poniedziałek, 20 lipca 2015

"Sex, drugs & rock'n'roll... i inne kłamstwa", Duff McKagan


Autor: Duff McKagan
Tytuł oryginału: It’s So Easy And Other Lies
Seria:
Gatunek: autobiografia
Język oryginału: angielski
Przekład: Katarzyna Gawęska
Liczba stron: 352
Wymiary: 150 x 215 mm
ISBN: 978-83-7924-287-0
Wydawca: Sine Qua Non
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Miejsce wydania: Kraków
Ocena: 6/6

Każdy, kto kiedykolwiek interesował się muzyką rockową, musi znać niesamowicie popularny zespół, jakim jeszcze jakiś czas temu był Guns’n’roses. Nie ma takiej możliwości, by jakikolwiek fan szeroko rozumianego rocka nie słuchał „Appetite for Destruction”, pierwszej studyjnej płyty tej formacji, lub nie oglądał jednego z wielu emitowanych przez MTV i inne stacje muzyczne klipów. Oczywiście szczyty popularności Guns’n’roses datują się na lata dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku, jednak nie można zaprzeczyć temu, że dokonania tej niezwykle charyzmatycznej grupy na trwałe zapisały się w annałach rocka. Gunsi (jak zdrobniale mówiło się i nadal mówi o zespole) wydali zaledwie sześć albumów studyjnych, jednak liczba sprzedanych na całym świecie egzemplarzy przekroczyła sto milionów, co już samo w sobie świadczy o niesamowitej popularności grupy.

Sex, drugs & rock’n’roll… i inne kłamstwa jest publikacją niezwykle osobliwą jak na autobiografię. Tym, co wyróżnia tę książkę wśród wielu innych, podobnych jej publikacji, jest pierwszoosobowa, niezwykle osobista narracja jej autora, basisty Guns’n’roses, a także cechująca ją szczerość i brak zahamowań w przedstawianiu nawet najbardziej kontrowersyjnych, budzących dosyć ambiwalentne uczucia w czytelniku faktów z życia Duffa. Bo trzeba przyznać, że w trakcie czytania Sex, drugs & rock’n’roll… przed oczyma mamy bardzo stereotypowy, dość mocno dzisiaj wyświechtany obraz muzyka rockowego, czyli człowieka zniszczonego przez alkohol i narkotyki, raz po raz wracającego do tymczasowych momentów względnej trzeźwości i zdrowia. Jak Duff sam wspomina, nie szczędząc czytelnikowi opisu skutków zażywania kokainy:

„Kokaina wyżarła mi dziurę w przegrodzie nosowej, więc ciągle ciekło mi z nosa jak z nieszczelnego kranu w zaniedbanej toalecie. Miałem popękaną skórę na dłoniach i stopach, ropnie na twarzy i szyi. Żeby móc grać na basie, musiałem pod rękawiczki zakładać bandaże.”


W swojej autobiografii Duff wspomina, jak rozkochany w punk rocku wędrował od zespołu do zespołu, przytacza dygresje na temat ważnych dla niego grup, jak na przykład Dead Kennedys, przenosi się we wspomnieniach ze Sattle do Los Angeles i na odwrót. W książce nie brakuje bardzo osobistych opisów przeżywanych chorób, momentów braków pewności siebie, chwil zwątpienia i załamań nerwowych. Autor ukazuje czytelnikowi obraz dokładnie takiego człowieka, jakim był, wraz ze wszystkimi jego wadami i zaletami.

Podczas lektury Sex, drugs & rock’n’roll…  czytelnik ma wrażenie, że zagłębia się raczej w pamiętnik niż autobiografię, tak osobiste wydają się dla autora niektóre partie tekstu. Fakt ten bez wątpienia dodaje tej publikacji autentyzmu, wiarygodności, co jest jeszcze spotęgowane licznymi refleksjami dotyczącymi życia i przeszłości. Wyraźnie widać, że Duff nie jest typem człowieka, który pozostawia przeszłość za sobą i żyje dniem teraźniejszym.

