piątek, 26 września 2014

"Multirzeczywistość", David Louis Edelman



W poprzednim roku przeczytałem pierwszy tom trylogii Skok 225, nazwany Infoszok. Powieść ta, pełna rozwiniętych, cyberpunkowych technologii, zrobiła na mnie niemałe wrażenie, głównie ze względu na fakt bardzo świeżego, uniwersalnego spojrzenia autora. Świat w niej przedstawiony charakteryzował się dużym stopniem skomplikowania, a jego rzeczywistość, opisywana przez Edelmana z niezwykłą starannością, pobudzała wyobraźnię i przykuwała uwagę. Teraz jestem już po lekturze drugiego tomu trylogii, Multirzeczywistości, który pojawił się na naszym rynku w okolicach połowy tego roku. Jak łatwo się domyśleć, ta obszerna, bo obejmująca prawie sześć setek stron powieść, opisuje dalsze przygody Natcha, mistrza feudokorpu poznanego już w części pierwszej trylogii.

            Wydarzenia opisane w Infoszoku są bezpośrednio kontynuowane w Multirzeczywistości. Natch i jego feudokorp pracują nad Multirzeczywistością, niezwykle nowatorskim programem o przełomowym znaczeniu i możliwościach wybiegających daleko poza wszystko to, co ludzkość znała dotychczas. Łatwo sobie wyobrazić, jakie możliwości daje człowiekowi pogram, który pozwala mu wpływać na otaczającą go rzeczywistość, widzieć setki alternatywnych przyszłych sytuacji i – w efekcie – dający szansę wyboru tej jednej z najbardziej odpowiadających mu wersji zdarzeń. Nie tylko Natch i jego współpracownicy zdają sobie sprawę z potęgi tego programu, ale także wszyscy ich konkurenci i ludzie postawieni bardzo wysoko w hierachii społecznej. Każdy zainteresowany postępami Natcha rozumie, jaką potęgą jest Multirzeczywistość, co ze sobą niesie i jak bardzo odmieni znany dotychczas człowiekowi świat.

            Natch, Ben, Jara i Horvil zastanawiają się poważnie nad możliwością ograniczenia cykli Multirzeczywistości, a jednocześnie myślą także nad tym, jak zapewnić ludziom sprawiedliwy dostęp do cykli wyboru. Oczywistym faktem jest, że tak potężny program musi mieć ograniczenia, że nie każdy człowiek może posiadać tak potężne możliwości. Dlatego feudokorp Natcha testuje program przed wypuszczeniem go na rynek, a z każdej strony zwalają im się kłody pod nogi. Ich najsilniejsza konkurencja, bracia Patel, również nie próżnują i pracują nad swoją własną wersją Multirzeczywistości. Kod programu jest rewolucyjny, ma ogromną wartość sprzedażową, i nie da się ukryć, że Multirzeczywistość jest najważniejszym jak dotąd programem, który ma zostać skierowany do publicznego użytku.

            Magan Kai Lee i jego funkcjonariusze Rady Obrony i Bezpieczeństwa naciskają nieustannie na Natcha, chcąc odebrać mu dostęp do rdzenia Multirzeczywistości. Feudokorp Multirzeczywistości Suriny i Natcha, którego ten ostatni stał się prezesem po niespodziewanej śmierci twórczyni rewolucyjnego programu, Margeret Suriny, staje w obliczu zagrożenia.
           
            W najnowszej odsłonie trylogii Skok 225 Edelman rzuca nas w świat politycznych zależności, pieczołowicie oddając struktury panujące w wykreowanym przez niego świecie. Multirzeczywistość nie jest w tym samym stopniu dynamiczną powieścią co jej poprzedniczka, Infoszok, tutaj wydarzenia wytracają tempo, wszystko wydaje się zwalniać, ale i nabierać odpowiedniego dramatyzmu. Autor stawia czytelnika przed bardzo ważnym pytaniem: czy jednostka może posiadać niemal boską moc decydowania o tym, co oddać w ręce ludzi, a czego nie oddać, ile władzy przekazać każdemu, kto ma środki, by za to zapłacić, a wreszcie – czy można uczynić każdego z nas tak potężnym, że będzie miał wpływ na otaczającą wszystkich ludzi rzeczywistość?

            Nie jest to problem łatwy do rozwiązania, bo jego implikacje mogą sięgać niemal poza zdolności ludzkiego pojmowania. Kod Multirzeczywistości jest bez wątpienia zbyt potężny, wymaga więc nałożenia nań odpowiednich ograniczeń, zanim zostanie przekazany w ręce potencjalnych klientów. Moralne kwestie tego, czy jakikolwiek człowiek powinien w ogóle posiadać taką władzę, to druga strona medalu. Nawet, jeśli cykle wyboru rzeczywistości zostaną ograniczone.

