięciodwuletni mężczyzna otrzymuje w dzień swoich urodzin kolejną paczkę pocztową. Nauczony wieloletnim doświadczeniem, otwiera ją z obawą, jak każdego roku wcześniej w ciągu minionych czterdziestu lat. Jego przewidywania okazują się słuszne: po raz kolejny otrzymał zasuszony kwiatek w ramce, który dołączy do wiszącej na ścianie pokoju pokaźnej kolekcji.

                Mężczyzna nie zna nadawcy tych wszystkich paczek. Wie jednak, że łączą się one z zaginięciem Harriet Vanger, wnuczki jego brata Richarda. Dawno temu Harriet zwykła ofiarowywać mu zasuszonego kwiatka na urodziny, jednak pewnego feralnego dnia ślad po niej zaginął. Choć mężczyzna zrobił wszystko, by ją odnaleźć, nie udało mu się to przez cztery dekady. Uważa, że Harriet została zamordowana, a zasuszone kwiaty są sposobem dręczenia go przez jej zabójcę.

                Zachęceni tajemniczym wstępem, dalej zagłębiamy się w drugi wątek powieści: Mikael Blomkvist, główny bohater i wydawca czasopisma Millennium, zostaje oskarżony o zniesławienie i skazany na trzy miesiące więzienia. Dziennikarz, zaintrygowany przez starego kolegę z uczelni, podjął śledztwo przeciwko jednemu ze znanych przedsiębiorców, Hansowi Erikowi Wennerströmowi. Nie udało mu się jednak udowodnić swoich racji przed sądem. Zrezygnowany, postanawia odejść na jakiś czas z redakcji Millenium, aby medialna nagonka, której stał się celem, nie przysporzyła jeszcze większych problemów gazecie.

                Po jakimś czasie otrzymuje tajemniczy telefon od niejakiego Dircha Frode, zapraszającego go na rozmowę z potentatem przemysłowym, Henrikiem Vangerem. Mikael – choć nastawiony sceptycznie – jest zaskoczony i zaciekawiony niezwykłą ofertą, jaką chce mu zaofiarować Vanger, i wyjeżdża do małej miejscowości Hedestad.

                Trzecim wątkiem tworzącym fabułę powieści są losy Lisbeth Salander, nieprzystosowanej do społeczeństwa, nie radzącej sobie w relacjach z innymi ludźmi introwertycznej młodej kobiety. Lisbeth pracuje dla Milton Security, jest zdolną researcherką, zdobywającą informacje dla swojego szefa, Dragana Armanskiego. Tę niezwykłą, dwudziestopięcioletnią kobietę o wyglądzie nastolatki poznajemy właśnie w biurze Dragana, kiedy przynosi raport na temat Mikaela Blomkvista, zlecony Milton Security przez Dircha Frode, adwokata i pełnomocnika Henrika Vangera. Zaskoczony agresywnym wyglądem Lisbeth i jej zdystansowanym, a czasem nawet wrogim zachowaniem, adwokat szybko przekonuje się, że ubrana w skóry, mocno umalowana kobieta jest profesjonalistką. Badanie, które przeprowadziła na temat Blomkvista, jest wyczerpujące, niezwykle dokładne i rzetelne. Lisbeth na długo utkwi w pamięci starzejącego się pana Frode, aż wreszcie, wraz z Blomkvistem, zajmą się śledztwem zleconym Mikaelowi przez starego Vangera.

                Stieg Larsson sprawnie prowadzi czytelnika poprzez poszczególne wątki, by wreszcie złączyć je w jeden i doprowadzić do zaskakującego, efektywnego zakończenia powieści. Cała powieść, nie tylko samo jej zakończenie, jest mistrzowskim majstersztykiem, a trzeba jeszcze zwrócić uwagę na fakt, że czym bliżej znajdujemy się końca, tym bardziej wydarzenia nabierają tempa, by na ostatnich stronach zapierać dech. Nasze oczy przemieszczają się szybko po tekście aż do ostatniej linijki, kiedy to czujemy nagle, że w naszym wnętrzu zrodziła się pustka. Pustka spowodowana brakiem tego uzależniającego tekstu, powodująca, iż tęsknie czekamy, aż zagłębimy się w drugi tom trylogii, niesamowicie ciekawi dalszych losów Mikaela i Lisbeth…

                Same superlatywy, zgadza się. Nie wiem po prostu, za co można krytykować pierwszy tom Millennium. To ponad sześćset trzydzieści stron samej przyjemności czytania. Ale nie skończyłem jeszcze z pochwałami, gdyż wypada zwrócić uwagę na kilka pozostałych rzeczy.