Sex, drugs & rock’n’roll… nie jest pierwszą biografią z oferty wydawnictwa Sine Qua Non, jaką czytałem, jednak bez żadnych wątpliwości jest najlepszą książką traktującą o zespole rockowym, z jaką dotychczas miałem okazję się zapoznać. Zespół Guns’n’roses i środowisko rockowe schyłku ubiegłego wieku widziane oczami członka tej formacji, do tego wydarzenia mające wpływ na ludzi związanych z zespołem, a także jego członków, podejmowane przez nich decyzje, wzloty i upadki samego Duffa, który to absolutnie nie boi się mówić o samym sobie w czarnych kolorach ani wyrażać swoich subiektywnych opinii. Ta książka to nie tylko autobiografia basisty Gunsów, ale także niezwykle szczery, oddany z pełną pieczołowitością obraz legendarnej grupy, pomnik pamięci wzniesiony na wspomnieniach. Zdecydowanie polecam wzbogaconą zdjęciami lekturę Sex, drugs & rock’n’roll. Warto.



czwartek, 16 lipca 2015

"Lwów. Dzieje miasta", Ryszard Jan Czarnowski, Eugeniusz Wojdecki


Autor: Ryszard Jan Czarnowski, Eugeniusz Wojdecki
Tytuł oryginału: Lwów. Dzieje miasta
Seria:
Gatunek: albumy
Język oryginału: polski
Przekład:
Liczba stron: 400
Wymiary: 200 x 265mm
ISBN: 978-83-7971-144-4
Wydawca: Jedność
Oprawa: twarda
Miejsce wydania:
Ocena: 6/6

Lwów. Dzieje miasta jest pięknie wydanym, opatrzonym bardzo dużą ilością zdjęć, grafik i rysunków imponujących rozmiarów albumem. Wydany w twardej oprawie, z szytymi kredowymi stronami album prezentuje się wyjątkowo okazale już na pierwszy rzut oka. Wystarczy tę grubą i dużą księgę przekartkować, by odczuć przyjemność płynącą z jej posiadania.

Po tak dobrym pierwszym wrażeniu przychodzi kolej na zapoznanie się z wcale nie tak znikomą, jak mogłoby się wydawać, ilością tekstu ilustrowanego na każdej stronie co najmniej jedną fotografią bądź grafiką. I choć autorzy już we wstępie zaznaczają, iż „…książka ta nie ma ambicji bycia rozprawą naukową, historyczną profesjonalnie, z dbałością o sprawdzane wielokrotnie szczegóły. Znajdą tu Państwo to, co wielu określa mianem licentia poetica…”, to jednak czytelnik szybko zauważy, że w tekście roi się od faktów historycznych, dat, nawiązań do przeszłości i nawet wielu ustępów poświęconych właśnie zdarzeniom sprzed wieków. Być może podane w treści fakty nie zostały potwierdzone w stricte naukowy sposób i przeanalizowane wiele razy, jednak nie mnie to oceniać; ja, jako czytelnik, jestem bardzo zadowolony z wykonanej przez autorów pracy.

Sięgając do dalekiej przeszłości państwa Polskiego, autorzy przytaczają historie związane z Rosją, cofają się do czasów Księstwa Halicko-Włodzimierskiego, piszą o wojnie Rusi z Tatarami, o Lwowie Ruskim i Lwowie Książęcym. Koleją rzeczy opisują następne dzieje miasta, czyli Lwów Królewski i Lwów Jagielloński, przy tym ostatnim szczególnie silnie nawiązując do sztuki, jaką mógł poszczycić się Lwów: oglądamy wiele zdjęć obrazów, Bazyliki Archikatedralnej Pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny – która sama w sobie jest budowlą niezwykle imponującą – fotografii rzeźb apostolskich, witraży i przepięknych sklepień, zdobionych malowidłami i obfitujących w gotyckie łuki. Nie zabraknie także wizerunków ważnych dla historii Polski sylwetek, jak na przykład oddanego z profilu portretu Władysława Warneńczyka.

Ten pięknie wydany album, sięgając do historii i chronologicznie przedstawiając olbrzymią ilość faktów związanych ze Lwowem, prowadzi czytelnika przez przeszłość, niejednokrotnie opisując bitwy, układy i postaci biorące udział w wydarzeniach właściwych dla danego okresu historycznego. Czy to w czasach królów elekcyjnych, czy znajdując się pod obcym berłem, Lwów jawi się przed oczami czytelnika jako miasto fascynujące, niezwykle piękne, obdarzone bogactwem dzieł sztuki. Autorzy temu akurat zagadnieniu także poświęcili sporo miejsca, pisząc o lwowskich malarzach, przedstawiając ich sylwetki i prace.