            Edelman wykreował świat bardzo barwny i niezwykle złożony. Lektura Multirzeczywistości jednak nie wciągała mnie już tak bardzo jak jej poprzedniczki, Infoszoku. Mimo iż racjonalność ukazywanych w niej wydarzeń nie pozostawia wątpliwości co do ich trafności, autor zbyt wiele miejsca poświęca tutaj polityce, rozgrywce na najwyższych szczeblach, zależnościom między Natchem i jego współpracownikami. Dlatego też, mimo swojego ciężaru tematycznego, Multirzeczywistość nie jest już tak ciekawą powieścią, jaką był dla czytelnika Infoszok. Niemniej przed nami jeszcze trzecia i ostatnia część Skoku 225, zatytułowana tajemniczo Geosynchron, i nie ukrywam, że jestem ciekawy, jaki wygląd ostatecznie przybierze świat wykreowany przez Edelmana.
           
            

sobota, 28 czerwca 2014

"Tożsamość Rodneya Cullacka", Przemek Angerman

Czy istnieją poziome ściany, czyli kilka słów na temat „Tożsamości Rodneya Cullacka”


            Mój głód cyberpunku bez przerwy daje znać o sobie, drążąc synapsy, każąc rozglądać się wokół w poszukiwaniu nowej dawki tego niezwykłego tworu i z roku na rok stając się coraz silniejszym. Taki stan spowodowany jest prostym faktem: mianowicie na rynku literatury i kinematografii cyberpunkowej zbyt niewiele jest dzieł godnych uznania, takich, które swą wymową dadzą fanom sto procent satysfakcji. Tak sądzę. Dlatego nadal szukam czegoś, co wypełni braki, olśni mnie i sprawi, że mój umysł poczuje się zaspokojony.
           
            Miałem pewną nadzieję, że powieść Tożsamość Rodneya Cullacka zdoła podołać temu trudnemu zadaniu. Nie zważałem na to, iż ta książka jest debiutem pana Angermana na rynku fantastycznym. W ogóle nie znoszę oceniania powieści przez pryzmat debiutu właśnie, i staram się nie brać tego faktu pod uwagę. Dlatego pełen entuzjazmu zabrałem się za czytanie książki, kiedy tylko wpadła mi w ręce.

            Ale po kolei. Tożsamość… przenosi nas do świata roku 2368, w którym biomodyfikacje i upgrade’y ludzkiego organizmu są już na porządku dziennym. Poznajemy dwudziestopięcioletniego Richarda Zongę, wysoko wyspecjalizowanego agenta poziomu ósmego, wykonującego zlecenia dla Matki i Imperatora. Poznajemy go w momencie, gdy rozwala jednemu facetowi w barze czaszkę i trafia na leczenie do Rodneya Cullacka. Co dziwne, spotyka go tutaj niespodzianka: od Rodneya dowiaduje się, że wcale nie ma dwudziestu pięciu lat, lecz pięćdziesiąt osiem. A także tego, że rzeczywistość, w której żyje, jest kłamstwem.

Rozmowa wychodzi na jaw i Richard zostaje uznany za zdrajcę. Musi uciekać przed innymi agentami Matki, a jednocześnie stara się odkryć prawdę o otaczającym go świecie.

Tożsamość… jest powieścią nacechowaną żywą akcją. Czyta się ją szybko, nie trzeba zbytnio wysilać zwojów mózgowych, bo wszystko zostało tutaj podane w dość banalny sposób. Mamy typowego samca, mamy kobiety, mamy strzelaniny, mamy także refleksje na temat jednostki i życia oraz dość konturowo przedstawioną wizję świata przyszłości. Mamy także – w stopniu niemal ocierającym się o plagiat, jak mi się wydaje – wyjątkowo dużo nawiązań do kultowego filmu braci Wachowskich, Matrixa. Nie da się o tym nie napisać, więc biorę się do roboty.

Dam sobie głowę uciąć, że pan Angerman jest wielkim fanem wymienionego wyżej filmu. Ja również jestem, dlatego nie umknęły mi zbieżności. Powiem więcej: sądzę, że cały pomysł na swoją książkę pan Angerman oparł na fabule Matrixa właśnie, choć to – oczywiście – jest tylko mój domysł. Niemniej poniżej podam kilka przykładów, które za tą koncepcją przemawiają. Nie wszystkie, żeby nie spojlerować. Kilka.

Przede wszystkim – Richard Zonga jest w powieści nazywany „Zbawicielem”. W filmie był Neo, którego Morfeusz nazywał „Wybrańcem”. Obaj bohaterowie mają jeden cel: wyzwolić uciemiężoną ludność. Neo musiał zakończyć wojnę z maszynami, a Richard ma ukazać umysłom ludzi Prawdę.

Właśnie, Prawda. W książce ciągle przewijają się słowa „Prawda was wyzwoli”. Richard słyszy to i powtarza niejeden raz. Słowa te musiały znajdować się akurat na tabliczce zawieszonej nad drzwiami, a w filmie na takiej samej tabliczce, w mieszkaniu Wyroczni, widniało: „Poznaj siebie”. Dodatkowo, w filmie jest mowa o „więzieniu umysłu, którego nie można dotknąć ani poczuć”. Myślicie, że w Tożsamości… nie znajdziecie odpowiednika tych słów? Ha! No i, jakby nie było, w Matrixie Morfeusz, ukazując Neo rzeczywisty świat, także objawia mu całą Prawdę, czyż nie?