                Stieg Larsson był znanym dziennikarzem. Zawód, jaki wykonywał, znajduje swoje odzwierciedlenie również w trylogii. Tym, co rzuca się w oczy, jest przede wszystkim dziennikarski styl, w jakim została napisana powieść. Oszczędny, w wielu miejscach sensacyjny, ale z pewną dawką dziennikarskiego dystansu. Sprawia, że pochłaniamy książkę niczym artykuł.

                Inną elementem dzieła Larssona jest postać Lisbeth Salander, której literacka kreacja – śmiem twierdzić – nie ma sobie równych. Jest to bohaterka tak skomplikowana, różnorodna i nacechowana niezwykłością, jak jeszcze żadna inna. Aby nie psuć przyszłym czytelnikom niespodzianki nie napiszę, co takiego charakteryzuje Lisbeth ani jakie cechy posiada. Jednak bez wątpienia da się zauważyć, że gdyby ktoś pokusił się o napisanie pracy na temat tej bohaterki, zawierającej pełną jej charakterystykę pod różnymi kątami, mogłaby ostatecznie wyjść… osobna powieść. Praca, jaką wykonał Larsson nad powołaniem do życia Salander, jest sama w sobie godna podziwu. I pewne jest, że ta postać zyska sobie nieśmiertelność, a jednocześnie może stać się dla wielu symbolem niezależności, odwagi, inteligencji, a także – przede wszystkim – indywidualizmu.

                Natomiast jeśli chodzi o Mikaela Blomkvista, to jest postacią co prawda pierwszoplanową, ale mniej barwną niż Lisbeth. Dziennikarz, kierujący się kodeksem zawodowym, o dobrym, pełnym wrażliwości sercu, wnikliwym umyśle i przyjaznym sposobie bycia. Nie jest wzorem cnót, posiada wady, jak każdy z nas, ale ogólnie wygląda na dobrego, godnego zaufania i szacunku człowieka. Początkowo daje się lubić szybciej niż Salander, ale pod koniec czytelnik darzy już ogromną sympatią obydwie te postaci.

                Ostatnim, integralnym elementem powieści jest coś, czego – mimo wszystko – niełatwo doświadczyć w literaturze. Mianowicie chodzi mi o to, że nie tylko pierwszy tom, ale cała trylogia tętni prawdziwym, rzeczywistym życiem. Nie tylko postaci, ich zachowania, ale również wydarzenia i miejsca zdają się jak z życia wzięte. Nietrudno czytelnikowi uwierzyć, że opisywana historia mogła się zdarzyć naprawdę, nawet pomimo bardzo wielu jej sensacyjnych wątków. Larsson, jako dziennikarz, każdego dnia stykał się z prawdziwym życiem, opisywał je i bez wątpienia snuł także nad wieloma jego aspektami własne refleksje. W trylogii Millenium to widać. Czuć. Bo choć ubarwiona, wcale nie wydaje się mniej rzeczywista.
6/6

środa, 20 lutego 2013

"Zemsta najlepiej smakuje na zimno", Joe Abercrombie

                Powiem Wam, że zawsze bardzo lubiłem czytać grube książki.  Dlatego, iż mogłem dłużej obcować z bohaterami, których w trakcie lektury obdarzyłem sympatią i z którymi w pewien sposób się zżyłem. Jak również z tego powodu, że nie znoszę uczucia, kiedy powieść, która sprawiła mi wiele przyjemności, się kończy. Do takich książek zawsze wracam. I to nie jeden raz, a po wielokroć, gdyż przyjemność ich czytania pozostaje równie wielka nawet mimo tego, iż fabułę zna się już na wylot.

                Jednakże te grube, ponad siedmiuset stronicowe powieści muszą mnie zaciekawić, wciągnąć, trzymać w napięciu i zaskakiwać, a bohaterowie charakteryzować się „tym czymś”, co nas do nich przyciąga. Wtedy mikstura na obszerną powieść wydaje się być udana. Ale co się dzieje, kiedy książka zawiera osiemset stron tekstu i nie wszystkie jej elementy są takie, jak te wymienione wyżej? Już Wam mówię.