Starając się swoją księgą wystawić pomnik miastu, autorzy nie unikają również czarniejszych momentów historii Lwowa. Zamieszczono wiele zdjęć cmentarza lwowskich orłów, a także – zamieszczone na czarnych, sugestywnych stronach – fotografie lwowskich profesorów, rozstrzelanych w nocy z trzeciego na czwartego lipca 1941 roku.

Na końcu albumu, ku uciesze chyba każdego czytelnika lubującego się nie tylko w historii, ale także w sztuce, znajdują się pokrywające całą stronę – a nierzadko nawet dwie strony – zdjęcia przedstawiające tak zwaną „Czarną galerię”, czyli wybrane dzieła utracone. Znajdziemy wśród nich obrazy o tematyce katolickiej („Chrystus w Emaus” Jacka Malczewskiego), autoportrety (Andrzej Pronaszko), jak również widoki („Widok Krakowa” Leona Wyczółkowskiego), a także wiele innych.

Lwów. Dzieje miasta jest pięknym literackim pomnikiem wystawionym miastu, które zdecydowanie sobie na niego zasłużyło. Zatrzyma przed naszymi oczami to, jaki Lwów był kiedyś, zobrazuje jego bogactwo kulturowe i historyczne. Album ten jest publikacją wartą włożonej weń pracy i zdecydowanie godną polecenia. 

wtorek, 7 lipca 2015

"Umarli mają głos. Prawdziwe historie", Marek Krajewski, Jerzy Kawecki


Autor: Marek Krajewski, Jerzy Kawecki
Tytuł oryginału: Umarli mają głos. Prawdziwe historie
Seria:
Gatunek: literatura faktu
Język oryginału:
Przekład:
Liczba stron: 304
Wymiary: 140 x 205 mm
ISBN: 978-83-240-3403-1
Wydawca: Znak
Oprawa: broszurowa
Miejsce wydania: Kraków
Ocena: 2/6

Już wcześniej zdarzało mi się czytać książki poświęcone wynaturzonym ludzkim potworom, za jakich należy uznać seryjnych morderców. Były to między innymi prace Elliotta Leytona, znakomitego autora sławnego Polowania na ludzi, ale także świetna praca dwóch młodych polskich kryminologów, Arkadiusza Czerwińskiego i Kacpra Gradonia, zatytułowana po prostu Seryjni mordercy. Ostatnio miałem okazję zapoznać się z – nie traktującą co prawda o seryjnych mordercach, lecz opisującą poszczególne przypadki ludzkiego bestialstwa – książką Marka Krajewskiego i Jerzego Kaweckiego, która to jednak została napisana zupełnie inaczej niż wspomniane wyżej publikacje.

Aby publikacja Umarli mają głos. Prawdziwe historie mogła powstać, dwóch ludzi musiało połączyć siły: Marek Krajewski, autor powieści Śmierć w Breslau oraz Koniec świata w Breslau, i Jerzy Kawecki – uznany, ceniony lekarz medycyny sądowej. Ten drugi przez długie lata pracował nad wieloma morderstwami i zbierał związane z nimi materiały, aby wykorzystać je przy napisaniu książki.

Umarli mają głos składają się z opisów dwunastu spraw, jakie wydarzyły się w naszym kraju ciągu ostatnich kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu lat. W jednym z nich autorzy przenoszą czytelnika do roku 1987, przy czym opisują prace nad sprawą cmentarnej hieny, człowieka wykopującego z grobów zwłoki kobiety w celu zaspokojenia swych chorych fantazji seksualnych. W innym opisie czytamy o bestialskim, wyjątkowo okrutnym mordzie, jakiego – jak początkowo się przypuszcza – dokonała grupa młodych satanistów.