Dobrze, dość o zbyt wyraźnych „nawiązaniach” do Matrixa. Jeśli podałbym jeszcze kilka, zepsułbym Wam ewentualną lekturę książki, ubiegając jej rozwiązania fabularne. Na szczęście w trakcie lektury Richard nie posiadł umiejętności latania ani kreowania rzeczywistości za pomocą umysłu, więc przynajmniej tyle dobrze. Kalką Neo na pewno nie jest i nie zostanie, gdyż zbyt wiele mu do tej postaci brakuje.

Teraz jeszcze parę spraw. Mianowicie, koszmarne dialogi i niezbyt widoczna inteligencja w wypowiedziach głównego bohatera. Momentami ma się wrażenie, że nie jest potężnym, niezwykle sprawnym i mega upgrade’owanym agentem ósmej – niemal najwyższej – kategorii, lecz zagubionym dzieciakiem. Robiłby także lepsze wrażenie, gdyby nie rzucał się z wywieszonym jęzorem i rozsadzającą jądra erekcją na każdą napotkaną babkę, no ale widać taki miał być. Na szczęście czasem uruchamia mózg i udaje mu się wyciągnąć kilka ciekawych wniosków (z pomocą bohaterów drugo- i trzecioplanowych, ale jednak), no i nie można odmówić mu zapędów filozoficznych. Przemyślenia bohatera na poszczególne tematy są niezwykle ważne dla fabuły i wydaje mi się, że powinny zostać przedstawione w znacznie poważniejszym świetle, z większym patosem, ale trzeba przyznać, że źle w tej kwestii nie jest. To najbardziej warta uwagi składowa część książki.

Osobną rzeczą jest słaba korekta i redakcja tekstu. Żeby ktoś mi nie zarzucił gołosłowności czy czepiania się, podam ze dwa przykłady.

Pierwszy kwiatek:

„Vienn się uchylił, ale Croasta już wbiegł po pionowej ścianie na górę i zaczęli walczyć wręcz.” – nie istnieją poziome ściany, panie Angerman, więc przymiotnik przed rzeczownikiem nie był potrzebny; od razu wiadomo, o co chodzi. Poza tym określenie „wbiegł” jednoznacznie wskazuje na to, że postać porusza się w górę. Na dół mogłaby tylko „zbiec”, a więc część zdania „…Croasta już wbiegł po pionowej ścianie na górę…” jest mocno, jakby to powiedzieć, niedopieszczona. Gdyby wbiegł, na przykład, na piętro, ok. Ale „na górę”?

Drugi kwiatek:

„Vienn tymczasem podszedł do zakrwawionej nie swoją krwią Rudyi i kazał jej się zamknąć”. – ten kwiatuszek jest już subtelniejszy, ale korektor i tak powinien wyłapać powtórzenie w tym samym zdaniu (nie jest to odosobnione w książce zjawisko) i usunąć to zupełnie niepotrzebne „nie swoją krwią”.

Poza kwiatkami stylistycznymi i gramatycznymi, do tekstu wkradły się także błędy logiczne. I znowu nie chcę zbytnio uprzedzać fabuły, ale powiedzcie mi, proszę, cóż to za sytuacja jest, kiedy strzały alarmują strażników, a alarm I stopnia włącza się dopiero po trzech minutach? Zupełnie nie rozumiem, skąd miałyby się brać te trzy minuty zwłoki do włączenia się alarmu od momentu „zaalarmowania” strzałami strażników.

W innym miejscu natykamy się na coś takiego:

„Chciałem być słaby i delikatny. Nie znałem tego w dawnym życiu.” Przepraszam, ale o jakie „dawne życie” chodzi? A kilka linijek dalej autor pisze coś, co zupełnie zaprzecza jakiejkolwiek wiedzy bohaterów o jakimkolwiek „dawnym życiu”.

Ok, dość wymieniania. Na koniec pozostawiam największą wadę fabuły, czyli brak jakiejkolwiek wiarygodności. Bazowe rozwiązania istnienia takiego, a nie innego świata, w Tożsamości… pozbawione są czegoś bardzo ważnego, a mianowicie – powodu, przyczyny. W Matrixie ludzie byli hodowani przez maszyny, a działo się tak dlatego, że ich ciała służyły za akumulatory wytwarzające energię. Jest powód, jest sens, jest logika.

Dzieło pana Przemka, moi drodzy, pomimo wyraźnych ambicji autora, w efekcie końcowym wygląda bardziej jak niezbyt ciężki do strawienia komiks niż pełnoprawna powieść fantastyczno-naukowa. Gdyby tylko autor przedstawił całość bardziej wiarygodnie i dopracował pewne elementy swojego stylu, na pewno osiągnąłby lepszy efekt. Nie jest zupełnie źle, ale dobrze też nie jest. Czuję się rozczarowany chyba dlatego, że nastawiłem się na lekturę frapującą i zdecydowanie ambitną, poruszającą i odkrywającą przed moimi oczyma wizję nową i oryginalną. Zapychającą braki cyberpunkowe na rynku literackim. Otrzymałem jednak zbyt dużą ilość wydumanej akcji i zbyt mało innowacyjności.

