środa, 4 listopada 2015
Seria ARTEFAKTY wydawnictwa Mag
I oto są, zajmując honorowe miejsca na moich regałach, wszystkie wydane do tej pory w serii ARTEFAKTY tomy klasycznej science fiction. Teraz wystarczy już tylko czekać na kolejne ;-) To niesamowite nowe wydanie każdy miłośnik fantastyki naukowej i cyberpunka po prostu musi mieć, nawet jeśli w jego księgozbiorach - podobnie jak w moich - znajdują się już miękkookładkowe, starsze wydruki ;-)
sobota, 31 października 2015
"Wariant drugi", Philip K. Dick
Autor: Philip K. Dick
Tytuł
oryginału: The Collected Short Stories of Philip K. Dick, volume 2: Second
Variety
Seria:
Gatunek: science fiction
Język oryginału: angielski
Przekład: Janusz Szczepański
Liczba stron: 616
Wymiary: 150x225
ISBN: 978-83-7818-576-5
Wydawca: Rebis
Oprawa: płótnopodobna z obwolutą
Miejsce wydania: Poznań
Ocena: 6/6
Autora o tak
wielkich zasługach dla literatury science fiction jak Philip K. Dick nikomu
dzisiaj nie trzeba specjalnie przedstawiać. Jeśli ktoś nie zna jeszcze jego
dokonań, to najwyraźniej tego rodzaju literatura albo dopiero pojawia się w
kręgu jego zainteresowań, albo w ogóle się w nim nie znajduje.
Wydawnictwo
Rebis już jakiś czas temu wypuściło na rynek serię książek Dicka i należy
zaznaczyć, że seria ta jest niezwykle atrakcyjna tak dla fanów SF, jak i dla kolekcjonerów
książek, gdyż jej wydanie potrafi sprawić, że naprawdę będziemy cieszyć się z
zakupu tych tomów. Opisywany właśnie Wariant
drugi jest obszernym, ponad sześćsetstronicowym tomiskiem w twardej oprawie,
opatrzonej obwolutą przedstawiającą jedną z prac – podobnie zresztą jak inne
książki z serii – Wojtka Siudmaka, jednego z moich ulubionych twórców i
głównego przedstawiciela realizmu fantastycznego. Jakby tego było mało,
wewnątrz książki znajdziemy także niezwykłe, czarno-biało szkice Siudmaka, w
pewien swoisty sposób bardzo odpowiednie dla zawartej w tomie treści. Ja sam
więc z posiadania Wariantu drugiego
jestem zadowolony podwójnie.
Wariant drugi jest następnym po części
pierwszej tomem antologii opowiadań Philipa K. Dicka, których zamieszczono aż
dwadzieścia siedem. Jedne teksty są krótsze, drugie dłuższe, lepsze i gorsze,
napisane z większym i mniejszym rozmachem, są to utwory zawierające spory
rozrzut tematyczny i ten charakterystyczny dla Dicka styl, który zadeklarowani
fani pisarza niewątpliwie uznają za mocno rozpoznawalny. Wszystkie zamieszczone
w antologii teksty pochodzą z lat 1952 – 55, kiedy to Dick produkował
opowiadania niemalże taśmowo; chcąc zyskać rozgłos oraz pieniądze pisał utwory
nie tylko fantastyczno-naukowe (fantastykę traktowano w tamtym czasie z
lekceważeniem), ale i niesamowite, pulpowe. W utworach tych znajdziemy bardzo
wiele podobieństw i powtarzających się motywów, trzeba przyznać także, że
dzisiaj – kilka dekad od okresu ich powstania – nie odnajdujemy w nich także
niczego specjalnie nowatorskiego i innowacyjnego. Mimo to jednak teksty zawarte
w Wariancie drugim zasługują na
poznanie, a dickowski sposób pisania i konstruowania fabuły bez wątpienia
niejednemu czytelnikowi sprawi dużo przyjemności. Wariant drugi będzie więc pozycją obowiązkową dla fanów tego
pisarza, tomem pokaźnym i cieszącym oczy, ale i zbiorem tekstów niezwykle
ciekawym dla każdego czytelnika lubiącego zagłębiać się w nurt fantastyki
naukowej.