           Nie ma potrzeby przytaczać tutaj wszystkich opisanych w książce przypadków – niech te dwa wymienione powyżej posłużą za skromne przykłady zawartej w niej treści.      Przechodząc jednak do analizy tekstów, należy zauważyć, że publikacji Umarli mają głos brakuje jednej niezwykle ważnej rzeczy, a konkretnie znacznie bardziej szczegółowego, podszytego psychologią podejścia do opisywanych przypadków. Prawdę powiedziawszy, czytając dwanaście opisów morderstw ma się wrażenie, że nie czyta się książkowej publikacji, a… gazetę poświęconą kryminalistyce. Skojarzenie z czasopismem jest nieuchronne ze względu na – że się tak wyrażę – bardzo suchy, opisowy styl, czyniący z kolejnych rozdziałów książki relację faktów, dat, nazwisk itp. Brakuje tutaj psychologicznego podejścia, analizy motywów, nieco bardziej skomplikowanego przedstawienia każdego poszczególnego przypadku. Ze względu na powyższe stwierdzam, że Umarli mają głos jest publikacją z założenia skierowaną do ogółu czytelników, celowo uproszczoną i spopularyzowaną, odbiegającą od bardziej profesjonalnej stylistyki. Nie bez znaczenia jest także fakt, że autorzy, chcąc najwyraźniej zaszokować czytelnika (nieobytego z tematem), wybrali do książki przypadki o tyleż oryginalne, co nieprawdopodobne. Oczywiście nie wszystkie tak się prezentują, jednakże zdarzają się takie, którym naprawdę ciężko dać wiarę. 

Umarli mają głos. Prawdziwe historie jest mało ciekawą publikacją, której zdecydowanie zabrakło profesjonalnego podejścia do tematu. Jeśli ktoś lubi telewizyjne opisy zbrodni, ta książka go zadowoli. Reszta raczej nie poczuje się usatysfakcjonowana jej lekturą. Dlatego wszystkich czytelników, zaintrygowanych tematyką seryjnych morderców, odsyłam do innych, popartych znacznie bardziej ambitną pracą źródeł. Moim zdaniem tak suche, ogólnikowe przedstawienie poszczególnych przypadków zbrodni, jak ma to miejsce w książce Marka Krajewskiego i Jerzego Kaweckiego, w żadnym wypadku nie zdaje egzaminu. Dobór niektórych z opisanych w publikacji spraw również pozostawia wiele do życzenia, jeśli więc zdecydujecie się sięgnąć po tę książkę, nie oczekujcie od niej zbyt wiele. Ja sam dość mocno się rozczarowałem, czego w żadnym wypadku nikomu nie życzę.



piątek, 26 czerwca 2015

"Philip K. Dick. Człowiek, który pamiętał przyszłość", Anthony Peake


Autor: Anthony Peake
Tytuł oryginału: A Life of Philip K. Dick. The Man Who Remembered the Future
Seria:
Gatunek: biografie
Język oryginału: angielski
Przekład: Tomasz Hornowski
Liczba stron: 344
Wymiary: 150 x 225 mm
ISBN: 978-83-7818-540-6
Wydawca: Rebis
Oprawa: twarda z obwolutą
Miejsce wydania: Poznań
Ocena: 6/6

Któż z fanów fantastyki naukowej nie słyszał o Philipie Kindredzie Dicku, pisarzu, którego utytułowano nagrodą jego imienia, który przez wielu uważany był i jest za najlepszego amerykańskiego pisarza drugiej połowy XX wieku? Myślę, że nie znajdzie się wśród tego grona nikt, kto nie zetknąłby się z licznymi powieściami Philipa Dicka czy ich ekranizacjami na dużym i małym ekranie. Wystarczy wymienić głośny film Ridleya Scotta Łowca androidów z 1982 roku, z Harrisonem Fordem w roli głównej, aby naprowadzić kogokolwiek na twórczość tego niezwykłego pisarza. Do tego można by wymienić jeszcze wiele, wiele pozycji, do których kinematografia sięgała przez wszystkie minione lata od momentu powstania ponadczasowych dzieł Dicka.

Anthony Peake jest – podobnie jak miliony innych ludzi – fanem „phildickowskich” światów, a biografia pisarza, jaką opracował, ma być wystawionym mu pomnikiem pamięci. Już sam intrygujący wstęp do niej, w którym autor przedstawia Philipa Dicka jako człowieka zdolnego przewidywać przyszłość, ukazuje czytelnikowi niezwykły sposób, w jaki Peake odbiera pisarza.