Sorry, panie Angerman. Chciałbym polecić Tożsamość…, ale – prawdę powiedziawszy – nie bardzo jest co.  Jak sam Pan napisał: „Prawda jest tylko jedna”, ale, na szczęście, punkty widzenia mogą być bardzo różne. 




piątek, 20 czerwca 2014

"World war Z", Max Brooks


            Tak już jakoś mam, że za bestsellery zabieram się dopiero wtedy, kiedy szum o nich nieco ucichnie… Dokładnie tak samo było w przypadku wydanej już jakiś czas temu Word war Z. Najpierw obejrzałem kinową, luźną adaptację książki, mimo iż fala zachwytów nad zombie omijała mnie raczej od dość dawna. Jednak superprodukcja z Bradem Pittem w roli głównej – pomimo moich wcześniejszych obaw – okazała się filmem nad wyraz dobrze zrealizowanym, więc ostatecznie zdecydowałem się sięgnąć po książkę Maxa Brooksa. Od razu przyznam, że po obejrzeniu filmu spodziewałem się czegoś zgoła innego.
           
            Word war Z jest zbiorem relacji uczestników Wojny totalnej, walki ludzkości z wirusem zombizmu, spisanych po zakończeniu czasu Wielkiej Paniki. W formie przesłuchań i wywiadów przedstawiono wspomnienia bardzo wielu ludzi, nie tylko żołnierzy biorących udział w zmilitaryzowanych akcjach, ale także cywili zmuszonych do ratowania własnego życia w obliczu zagrożenia ze strony żywych trupów. Taka właśnie, a nie inna forma dodaje całości realizmu, sprawia wrażenie autentycznych, wstrząsających przeżyć, choć przecież opisywane wydarzenia są najczystszego rodzaju fikcją literacką. Pozwala czytelnikowi postawić się w trudnej sytuacji bohaterów, tym bardziej, że ich „zwyczajność” sprawia, że podczas czytania z przerażeniem uświadamiamy sobie, że to samo mogłoby przydarzyć się nam.

            W treści poszczególnych przesłuchań odnajdujemy wiele wskazówek dotyczących tego, jak bohaterowie radzą sobie w czasie pandemii, jakie środki ostrożności muszą przedsięwziąć, by nadal unikać zarażenia wirusem. Word war Z mogłoby więc być także swoistego rodzaju oryginalnym poradnikiem, traktującym o tym, jak przeżyć w czasie apokalipsy zombie. Gdyby, naturalnie, taka mogłaby kiedykolwiek mieć miejsce.

            Forma, jaką obrał autor w celu napisania swojej książki, jest ciekawa i mocno osobliwa, w dużym stopniu także bardzo adekwatna do opisywanej tematyki. Niemniej jednak podczas czytania, wraz z przewracaniem kolejnych stron, zaczęła mnie nieco nużyć. Pięciuset stronicowe tomisko zawierające same tylko relacje, opisy, wspomnienia, to trochę dla mnie za dużo, jak się okazuje. Brakowało mi ciągłości fabularnej, głównych bohaterów, i choć książka została napisana według wcześniej przemyślanego, logicznego schematu, mimo tego, iż tematyka kolejnych jej części jest ułożona systematycznie, to jednak podczas czytania odczuwałem brak konkretnej fabularnej osi. Choć coś takiego w zasadzie jest, jeśli spojrzeć na całość jak na wojnę totalną. Nie występują tylko we wszystkich relacjach ci sami bohaterowie, co dla jednych będzie na plus, a dla innych odwrotnie. Ale taką formę, z konkretnymi, głównymi bohaterami, akurat oferuje nam film, będący ekranizacją i uzupełnieniem książki.

            Jak by nie było, Word war Z jest tworem mocno ciekawym i oryginalnym, dodającym kolejny – całkiem spory – element do niemłodej już legendy zombie. Mnie ona już dość się przejadła, więc to nowe, świeże spojrzenie całkiem mi się podobało, nawet jeśli nie w stu procentach.



            

piątek, 23 maja 2014

"To nie jest kraj dla starych ludzi", Cormac McCarthy


Choć nazwisko McCarthy słyszy się i widzi dość często, choć recenzje książek tego pisarza przewijają się na blogach, to sam miałem okazję zapoznać się z jego twórczością literacką dopiero niedawno. Celowo napisałem „literacką”, bo już kilka lat wcześniej widziałem adaptację filmową powieści, której tytuł widnieje w nagłówku tej recenzji. Podjęli się jej bracia Coen i osiągnęli wprost rewelacyjny, naprawdę przejmujący  rezultat. Teraz, kiedy lektura książki McCarthy’ego jest już za mną, śmiało mogę powiedzieć, iż obraz filmowy jest bardzo dokładnym odzwierciedleniem jego literackiego pierwowzoru. Dodatkowo rola Tommy Lee Jonesa przydaje niezwykłej autentyczności szeryfowi Bellowi – jednej z najważniejszych postaci powieści – i trzeba przyznać, że naprawdę trudno wyobrazić sobie lepszego aktora niż Jones właśnie do odegrania roli przechodzącego na emeryturę szeryfa.