Poza
dwudziestoma siedmioma utworami, jakie zawarto w tej obszernej antologii,
znajduje się w niej także niezwykle ciekawy, otwierający całość i dość obszerny
tekst Macieja Parowskiego, zatytułowany Niefilmowy
pisarz filmowców. Tekst ten nawiązuje do utworów Dicka wykorzystanych na
dużym ekranie, jak również opisuje sylwetkę pisarza i zawiera rozliczne
interpretacje Parowskiego na temat Dicka oraz jego utworów zawartych w Wariancie drugim.
Po tekście
Macieja Parowskiego przejdziemy do zamieszczonej tutaj także Przedmowy do wydania amerykańskiego,
tekstu Normana Spinrada pochodzącego z roku 1986. Na kilku stronach Spinrad
zwraca uwagę na to, jak utalentowanym praktykantem sztuki pisania był Dick w
początkach swojej kariery, jak wiele pracy w nią wkładał, porównuje Philipa do
innych pisarzy i przybliża nam tamten miniony okres, w jakim krótkie formy
prozatorskie tworzył młody autor. Cofamy się więc kilka dekad wstecz,
zagłębiając się w niezwykle intrygujące fakty i opisy tamtych lat twórczości
Dicka.
Efekt pracy,
jaką włożono w powstanie Wariantu
drugiego, jest imponujący i w pełni zadowalający. Na samym końcu antologii
wydawca zamieścił także listę opowiadań wraz z datami ich powstania i
przypisami samego Dicka, ułożoną chronologicznie i uzupełniającą całość o
kolejne fakty. Wariant drugi da więc
czytelnikowi wgląd w początkowe lata pracy pisarza obrazując rozwój jego twórczości
i postrzegania, jak również zdolności pisarskich, które już w tak wczesnych
tekstach były dobrze widoczne.
poniedziałek, 26 października 2015
"Miniony świat", Dennis Lehane
Autor: Dennis Lehane
Tytuł
oryginału: World Gone By
Seria: Joe Coughlin
Gatunek: thriller/sensacja/kryminał
Język oryginału: angielski
Przekład: Maciejka Mazan
Liczba stron: 344
Wymiary: 140x205 mm
ISBN: 978-83-8069-081-3
Wydawca: Prószyński i S-ka
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Miejsce wydania: Warszawa
Ocena: 4/6
Czarny kryminał,
czasy panującej w Ameryce prohibicji, twardziele w płaszczach i głęboko
nasuniętych na czoło kapeluszach – z jakim autorem te elementy Wam się kojarzą?
W moim umyśle natychmiast, w jedną tysięczną sekundy po usłyszeniu tych słów,
pojawia się jedno wielkie jak wieża Eiffla nazwisko: Raymond Chandler. Tak,
panie i panowie, to właśnie ten gość, klasyk, który nadał prawdziwego znaczenia
kryminałowi noir, który rozpowszechnił go i uczynił sławnym i popularnym, to
właśnie on stworzył niebagatelną, jedyną w swoim rodzaju postać Phillipa
Marlowe’a. Nie był ani pierwszym twórcą w tym gatunku, ani ostatnim, bo nawet
dzisiaj mamy autorów sięgających do mrocznych czasów prohibicji, wojen gangów i
podziemnych syndykatów zbrodni. Jednym z nich jest Dennis Lehane, autor ceniony
i lubiany, który swoją serią książek traktującą o przygodach Joe Coughlina
przenosi nas do lat czterdziestych ubiegłego wieku.
Miniony świat jest już kolejną, trzecią
częścią serii poświęconej Joe Coughlinowi. Bohater ten, twardy, ale i wrażliwy,
nie pozbawiony dowcipu i osiągający sukcesy w przestępczym półświatku Ybor City
na Florydzie, daje się lubić. Choć wrogowie zabili jego żonę i zniszczyli jego
imperium dziesięć lat wcześniej, Joe utrzymuje się na fali: jest obecnie
consigliere przestępczej rodziny Bartolo, krążąc między Tampą i Kubą. Nie brak
mu pieniędzy, ma piękną kochankę i władzę, jednak zawisł nad nim mroczny cień
nadciągającej nieubłaganie przeszłości.