Philip K. Dick. Człowiek, który pamiętał przyszłość została podzielona na kilka części. W pierwszej kolejności autor  stworzył chronologiczną biografię, w której większość informacji pochodzi z artykułów, listów Philipa K. Dicka oraz innych biografii. Autor prowadzi nas przez życie pisarza, sięgając do najdalszych jego aspektów, pisząc o krewnych, bliższej i dalszej rodzinie, znajomych. Przenosimy się w odległą przeszłość, do pierwszej połowy XX wieku, kiedy to w Chicago urodził się Philip K. Dick. Peake opisuje jego rodziców, wychowanie i otoczenie, nie stroniąc przy tym od wielu subiektywnych opinii na temat kształtowania się charakteru i zainteresowań młodego Philipa Dicka.

Część druga biografii została poświęcona szczegółowemu omówieniu niezwykłych przeżyć pisarza oraz próbom ich wyjaśnienia. Autor materiały zaczerpnął z dzienników Philipa Dicka, wydanych pod zbiorczym tytułem Exegesis (Egzegeza).

W kolejnej części Peake zawarł wyjaśnienia przeżyć Philipa K. Dicka na gruncie neurologicznym, co jest nieodzowną częścią biografii traktującej o tym właśnie pisarzu. Natomiast w części czwartej czytamy o interpretacji testu osobowości, jakiemu Philip Dick poddał się w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku.

Co intrygujące, lekturę biografii rozpoczynamy w zasadzie od… opisu śmierci Philipa Dicka i kilku aspektów z nią związanych, co samo w sobie jest już zabiegiem bardzo ciekawym. Dopiero później przenosimy się do czasu, w którym pisarz przyszedł na świat i jego dzieciństwa. Może się to wydać nieco chaotyczne na pierwszy rzut oka, ale czytelnik szybko przekonuje się, że Anthony Peake dokładnie wiedział, co robi, pisząc biografię Dicka, a także o tym, że wszystko w niej zostało poukładane w logiczny, precyzyjny sposób.

Philip Kindred Dick – twórca czterdziestu czterech powieści i stu dwudziestu opowiadań, mężczyzna, który posiadał pięć żon, przeżywał liczne romanse, utrzymywał kontakty z kochankami.  Pisarz o niezwykłym talencie i wyobraźni, pracujący nocą, podczas kilkugodzinnych morderczych maratonów. Człowiek o niezwykłym umyśle, piszący także dzienniki, w których opisywał przeżywane wizje i interpretował je. Urodzony w 1928 roku, a zmarły w roku ironicznie odwrotnym, 1982, twórca niezwykle oryginalny, ale także mężczyzna charyzmatyczny, nietuzinkowy, osoba zdecydowanie godna biografii, wyróżniająca się i posiadająca niezaprzeczalny talent. O takim Philipe Kindredzie Dicku możemy przeczytać w bardzo sprawnie napisanej biografii, która dla zwolenników prozy amerykańskiego pisarza – a także innych czytelników, chcących poznać człowieka niebagatelnego – będzie lekturą zdecydowanie obowiązkową. 

sobota, 20 czerwca 2015

"Mroczny krąg", Krzysztof A. Zajas


Autor: Krzysztof A. Zajas
Tytuł oryginału: Mroczny krąg
Seria: Trylogia grobiańska
Gatunek: thriller, sensacja, kryminał
Język oryginału: polski
Przekład:
Liczba stron: 752
Wymiary: 123 x 195 mm
ISBN: 978-83-7999-273-7
Wydawca: Sonia Draga
Oprawa: broszurowa ze skrzydełkami
Miejsce wydania: Katowice
Ocena: 5/6

Polski kryminał – przedstawiający naszych swojskich, dosyć już stereotypowych stróżów prawa, znane realia i miejscowości, ale także przestępców, którzy nie zawsze są tak samo swojscy i stereotypowi – nie jest mi znany zbyt dobrze. Z kilkoma przedstawicielami gatunku już się zetknąłem, jak na przykład Vladimir Wolff czy kiedyś Joe Alex (Maciej Słomczyński piszący pod tym pseudonimem), a dokonania innych w większości są mi obce. Do tego nielicznego grona kryminalistyków mogę jednak dodać już Krzysztofa Zajasa.

Trylogia grobiańska, jak autor nazwał swój cykl powieści traktujący o wydarzeniach, w których bierze udział komisarz Andrzej Krzycki, zyskała właśnie drugi, wypuszczony na rynek tom. Po Ludziach w nienawiści przyszedł czas na Mroczny krąg, i każdy, kto rozsmakował się w części pierwszej, raczej poczuje się zadowolony jej kontynuacją. Ale po kolei.