                Zemsta najlepiej smakuje na zimno to splatterpunkowa powieść fantasy. Splatterpunkowa, czyli obfitująca w okropieństwa, okrucieństwo, zdradę itp. Coś w tym guście. Jak czytamy w cytacie osławionego już George’a R.R. Martina, zamieszczonym na tylnej okładce: Splatterpunkowa fantasy najwyższych lotów, niczym Hrabia Monte Christo napisany na modłę Michaela Moorcocka. Okay, niezła rekomendacja, tym bardziej, że są to słowa autora świetnej Gry o tron. Każdy może mieć swoje zdanie. Moje własne wyrażę niżej.

                Fabularnie całość dotyczy – jakże by inaczej – zemsty. Zemsty kobiety-wojowniczki, której zabito brata, a ją samą najpierw pocięto i pokłuto, a potem zrzucono z wysokiego tarasu, by się połamała i umarła u stóp twierdzy. Całkiem uroczy obrazek jak na początek książki. Ale jedźmy dalej.

                Żeby fabuła miała jakikolwiek sens i mister Joe Abercrombie mógł dalej rozciągać przed nami swoje ohydne, podane w najbardziej dosadny i najprostszy z możliwych sposobów wizje, kobieta zwana Monzo Murcatto musi jakoś ten upadek przeżyć. No więc nie ginie, mimo bardzo, ale to naprawdę bardzo licznych złamań i podziurawionych organów wewnętrznych. Traci przytomność i zapada w śpiączkę, a gdy odzyskuje po długim czasie świadomość, znajduje się już zupełnie gdzie indziej. Jej kości są poskładane, a rany opatrzone i pozszywane przez tajemniczego mężczyznę, którego nigdy wcześniej nie widziała. Ból, oczywiście, jest nieznośny, więc Monzo pali ziarna, dzięki którym co i rusz odlatuje z rzeczywistego świata. I tak aż do momentu, kiedy odzyskuje siły na tyle, by ledwie, ale jednak, odejść od tajemniczego mężczyzny i wprowadzić swój plan zemsty w życie.

                Celem kobiety jest siedem osób. Siedmiu mężczyzn biorących udział w morderstwie Monzy oraz jej ukochanego brata. Okazuje się, że ona sama wcale nie jest taką uroczą panienką, jaką mogłaby się wydawać. Przez jednych zwana Wężem Talinsu, przez innych Rzeźniczką z Caprile, ma na sumieniu liczne morderstwa, walki i ogólnie mało pochlebne uczynki. Podczas swoich podbojów zgromadziła także dość sporo ukrytego złota, więc środków do zrealizowania zemsty nie zabraknie.

                Nie ma jednak ludzi, a sama nie da rady. Dlatego najmuje spotkanego żebraka, barbarzyńcę z północy, Caula Dreszcza. Barbarzyńca ów, zwany dalej nader często po prostu Północnym i sypiący kurwami ile wlezie i gdzie się da, uchodzi za wzór prymitywizmu, ale nie aż tak do końca. Wbrew swemu pochodzeniu chce stać się dobrym człowiekiem, lecz bieda sprawia, że zgadza się pomóc Monzo.

                Innym sojusznikiem kobiety zostaje były skazaniec, wielokrotny morderca. Ten, nie wiadomo z jakiego powodu, nazywany jest Przyjaznym. To masywny facet pozbawiony szyi, niezwykle silny i biegły w walce. A przy okazji, solidnie popieprzony, bo ma hopla na punkcie liczenia niemal wszystkiego i dostrzega w liczbach, ich sumach i iloczynach jakieś dziwaczne regularności.

                Kolejnymi ludźmi współpracującymi z Monzo są truciciel Morveer oraz jego młoda asystentka Dzionek. Ładna dziewczyneczka chichocze ciągle i przytakuje bez przerwy swojemu mistrzowi, a sam truciciel miele jęzorem bez końca, doprowadzając do furii Północnego. I mnie momentami także.

                Ach, zapomniałbym o jeszcze jednym ewenemencie. Słynny najemnik, zwycięzca wielu bitew, Nicomo Cosca. Obecnie trzęsący się, brudny i zarośnięty menel, skończony alkoholik ledwo co potrafiący ustać na nogach i rzygający co chwilę na własne buty. Ale to nic, w końcu każdy czasem choruje. W każdym razie tak właśnie prezentuje się ten człowiek, kiedy Monza do niego dociera. Znają się już z wcześniejszych lat, gdyż to właśnie on uczył niegdyś Monzę i jej brata szermierczej sztuki, walczyli ramię w ramię i wspólnie dzielili łupy z najazdów. Teraz kobieta wyciąga do niego pomocną dłoń i Cosca przyłącza się do niej, wracając po czasie do dawnej formy.