Theresa del
Fresco rozbija głowę swojego męża młotkiem do krykieta, kiedy ten uderza ją
butelką po winie. Kiedy zostaje skazana, w trakcie przewozu autobusem jedna z
więźniarek próbuje ją zabić. Później, pod prysznicem, ma miejsce druga próba
zabójstwa, jednak Theresa jest twardą sztuką, zaprawioną w takich bojach – jako
złodziejka, oszustka i płatna zabójczyni wie, jak radzić sobie z tego typu kłopotami.
Niestety, życie za kratkami nie jest łatwe i Theresa zdaje sobie sprawę z tego,
że jeśli na kogoś zapadnie wyrok, to prędzej czy później ta osoba skończy w dole
w ziemi. Nie ma zmiłuj się. Dlatego używa swojego sprytu popartego atrakcyjnym
wyglądem i uwodzi młodego strażnika więziennego, namawiając go, by ten udał się
do Joe Coughlina i przekazał mu od niej wiadomość. Ma powiedzieć, że śmiertelne
niebezpieczeństwo grozi tak jej, jak i Joemu.
Do Coughlina
przychodzi z wizytą porucznik wywiadu marynarki wojennej, Matthew Biel. Oficer
wie, że ludzie Joego kontrolują miejsca, w których dochodzi do pobić
wywiadowców, dlatego uważa, że to właśnie oni mogą być winni. Chce mieć jednak
pewność, stąd jego wizyta u Joego i zwrócenie się o pomoc w znalezieniu winnych.
Lecz rząd, dla którego pracuje Matthew Biel, nie prosi, lecz wymaga. A to nie
podoba się Joemu. Coughlin stawia swoje warunki, na które porucznik nie chce
przystać, dlatego Joe odsyła go z kwitkiem. Na pożegnanie Biel nie zapomina o
stosownej w takiej sytuacji groźbie.
Miniony świat zalicza się do tych
książek, które przenoszą nas w twarde czasy ubiegłego stulecia. Szorstkość
bohaterów powieści jest więc tutaj jak najbardziej na miejscu, podobnie jak
brutalność i dosadność. Nie zabraknie także czarnego humoru, a nawet dowcipu
dla złagodzenia atmosfery. Ogólnie jest dobrze, choć muszę powiedzieć, że
brakowało mi szybszego tempa wydarzeń, ale to tylko moje subiektywne zdanie.
Fani serii powinni być Minionym światem
w dużym stopniu usatysfakcjonowani, a i wielbiciele czarnego kryminału także
raczej się nie zawiodą.
sobota, 24 października 2015
"W sieci umysłów", James Dashner
Autor: James Dashner
Tytuł
oryginału: The Eye of Minds
Seria: Doktryna śmiertelności
Gatunek: fantastyka, science fiction
Język oryginału: angielski
Przekład: Anna Dobrzańska, Rafał Lisowski
Liczba stron: 384
Wymiary: 125x195 mm
ISBN: 978-83-7985-660-2
Wydawca: Albatros
Oprawa: miękka
Miejsce wydania: Warszawa
Ocena: 4/6
Gdy trafiłem w
sieci na W sieci umysłów, najpierw
rzucił mi się w oczy opis książki, w którym przeczytałem o hakerze i wirtualnej
rzeczywistości. Zaintrygowany pomyślałem, że muszę ją przeczytać. Dopiero nieco
później sprawdziłem nazwisko Jamesa Dashnera, no i z niejakim rozczarowaniem
stwierdziłem, iż tenże pan odpowiedzialny jest także za popełnienie powieści The Maze Runner, na której kanwie
powstał film Więzień labiryntu. I
niby wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że przypadkiem oglądałem
wspomniany film i wiedziałem już dobrze, że jest on dziełem skierowanym
zdecydowanie do młodego widza, podobnie zresztą jak książki Jamesa Dashnera.