Na głównej drodze z Krakowa do Zakopanego ma miejsce wypadek drogowy: pomiędzy dwa tiry dostaje się fiat Punto z czteroosobową rodziną w środku. Samochód zostaje zmiażdżony, rodzina ginie na miejscu. Policjanci zatrzymują dwóch kierowców tirów, z których jeden jest pijany.

Aspirant Lucek Bałyś, który asystował w części pierwszej trylogii komisarzowi Krzyckiemu przy sprawie z Mścicielem, także jest na miejscu wypadku. Pilnuje pijanego kierowcy, a kiedy ten chce iść za potrzebą, pozwala mu odejść na stronę. W pewnej chwili Bałyś stwierdza, że otyły kierowca zniknął mu z oczu. Rzuca się między drzewa i moment później znajduje go leżącego kawałek dalej; ktoś podciął mu gardło.

Komisarz Andrzej Krzycki od trzech miesięcy znajduje się na oddziale szpitala specjalistycznego w podkrakowskim Kobierzynie. Kiedy Lucek Bałyś, jego przyjaciel i partner w pracy odwiedza go, dowiaduje się, że Krzycki niedługo opuści szpital. Po wizycie udaje się jeszcze do terapeutki komisarza, Wandy Wypych, od której dowiaduje się, że Krzycki – nawet w szpitalu – pracuje nad aktualnymi przestępstwami, śledząc je w aktualnych gazetach i łącząc łańcuch wydarzeń w całość. Niezmiernie ucieszony tą wiadomością, młody aspirant wie już, że komisarz wróci do pracy.

Mroczny krąg to obszerna, bardzo rozbudowana powieść, której liczne wątki rozwijają się i podążają ku samemu centrum fabularnego zamysłu autora.  To książka, która kontynuuje wydarzenia opisane już w Ludziach w nienawiści, ale rozwija się także wraz z nowymi wątkami. Żaden czytelnik nie powinien narzekać na jej dość wymagającą fabułę, którą Krzysztof Zajas rozwija stopniowo, odsłaniając przed naszymi oczyma kolejne fakty w odpowiednim czasie. Ani za wolno, ani za szybko.

Przestępstwa, które tym razem przyjdzie rozwikłać Krzyckiemu i Bałasiowi, charakteryzują się swoistą specyficznością i są mocno oryginalne, przez co lektura Mrocznego kręgu szybko staje się intrygująca. Czasami doskwierały mi fragmenty, w których bohaterowie powieści dowcipkowali, ale ogólnie rzecz biorąc styl Zajasa jest całkiem przyjemny. Początkowo miałem skojarzenia z powieściami Vladimira Wolffa, jednak teraz muszę powiedzieć, że Zajas operuje stylem znacznie ciekawszym dla czytelnika. Dużo się dzieje, fabuła przyspiesza i zwalnia, ale ciągle intryguje, a dodatkowego smaczku opisywanym w niej wydarzeniom dodają znajome dla czytelnika realia. W sumie to nie ma czego zarzucić drugiej części Trylogii grobiańskiej, i nawet ja – który nie jestem jakimś zdeklarowanym zwolennikiem polskiej literatury kryminalnej, a raczej sporadycznym turystą w tym gatunku –  mogę powiedzieć, że warto po Mroczny krąg sięgnąć. 

niedziela, 14 czerwca 2015

"Germania" Harald Gilbers


Autor: Harald Gilbers
Tytuł oryginału: Germania
Seria:
Gatunek: kryminał
Język oryginału: niemiecki
Przekład: Agnieszka Hofmann
Liczba stron: 472
Wymiary: 125 x 195 mm
ISBN: 978-83-7705-687-5
Wydawca: DW PWN
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Miejsce wydania: Warszawa
Ocena: 5/6

Ostatnimi czasy na rynku literackim pojawiło się kilka ciekawych książek, których akcja rozgrywa się w czasach II wojny światowej. Jedną z takich powieści jest Germania Haralda Gilbersa, autora debiutującego tą książką, lecz rozpoczynającego karierę pisarską w niezłym stylu – Germania zdobyła prestiżową nagrodę dla twórców kryminałów Friedrich-Glauser-Preis za najlepszy debiut roku 2014. Zasłużone uznanie w postaci nagrody, przekład na inne języki, prestiż. Ciężko o lepszą zachętę dla świeżo upieczonego autora kryminałów, prawda?