                Taką to wesołą gromadkę zbiera kobieta, by zemścić się na księciu Orso. Wielcy to indywidualiści (indywidua, jeśli ktoś woli), to trzeba z ręką na sercu autorowi przyznać. Wykonał dobrą robotę, jeśli chodzi o urozmaicenie charakterystyk postaci. I mimo ich wyraźnych braków, krok po kroku, albo raczej człowiek po człowieku, wypełniają plan Rzeźniczki z Caprile.

                Postaci te mogą wydawać się całkiem barwne, może ktoś pomyśli, że budzą różnorodne uczucia. We mnie jednak ani jedna persona z tej powieści nie wzbudziła krztyny sympatii, co uznaję za rzecz bezprecedensową, jaka jeszcze mi się w życiu nie zdarzyła. Przeważnie mogę się w jakimś stopniu utożsamić z jednym z bohaterów czytanej książki, polubić go mniej czy bardziej. Ale tutaj… nie polubiłem nikogo. Wszyscy bez wyjątku to zdrajcy o bardzo przyziemnych pobudkach, tak bardzo, że nazywanie ich „bohaterami” nawet w odniesieniu do postaci występujących w książce brzmi dziwnie. Ale załóżmy, że taki cel przyświecał autorowi, że takie, a nie inne cechy powinny posiadać postaci tworu splatterpunkowego.

                Barbarzyńca Północny sprawiał, że momentami parskałem śmiechem. Przyjazny irytował mnie straszliwie, jego ciągłe wypowiadanie tekstów w stylu: „dwa i jeden, trzy i dwa” skłaniało do refleksji, że autor Zemsty… na siłę chciał te postaci udziwnić. Dzionek wydawała się urocza, gdy śmiała się dźwięcznie, ale kiedy przytakiwała swojemu mistrzowi i powtarzała jego słowa, wyglądała już bardzo głupio. Samozwańczy mistrz trucicieli Morveer również irytował swoją wyszukaną gadaniną, jednak nie w takim stopniu, jak zapijaczony najemnik Nicomo Cosca. Ten to dopiero jest agent, aż się wierzyć nie chce. Plecie ozorem niczym dworzanin, raz po raz, gęba mu się nie zamyka. Zabija kogoś, a następnie unosi ręce ku niebiosom i opłakuje go, wychwalając swoją własną ofiarę w istnej kawalkadzie słów. Gdybym mógł, wziąłbym nóż i odciąłbym mu ten jego pieprzony jęzor, albo przynajmniej zakneblowałbym go na amen, tak bardzo ta postać działała mi na nerwy, ech. Natomiast sama Monzo… Wcale nie taka zimna i opanowana, a zamiast tego ulegająca targającym nią uczuciom, tak bym ją określił. Jej wyobrażenie również w żadnym stopniu miłe być nie może, ponieważ jawi się jako kobieta podstępna i bezlitosna, momentami ohydna, a czasami po prostu… zagubiona, choć ciągle uparcie pragnąca swojej zemsty.

                Wybaczcie, ludzie, słownictwo, ale chyba nabrałem na chwilę literackiej maniery pana Abercrombiego. Jednak jedźmy dalej.

                W książce dzieje się całkiem sporo, lecz jej ogromnym minusem jest to, że Zemsta… jest przegadana. Tak właśnie bym to określił. Przegadana i mimo wszystko mało oryginalna, a przez dwie trzecie lektury dodatkowo po prostu… nudna. Przez pięć zabójstw miałem ochotę odłożyć tę cegłę na bok i dać za wygraną. Północny kurwuje, Przyjazny liczy, Monza zaciska ze złości wargi, a Cosca ględzi i ględzi. W międzyczasie udaje im się wyprawić na tamten świat pięć z zaplanowanych siedmiu istnień, ale cóż z tego, kiedy wydarzenia są bez polotu, nie trzymają w napięciu, nie bawią ani nie ciekawią…

                Potem kolej rzeczy nieco się zmienia, na szczęście, i do końca różnie bywa. Sama końcówka natomiast może się podobać, choć jak dla mnie jest to za mała zapłata za jakieś sześćset stron przysypiania.