Llewelyn Moss ma tego pecha, że – jak to czasem w życiu bywa – znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Podczas polowania natrafia na ciała martwych i umierających handlarzy narkotyków, a potem tropi jednego z nich, tego, któremu udało się odejść z miejsca rzezi z torbą pełną pieniędzy. Znajduje go nieżywego, więc zabiera torbę i zanosi łup do domu. Nie potrafiąc jednak zapomnieć prośby o wodę umierającego Meksykanina, wyrusza nocą z powrotem na miejsce strzelaniny. Z góry wie, że będzie tego czynu żałował, zdaje sobie sprawę, że w żadnym wypadku nie powinien w ten sposób postępować. Rozumie, jak ogromne wiąże się z tym ryzyko, jednak nie może zwalczyć chęci spełnienia prośby umierającego człowieka.

Szybko okazuje się, że jego złe przeczucia okazały się w stu procentach trafne. Ten dobry uczynek, jaki chciał spełnić dla uspokojenia wyrzutów sumienia, ściąga na niego śmiertelne kłopoty. Co prawda udaje mu się zbiec grupie uzbrojonych przeciwników, jednak czeka go starcie z kimś o wiele od nich gorszym: seryjnym, najemnym mordercą, Antonem Chigurhem. Ten przeciętnie wyglądający mężczyzna średniego wzrostu jest człowiekiem zupełnie pozbawionym uczuć, a przy tym niezwykle inteligentnym i posiadającym swoje własne, niezłomne zasady. Jego upór i zaciekłość sprawią, że Moss będzie musiał opuścić swoją młodą żonę i rozpocząć niezwykle niebezpieczny pojedynek, z którego tylko jeden z nich wyjdzie żywy.

Za tą dwójką, znajdując się daleko w tyle, podąża szeryf  Bell. Mężczyzna wie, że na samym końcu swojej zawodowej drogi zetknął się z czymś, co może go przerosnąć. Podąża jednak za śladami, a w trakcie rozmyśla o przeszłości oraz o świecie, w jakim przyszło mu żyć. Uświadamia sobie, że nie nadąża za zmianami, że wielu rzeczy nie potrafi zrozumieć. Nie poddaje się jednak.

To nie jest kraj dla starych ludzi jest książką przede wszystkim dojrzałą i również do takiego czytelnika skierowaną. Jej sensacyjna fabuła nie jest skomplikowana, wręcz przeciwnie, jednak to nie o wartką akcję w powieści chodzi. Autor mówi nam o zmianach, jakie zachodzą na świecie, o pełnej goryczy bezsilności człowieka wobec spotykających go przeciwności. Używając opisowego, bardzo treściwego i raczej skromnego języka, stosuje liczne metafory, opowiada o walce dobra ze złem, o bezradności ludzkiej wobec losu i innego człowieka. Uświadamia nam, jak bardzo wszyscy jesteśmy nietrwali, jak niewiele trzeba, by życie nagle uleciało z ciała, oraz pokazuje, że z niektórych sytuacji po prostu nie ma już odwrotu. Stawia nas przed czymś, co jest niepowstrzymane niczym tornado, niezłomne jak skała i dążące do osiągnięcia celu bez względu na jakąkolwiek cenę. Cynicznie mówiąc o tym, do czego mogą nas doprowadzić nasze decyzje, odziera prawdę z szat, ukazując ją bez litości zupełnie nagą. Rzuca nam prosto w twarz świadomość ulotności naszego życia, a przy tym nie omieszka zaznaczyć, iż każdy wybór ma swoją cenę, że za wszystko trzeba płacić. Wcześniej lub później.

Polecam tym, którzy nie boją się spojrzeć prawdzie w oczy, zdać sobie sprawę z własnej bezsilności wobec świata i uświadomić sobie, jak bardzo nasze wybory mogą okazać się ostateczne. Zdecydowanie polecam.


            

niedziela, 18 maja 2014

"Antykwariusz", Aleksander Buszkow



            Starocie mają swój urok, prawda? Książki o pożółkłych stronicach, unikatowe dzieła rzemieślniczego kunsztu minionych dziesięcioleci, ozdobne przedmioty użytku codziennego, biżuteria. Dla filatelistów: znaczki starej daty, dla bibliofilów: białe kruki, dla audiofilów:  płyty winylowe. Wśród zabytków każdy znajdzie coś, do czego zapała miłością, pragnieniem posiadania, a wiadomo, że czym ta rzecz jest rzadsza, tym cenniejsza. Niektórzy mogą dbać o te przedmioty, przechowywać je latami, by w efekcie sprzedać ze znacznym zyskiem. Inni będą odczuwać ogromną satysfakcję z samego tylko faktu posiadania niespotykanej powszechnie rzeczy, a w ich głowie nie zrodzi się nigdy myśl o spieniężeniu zabytku.