W Berlinie roku 1944 panuje złudny spokój. Na ulicach nie słychać alarmów, jednak mieszkańcy dobrze wiedzą, że samoloty Anglików kiedyś wrócą. Bombardowania zniszczyły już niezliczone budynki i obróciły stolicę Rzeszy w świat gruzu i popiołu.

Richarda Oppenheimera, niegdyś jednego z najskuteczniejszych śledczych berlińskiej policji kryminalnej, poznajemy w nieco nietypowej sytuacji: w trakcie snu, nocą, odwiedza go w domu człowiek ze służby bezpieczeństwa. Oficer SS każe mu się ubrać i udać razem z nim, nie zwracając najmniejszej uwagi na fakt, iż jest środek nocy. Pomimo przerażenia widocznego w oczach żony i odczuwanego w sercu, Richard wykonuje polecenie. Nie wie, co go czeka, ale jest pełen najgorszych przeczuć; jest w końcu Żydem, który został odsunięty od pracy w policji kryminalnej, kiedy Hitler przejął władzę w Berlinie.

Okazuje się jednak, że oficer SS – Vogler – chciał się spotkać z Richardem w związku ze odkryciem ciała zamordowanej kobiety. Prosto z domu zawozi Oppenheimera na miejsce znalezienia zwłok i każe byłemu śledczego przyjrzeć się im. A widok nie jest przyjemny: ciało kobiety jest zmasakrowane, genitalia są bardzo okaleczone, a nogi rozłożone i skierowane w kierunku pomnika stojącego na środku placu. Wygląda na to, że okrutnego morderstwa nie dokonano w tym miejscu, gdyż krwi Richard widzi niewiele; były śledczy wyciąga więc wniosek, że zwłoki zostały tutaj celowo dostarczone i upozowane w tej charakterystycznej pozycji. Vogler jest zadowolony z rozeznania, jakiego dokonał Richard, i decyduje, że były śledczy włączy się do sprawy i pomoże SS wytropić mordercę. Oppenheimer stara się więc odkryć motywy mordercy, bada przeszłość ofiary, podąża za każdym tropem, który mu się nasuwa. Śledztwo szybko posuwa się do przodu.

Berlin w powieści Haralda Gilbersa został oddany niezwykle realistycznie – oczyma Żyda, lecz jednocześnie Niemca, mieszkańca miasta i policjanta. Richarda Oppenheimera odbieramy jako ofiarę Voglera, człowieka przymuszonego do robienia czegoś, z czym już od lat nie miał styczności, rzuconego w wir sprawy, nad którą początkowo nie czuje się na siłach pracować. Nie pozostawiono mu jednak żadnego wyboru, dlatego stara się spełnić rozkazy oficera SS. Szybko jednak okazuje się, że wprawa nabyta podczas pracy w policji kryminalnej daje efekty i teraz, po długich latach, jakie minęły od odsunięcia Richarda ze służby.

W Germanii nie zabraknie autentycznych opisów mrocznej rzeczywistości II wojny światowej. Autor przedstawia w swojej powieści także różne punkty widzenia, nie bojąc się wkładać w usta poszczególnych postaci odmiennych często poglądów na różnorodne tematy. Dostajemy więc targany wojną Berlin widziany z kilku różnych stron, co tylko dodaje powieści wiarygodności.

Styl autora jest konkretny, przyjemny w odbiorze – książkę czyta się szybko i bardzo dobrze; kolejne rozdziały intrygują i zachęcają do dalszej lektury. Germanię należy uznać za rzeczywiście udany debiut niemieckiego autora, książkę, którą warto przeczytać tak ze względu na aspekt kryminalny, jak i historyczny. 

wtorek, 9 czerwca 2015

"Farben Lehre. Bez pokory", Kamil Wicik, Leszek Gnoiński, Wojciech Wojda


Autor: Kamil Wicik, Leszek Gnoiński, Wojciech Wojda
Tytuł oryginału:
Seria:
Gatunek: biografie
Język oryginału:
Przekład:
Liczba stron: 360
Wymiary: 140 x 205 mm
ISBN: 978-83-7924-242-9
Wydawca: Sine Qua Non
Oprawa: twarda
Miejsce wydania: Kraków
Ocena: 4/6