                Dobra, kończę już. Ogólnie powieść wyróżniająca się, ale tylko w poszczególnych elementach. Co do moich odczuć to są one takie, że splatterpunk chyba raczej nie znajdzie się w kręgu moich zainteresowań. Czy znajdzie się w Waszych, to już zdecydujcie sami. Ja osobiście książki nie polecam, bo nastawiony do niej początkowo dość optymistycznie, przyznam, że się rozczarowałem.
2/6
               

niedziela, 10 lutego 2013

"Sztuka podstępu", Kevin Mitnick, William Simon

                Obecnie  sieć sięga już niemal wszędzie, komputery są w użytku na porządku dziennym i stały się integralną częścią życia miliardów ludzi. To fakt. Prywatnie i zawodowo korzystamy z tych maszyn, uzależniając się od nich coraz bardziej i dzięki nim znacznie ułatwiając sobie pracę, a także takie czynności jak chociażby regularne opłacanie rachunków. Kolejki w okienkach kasowych odeszły do lamusa, wystarczy już tylko zasiąść przed monitorem, zalogować się na konto, skopiować i wkleić odpowiednie dane potrzebne do przelewu i zrealizować przelew.

              Podobnie sprawy mają się z zakupami. Nie trzeba już jeździć, szukać, przewozić. Mamy sklepy on-line i usługi dowozu zakupionych towarów do domu, czy to za pośrednictwem samego sklepu, czy też kuriera. Dzięki komputerom życie stało się wygodniejsze, inne. Cenny wolny czas, którego zawsze brakuje, możemy wykorzystać na odpoczynek od pracy.

                Większość z nas poczyta sobie te fakty za plusy. Jednakże musimy pamiętać także o tym, że wyżej wspomniane udogodnienia wiążą się z przepływem informacji w sieci, że nasze dane należy chronić, gdyż gdzieś tam, z drugiej strony kabla, może czekać ktoś, kto zechce użyć tych danych – lub chociażby informacji uzyskanych od nas – do celów, z których nie zdajemy sobie sprawy.

                Sztuka podstępu jest pierwszą książką, jaką Kevin Mitnick, człowiek okrzyknięty „największym hakerem XX wieku”, napisał w 2003 roku, współpracując z pisarzem Williamem Simonem. Skończyłem właśnie czytać II jej wydanie, i teraz, gdy patrzę na leżącą przede mną okładkę i widoczne na niej napisy, wcale nie dziwię się, że w Polsce sprzedano ponad czterdzieści pięć tysięcy egzemplarzy tej książki. Po lekturze mogę stwierdzić, że jak najbardziej prawdziwy jest też slogan krzyczący z okładki czerwonymi literami: Łamałem ludzi, nie hasła.

                Socjotechnik – wykorzystuje swoją umiejętność manipulowania ludźmi w taki sposób, aby pomagali mu w osiągnięciu jego własnych celów.

                Kevin Mitnick, sam będąc świetnym socjotechnikiem i hakerem, napisał podręcznik o tym, jak uchronić się nie tylko przed atakami socjotechnicznymi na firmy, w których pracujemy, ale także jak zapobiegać wyciekowi informacji, które powinny pozostać wewnątrz firm. Jak sam pisze, często nie zdając sobie nawet z tego sprawy, udzielamy obcym osobom odpowiedzi na pozornie niegroźne tematy, dzięki którym zdolny socjotechnik może zrealizować swój plan. Taki człowiek, zaczynając od realizacji jednego małego ułamka swego planu, dzięki zdobytej informacji przechodzi do jego kolejnych części, ostatecznie docierając do danych, do których dostępu ktoś spoza firmy absolutnie mieć nie powinien. W trakcie zwykłej telefonicznej rozmowy, podając się za kogoś innego i zdobywając numery telefonów wewnętrznych, adresy e-mailowe i hasła do skrzynek pocztowych, socjotechnik wdziera się coraz głębiej w strukturę przedsiębiorstwa, bo zrealizować swój cel. Jaki? Najróżniejszy. Może to być hasło do konta osoby pracującej przy wdrażaniu nowego, rewolucyjnego projektu. Może to być spis loginów do danego serwisu, może także być chęć zainstalowania na danej, konkretnej maszynie programu monitorującego, zdobycia hasła czy wzorów dokumentów, jak na przykład druki urzędowe czy wzory dyplomów ukończenia studiów. Każdy z nas musi mieć świadomość, że „zhakować” można wszystko. By nie płacić za oryginał, by nie zdawać egzaminów, nie czekać na dyplom kilka długich lat. Wszyscy widzimy korzyść płynącą za otrzymaniem dyplomu ukończenia uczelni od razu, bez poświęcania kilku lat na naukę, prawda?