            Bohater powieści Buszkowa, Wasilij Jakowlewicz Smolin, należy do tej kategorii antykwariuszy, którzy – choć poza swoją pracą nie widzą niczego innego – gromadzi rzadkie przedmioty po to, by na nich zarabiać. Nie przywiązuje się, odczuwa co najwyżej satysfakcję ze zdobycia antyku, którego piękno jako profesjonalista potrafi docenić.

            Bo profesjonalistą jest bez żadnych wątpliwości. Sześćdziesięcioczteroletni, prowadzi swój mały sklepik ze starociami, w którym niejedno już widział i niejedno przeżył. Kontaktuje się z antykwarycznym światkiem, wie doskonale, kto wykonuje doskonałe podróbki, zdaje sobie sprawę z tego, za jakie przedmioty warto ryzykować, a za jakie nie. Życie ma niełatwe, bo ze względu na specyfikę zawodu i dużą konkurencję musi balansować na granicy prawa, wykazywać się większym niż inni sprytem i podejmować kroki, których konsekwencje w świetle prawa mogą okazać się nieprzyjemne.

            I tak też postępuje, wiedząc, że jeśli nie on zgarnie daną kolekcji dzieł, szybko zrobi to ktoś inny. Odwiedza osiemdziesięcioczteroletniego Nikifora Czepurnowa w szpitalu, wychudzonego i bardzo słabego. Starzec zdaje sobie sprawę, że Smolin jest przebiegłym wilkiem, ale nie chce, by zgromadzona przez niego kolekcja została roztrwoniona za bezcen. Właśnie dlatego to Smolin ma być jego spadkobiercą, choć Nikifor uważa go za pasożyta.

            Zanim antykwariusz opuszcza szpital, starzec umiera. Warunki słownej umowy między nimi dotyczą tego, że Smolin ma spieniężyć kolekcje dzieł, a część pieniędzy przeznaczyć na mieszkanie, samochód i drobne wydatki dla wnuczki Nikifora, Daszeńki. Młoda panna jednak zamierza wziąć sprawy w swoje ręce, uważając, iż to jej należy się cała kolekcja dziadka. Wraz z kilkoma młodymi studentami próbuje zabrać antyki z mieszkania starca, jednak antykwariusz jest szybszy. Zabrawszy kolekcję Nikifora, Smolina intryguje coś jeszcze: chce odszukać tajemniczą „Pancerkę”, o której starzec zagadkowo mówił tuż przed śmiercią.

            Powieść  Buszkowa jest kryminałem dość ciekawym ze względu na specyfikę fabuły. Świat antykwariuszy przedstawiono w niej rzetelnie i ciekawie, relacje między „ludźmi z branży” także, natomiast jeśli chodzi o rozwiązania akcji w powieści, całość ma się nieco gorzej. Owszem, dzieje się w niej całkiem sporo, jednak idąc tropem tajemniczej „Pancerki” Smolin za bardzo skupia się na innych, pomniejszych interesach, odwiedzając tego czy tamtego posiadacza jakichś cennych przedmiotów, przyjmując w swoim sklepie właścicieli nie zawsze prawdziwych antyków, zbyt często siedząc i gadając, zamiast działać. W efekcie akcja książki wlecze się i snuje jak papierosowy dym pod sufitem.

            Przed lekturą Antykwariusza sądziłem, że będzie to powieść pełna przygód, w której autor znacznie bardziej eksploruje główny wątek. I tego właśnie mi w niej brakowało: żywej akcji rozgrywającej się w jednej, głównej linii. Zamiast tego Buszkow zafundował czytelnikowi dobrze oddany, ale raczej nudnawy obraz Mateczki Rosji, łącznie z jej biednymi, chodzącymi boso posiadaczami patynowych popielniczek i orderów, łącznie ze strachem przed organami ścigania i niespodziewanymi kontrolami w sklepiku. Ostatecznie podczas lektury ma się wrażenie, że rzecz dzieje się jakieś trzydzieści lat wstecz, choć bohaterowie jeżdżą mitsubishi i toyotami.

            Mimo to Antykwariusz stanowi dość ciekawą powieść, której w zasadzie ciężko jest postawić poważne zarzuty. Jest wstępem do obszerniejszej całości, ciekawą, lecz jednocześnie specyficzną książką, posiadającą swój własny, charakterystyczny urok. Jak najbardziej można polecić ją tym z Was, którzy szukają odmiennej nieco od rynkowych standardów lektury, w której sporo miejsca poświęcono kreśleniu postaci, realizmowi i stonowanemu biegowi wydarzeń.
           