Wydawnictwo Sine Qua Non dość często wydaje różnego rodzaju biografie: są to tomy traktujące o pisarzach, sportowcach czy też muzykach. Jednym słowem o czyichś dokonaniach, które stały się już popularne i zostały docenione. Ja sam miałem jakiś czas temu  do czynienia z jedną tych biografii. Chodzi tutaj o książkę poświęconą Howardowi Phillipsowi Lovecraftowi, klasycznemu autorowi atmosferycznych, świetnych opowiadań grozy, twórcy mitologii Cthulhu żyjącemu na przełomie XIX i XX wieku. Lektura tej książki dała mi sporo satysfakcji, więc tym chętniej sięgnąłem po kolejną biografię wydaną przez SQN.

Farben Lehre – nasz rodzimy zespół pochodzący z Płocka, który w Polsce jest dzisiaj dobrze znany. Przedstawiciele rockowej sceny, zbuntowani punk rockowcy, którzy występowali w Jarocinie, na Przystanku Woodstock i wielu innych festiwalach, a których początki sięgają lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Kamil Wicik, autor – a raczej jeden z trzech autorów biografii zespołu – któregoś dnia rozmawiał z Wojtkiem Wojdą i w efekcie tej rozmowy uznali, że grupa zasłużyła sobie  na oficjalną książkę upamiętniającą jej dotychczasowe dokonania. Ostatecznie powstał gruby, wypełniony dokładnymi informacjami tom, który będzie koniecznym nabytkiem dla każdego fana tego zespołu.

Zagłębiając się w lekturę Farben Lehre. Bez pokory przenosimy się dziesiątki lat wstecz, do lat osiemdziesiątych XX wieku, i od tamtego momentu otrzymujemy szczegółowe zapisy kolejnych lat istnienia grupy. Mało tego, autor opowiada także o najmłodszych latach życia Wojtka Wojdy, jego najwcześniejszych zainteresowaniach i kontaktach z muzyką rockową. Mówi czytelnikowi o drodze, jaką Wojtek Wojda musiał wraz z innymi muzykami przejść, by wreszcie mógł powstać zespół Farben Lehre.

Pierwsze lata istnienia grupy – jak zresztą również kolejne – zostały opisane bardzo dokładnie. Autor wymienia miejsca, w których Wojtek wraz z kolegami grywał, wyraźnie zaznacza, jak ważnym wydarzeniem był dla nich festiwal w Jarocinie. Kamil Wicik skupia się także na oddaniu otoczenia zespołu, warunków, w jakich Farbeni ćwiczyli, a także ludzi, z którymi mieli kontakt. Wyraźnie widać, że biografię pisał fan zespołu, człowiek zżyty z tymi ludźmi i ceniący ich muzykę, poglądy i bezkompromisową postawę.

Co do wydania książki, to mam wrażenie, że wydawnictwo Sine Qua Non mogło się nieco bardziej postarać. Na prawie czterysta stron, które składają się na biografię, zamieszczono zadziwiająco mało zdjęć; na ośmiu kredowych stronach widnieją małe fotki, po kilka na jedną stronę. Jednakże tym, co najbardziej przeszkadzało mi w trakcie lektury, jest zbyt mała czcionka tekstu, sprawiająca, że książki nie czyta się tak przyjemnie, jakbym się spodziewał. Całość wyglądałaby także znacznie lepiej, gdyby w druku użyto białych, nie żółtawych stron.

Na pochwałę zasługuje natomiast gruba okładka z wypukłymi napisami – prezentuje się naprawdę nieźle. Oraz fakt, że na końcu podano długi indeks nazwisk i nazw zespołów, który to akurat może okazać się przydatny, bo jest tego wszystkiego naprawdę sporo; indeks ułatwia odnalezienie konkretnych informacji w biografii. Na plus zasługuje także dołączenie do książki płyty CD, zawierającej pięć utworów zespołu.

Podsumowując więc Farben Lehre. Bez pokory jest publikacją całkiem udaną, z małymi niedociągnięciami, które da się jednak przeżyć. Zawarty w niej tekst dostarcza czytelnikowi naprawdę wielu informacji na temat grupy i z pewnością spotka się z pozytywnym odbiorem u niejednego fana Farbenów, zajmując miejsce obok płyt zespołu.