                Sztuka podstępu jest podręcznikiem ze wszech miar praktycznym. Nie tylko dlatego, że za pomocą historii z życia wziętych obrazuje nam przypadki ataków socjotechnicznych, ale głównie z tego powodu, iż zwraca naszą uwagę na rzeczy, które normalnie wydają nam się trywialne i pozbawione znaczenia. Aby zobrazować Wam spryt socjotechnika, przytoczę poniżej jedną z opisanych w książce rozmów telefonicznych:

                „Telefon do Petera Abelsa:
- Dzień dobry – słyszy w słuchawce. – Tu mówi Tom z Parkhurst Travel. Pana bilety do San Francisco są do odbioru. Mamy je panu dostarczyć, czy sam pan je odbierze?
- San Francisco? – mówi Peter. – Nie wybieram się do San Francisco.
- A czy to pan Peter Absels?
- Tak, i nie planuję żadnych podróży.
- No tak – śmieje się rozmówca – a może jednak chciałby pan wybrać się do San Francisco?
- Jeżeli jest pan w stanie namówić na to mojego szefa… - mówi Peter, podtrzymując żartobliwą konwersację.
- To pewnie pomyłka – wyjaśnia głos w słuchawce. – W naszym systemie rezerwujemy podróże pod numerem pracownika. Pewnie ktoś użył złego numeru. Jaki jest pana numer?”

                Cała ta rozmowa ma na celu uzyskanie numeru pracownika należącego do Petera Abselsa, jak już się pewnie domyśliliście. Aby jednak Peter mógł odruchowo go podać, należało wcześniej osłabić jego czujność, stąd żartobliwy ton rozmówcy. Jestem pewien, że w trakcie takiej rozmowy 90% z nas, znajdując się na miejscu Petera, odruchowo, bez zastanowienia, podałoby przypisany nam numer pracownika. Prawda?

                Finalna forma podręcznika, którą Kevin obrał w celu napisania swojej książki, jest strzałem w dziesiątkę. Po każdej przytoczonej historii podaje swoje uwagi co do niej, analizuje oszustwo czy wyjaśnia używany przez pracowników danych firm żargon. Odkrywa piętę achillesową systemów bezpieczeństwa i pokazuje, dlaczego my i nasze firmy jesteśmy narażeni na ataki socjotechników. Opisuje, w jaki sposób socjotechnicy wykorzystują nasze zaufanie, chęć pomocy, współczucie oraz naiwność, aby dostać to, czego chcą. Niektóre wymyślone historie pokazują, w jaki sposób takie osoby mogą dostać się na teren firmy i ukraść tajemnice przemysłowe. Przytacza również przykłady oszustw opierających się na chęci zemsty pracownika lub cyberterroryzmie. Ogólnie rzecz biorąc, czy historia jest prawdziwa, czy też nie, wszystkie obrazują nam to, jak bardzo bezpieczeństwo informacji i danych jest zagrożone.

                Dla osób, które pracują w większych firmach podzielonych na rozwinięte struktury organizacyjne, Sztuka podstępu może okazać się zbiorem wytycznych postępowania. Aby ułatwić korzystanie z książki, autorzy dodali także rozdział zatytułowany „Bezpieczeństwo w pigułce”, skupiający wszystkie najważniejsze informacje, tzw. „ściągę”. Natomiast dla osób posiadających własne firmy zamieścili obszerny zarys skutecznego szkolenia dotyczącego bezpieczeństwa, i dalej także przykład „gotowca”, czyli kompletnego dokumentu opisującego politykę bezpieczeństwa firmy, którą możemy przystosować do naszych potrzeb i od razu wprowadzić w życie, by zabezpieczyć posiadane zasoby informacyjne.

                Całość została rozpatrzona i napisana w imponującym zakresie, dotykającym chyba każdego ważnego szczegółu. W efekcie otrzymaliśmy swoiste połączenie faktu i intrygujących historii, a co ważniejsze, po lekturze zyskujemy świadomość tego, jak łatwo jest nas zmanipulować. Nie sposób odmówić Sztuce podstępu znaczących wartości merytorycznych.