             

niedziela, 4 maja 2014

"Zwiastun burzy", Dawid Weber


                Na cykl Honor Harrington Dawida Webera składa się już kilkanaście tomów. Ta znana i ceniona seria militarnej science fiction zdobyła sobie rzesze fanów. Po poprzednim, dwunastym tomie Za wszelką cenę, Weber serwuje nam kolejny rozdział swojej space opery, tym razem zatytułowany Zwiastun burzy.

                Imperium Manticore, od wieków toczące wojnę z Ludową Republiką Haven, staje w obliczu nowego zagrożenia. Nieuchwytny, skrywający się za potężną i bogatą Ligą Solarną wróg posługuje się podstępem i korzysta z tajemniczej nanotechnologii. Admirał Honor Harrington musi powrócić w roli Salamandry i podjąć walkę z przeciwnikiem bardziej niebezpiecznym niż dotychczasowi wrogowie.

                Kapitan Hiram Iwanow z Royal Manticore Navy nadaje przekaz do kontradmirała Pyuna, dowodzącego dywizjonem krążowników liniowych Marynarki Ligi Solarnej. Jeśli Pyun i jego statki będą kontynuować lot i zbliżą się na mniej niż 30 milionów kilometrów, podejmie odpowiednie działania. Pomimo udzielonego ostrzeżenia kontradmirał nie zamierza jednak zmienić wytyczonej trajektorii lotu. Gdy statki Ligi solarnej zbliżają się coraz bardziej, kapitan Iwanow wypuszcza 240 pocisków w ich stronę…

                Jak to w przypadku militarnej science fiction bywa, także w najnowszej powieści Webera natykamy się na całą plejadę postaci. Są to między innymi komandorzy, komodorzy, kapitanowie i admirałowie. Już od pierwszych stron autor wciąga nas w wir wojskowych rang, rozkazów, sporów i gróźb. Zanim dotrzemy do pięćdziesiątej strony powieści poznamy tych person już tyle, że wystarczyłoby ich bez wątpienia na całą książkę. A to, naturalnie, jeszcze nie wszystkie, bo Zwiastun burzy ma także drugie tło, polityczne. Konflikt między Manticore a Ligą Solarną, do którego Zwiastun burzy jest w zasadzie wstępem, nabiera rumieńców, wprawiając w ruch polityczną machinę.

                Akcja powieści mimo wszystko nie rozgrywa się tak żywo, jakby to mogło wydawać się na pierwszy rzut oka. Autor każdy kolejny epizod potrafi rozciągnąć do tego stopnia, że szybko, a nawet bardzo szybko da się odczuć znużenie książką. Militarne aspekty kolejnych sytuacji i bardzo formalny język postaci czynią jej lekturę dość męczącą, jeśli nie jest się fanem militarnego science fiction. Ja nie jestem, więc najnowsze dzieło Dawida Webera nie okazało się dla mnie przyjemną lekturą. Książki takie jak ta skierowane są do wąskiego grona docelowych odbiorców, do ludzi zainteresowanych wojskowością na kosmiczną skalę, i nie ma co się oszukiwać: przeciętny czytelnik nie znajdzie tutaj wciągającej, płynącej wartko akcji. Zamiast tego otrzyma mnogość postaci mówiących niemal bez wyjątków tym samym językiem, charakterów mało oryginalnych i – jak się wydaje – często wymuszonych przez fabułę książki. Fani cyklu dostaną oczywiście admirał Honor Harrington, która jednak pojawia się dopiero w mniej więcej jednej trzeciej powieści.

                Jak to już jasno wynika z moich powyższych słów, Zwiastun burzy jest adresowany do fanów serii. Jeśli nim nie jesteś, podaruj sobie lekturę tej książki. Jeśli zaś zaczytywałeś się poprzednimi częściami cyklu, dostaniesz dokładnie to, czego po Zwiastunie burzy mogłeś się spodziewać.
               
                

czwartek, 17 kwietnia 2014

"Łabędzi śpiew" - tom pierwszy, Robert McCammon


            Robert McCammon. To nazwisko jest mi znane już od wielu lat, od czasu, kiedy w moje chciwe beletrystyki ręce wpadły Młodzieńcze lata tegoż autora. Dzisiaj w zasadzie nie pamiętam już tej powieści, w mojej głowie po jej lekturze pozostały tylko jakieś oderwane strzępki obrazów, ale towarzyszy im przeświadczenie, że to była dobra książka, że bardzo mi się podobała. Gdybym miał podać jakiekolwiek argumenty na poparcie tych słów, nie potrafiłbym. Mimo tego czuję sentyment do Młodzieńczych lat.

            Z tego też powodu ucieszyłem się, kiedy sprezentowano mi jedną z nowszych powieści McCammona, pierwszą część dwutomowego Łabędziego śpiewu. O tej powieści już od dłuższego czasu jest w sieci głośno, czytelnicy zachwycają się nią niemal bez wyjątku, więc tym bardziej mój apetyt na jej przeczytanie mocno się zaostrzył. Zwłaszcza, że postapokalipsa jest tym, co tygrysy lubią najbardziej. Nie w każdym wykonaniu i nie zawsze, ale jednak postapo to postapo, co tu dużo pisać.
           
            W pierwszym tomie Łabędziego śpiewu poznajemy kolejno postaci, które będą grały pierwsze skrzypce w dalszych częściach fabuły. Czytamy także o początkach międzynarodowego konfliktu, który doprowadzi do wojny nuklearnej i unicestwienia większej części populacji ludzkiej oraz wielu miast i państw. Rakiety wyposażone w głowice atomowe zostają odpalone przez strony biorące udział w konflikcie, siejąc śmierć i zniszczenie. Nielicznym szczęśliwcom udaje się przetrwać wybuchy, choć ich ciała nie uniknęły obrażeń. Wśród nich jest czarnoskóry Joshua Hutchins, trzydziestopięcioletni, olbrzymi zapaśnik od dekady walczący na ringu, a także Siostra Nawiedzona, bezdomna kobieta wygłaszająca kazania na ulicach, w dalszej części powieści nazywana po prostu Siostrą. Jest także Swan, cokolwiek niezwykła dziewczynka mieszkająca z matką Darleen i jej chłopakiem Tommym. Jest również pułkownik Macklin, dowodzący Podziemnym Domem, czyli schronem przeciwatomowym, w którym żyją dziesiątki ludzi. Jest także osobliwy jegomość, siedzący samotnie w kinie i oglądający w kółko ten sam krwawy film, na którym rozpoznaje samego siebie i zaśmiewa się głośno.

            Jak można się domyśleć, losy wymienionych wyżej postaci splotą się ze sobą, a ścieżki, którymi ci ludzie będą podążać, w końcu się przetną. Kiedy i gdzie to się stanie, tego nie wiem, gdyż drugiego tomu Łabędziego śpiewu jeszcze nie posiadam. Mogę co najwyżej opisać wrażenia, jakie pozostały mi po lekturze pierwszego.

            Robert McCammon wypracował sobie niezwykły styl, który wciąga niezależnie od tego, co pisze. Zagłębianie się w jego prozę to pod tym względem czysta przyjemność, składane przezeń zdania posiadają w sobie magię, która potrafi porwać czytelnika. Nawet w przypadku literatury postapokaliptycznej, która w swym wydźwięku w żadnym razie nie powinna być przyjemna. W Łabędzim śpiewie McCammon nie pomija opisów potworności, nieludzkich poczynań postaci dramatu i ogólnie wszystkiego, co wiąże się z apokalipsą. Daje nam stosunkowo rzeczywisty obraz koszmarnego scenariusza, jakim może stać się dla społeczeństw ludzkich i ich jednostek wojna jądrowa, zaczynając od samego jej początku i przechodząc konsekwentnie od przyczyny do skutku. Robi to jednak w sposób, który nazwałbym dość łagodnym. Wszystkie opisy podawane przez niego można przyjąć bez mrugnięcia okiem; są sugestywne, owszem, jednak nie aż tak bardzo, jak mogłyby być. Profile psychologiczne głównych bohaterów dramatu tylko w niektórych przypadkach autor odmalował nieco głębiej, inne wypadają raczej blado. Każdy z nich ma jakiś cel, który chce osiągnąć, a także miejsce, do którego pragnie dotrzeć. Niektórzy chcą władzy, inni bardzo łatwo dają sobą dowodzić. Dawny porządek świata przestał istnieć, więc ciemniejsze strony ludzkiej natury mogą swobodnie wyjść na światło dzienne.

            McCammon dodaje do tego wszystkiego także kilka elementów nadnaturalnych, w skutek czego niektóre z postaci i występujących w powieści przedmiotów zyskują dość niezwykłe, choć rzekłbym mało oryginalne, cechy. Ten akurat zamysł autora nie przypadł mi do gustu, bo sugeruje, że to, co zapoczątkował człowiek, wyzwala siły potężniejsze od niego i zmusza je do działania. Jak wspomniałem już wcześniej, nie czytałem drugiego tomu powieści, więc nie wiem dokładnie, do czego ma prowadzić ta nieco nietypowa układanka, jednak na chwilę obecną mam mieszane uczucia co do ogólnego wydźwięku powieści. Tom pierwszy czyta się z dużym zainteresowaniem, ale tylko do pewnego momentu; w dalszej części wydarzenia zdają się wytracać swój dramatyzm, a napięcie szybko spada. Mam wrażenie, że gdyby autor postawił na nieco więcej akcji i na trochę mniej rozwlekłą fabułę, powieść tylko by na tym zyskała. Jednak od mniej więcej połowy tomu moje zainteresowanie losami bohaterów zmniejszało się, aż wreszcie doszło do tego, że po skończonej lekturze chyba nie mam ochoty na czytanie drugiego tomu powieści.

            Łabędzi śpiew jest książką bardzo chwaloną, sądząc po tym, co zdołałem dotychczas zaobserwować (przeczytać). Mnie jednak wydaje się lekturą zbyt łagodną jak na tak poważny i mroczny temat, jakim jest postapokalipsa. Niemniej wypada książkę polecić, gdyż w dużym stopniu może się podobać.