Mimo wszystko
jednak zabrałem się do lektury W sieci
umysłów, tomu pierwszego cyklu Doktryna
śmiertelności. Rzeczywiście, tak jak się spodziewałem po wcześniejszym
rozeznaniu, i ta powieść jest swojego rodzaju „młodzieżówką”, czyli nie do
końca tym, co miałem nadzieję przeczytać.
Fabuła powieści
skupia się wokół przygód użytkownika wirtualnego świata, szesnastoletniego
Michaela, jakie ten przeżywa wraz ze swoimi przyjaciółmi. Już na samym początku
poznajemy wirtualny świat gry, której użytkownikiem jest Michael, kiedy chłopak
wraz z dziewczyną o imieniu Tanya znajdują się na moście Golden Gate. Poznajemy
ich w VirtNecie, we Śnie, jak zwykli określać grę jej użytkownicy. Co więcej,
czytelnik spotyka ich w sytuacji dość kryzysowej, gdyż dziewczyna chce skoczyć
z mostu i próbuje popełnić w ten sposób samobójstwo. Tanya łamie kod gry, czego
efektem jest wyrwanie sobie z głowy chipu nazywanego rdzeniem, a Michael
próbuje ją powstrzymać przed skokiem, lecz bezskutecznie – oboje spadają i
uderzają w twardą jak beton powierzchnię wody.
Michael po
krótkiej chwili intensywnego bólu zostaje wybudzony ze Snu. Leży w
nerwoskrzyni, którą użytkownicy nazywają – ze względu na podobieństwo – po
prostu trumną. Chłopak nie może otrząsnąć się z tego, co zdarzyło się we Śnie,
kontaktuje się więc ze swoimi przyjaciółmi. Dowiaduje się, że w sieci krążą
pogłoski, iż tajemniczy użytkownik nazywający siebie Kaine więzi ludzi w
VirtNecie i nie pozwala im się obudzić. Użytkownicy – tak jak Tanya na moście –
popełniają przez tego cyberterrorystę samobójstwo.
Sytuacja
komplikuje się, kiedy idąc do szkoły Michael zostaje porwany przez elegancko
ubranych mężczyzn w czarnych maskach. Szybko okazuje się, że chłopca i jego
przyjaciół będzie czekało trudne, wymagające użycia ich hakerskich umiejętności
zadanie.
Tak z grubsza
przedstawia się wstęp do historii Michaela. Jak to zwykle bywa w książkach
skierowanych do młodego czytelnika, kolejne strony mijają jak z bicza strzelił,
czyta się powieść szybko i bez żadnych problemów. Jedno zdarzenie goni drugie,
ale trzeba zauważyć, że ich logika i konsekwencja zostały przez autora
zepchnięte na dalszy plan, gdyż James Dashner pisząc W sieci umysłów stawiał przede wszystkim na żywą akcję, nie
przejmując się zbytnio uwiarygodnieniem autentyczności przedstawianych
wydarzeń.
W sieci umysłów jest powieścią
wykorzystującą motyw walki dobra ze złem, stary jak świat i do granic
możliwości wyeksploatowany. Jednak fabularnie jest to książka dość ciekawa,
lekka, a pełen nowoczesnych technologii i rozwiązań świat, w jakiej cała rzecz
się dzieje, może zaintrygować. Oczywiście głównym jej odbiorcą powinna być
młodzież, ale myślę, że i starszemu czytelnikowi może się spodobać ta
sympatyczna, niewymagająca książka. Można przy niej całkiem miło spędzić czas,
a pomysły autora zwracają uwagę na widoczne i w naszym świecie uzależnienie od
sieci, które rzeczywiście może posunąć się do daleko idących skutków.
środa, 21 października 2015
"Niemartwi. Ciała wasze jak chleb", Mikołaj Marcela
Autor: Mikołaj Marcela
Tytuł
oryginału: Niemartwi. Ciała wasze jak chleb
Seria:
Gatunek: horror
Język oryginału: polski
Przekład:
Liczba stron: 320
Wymiary: 140x205 mm
ISBN: 978-83-7642-606-8
Wydawca: Pascal
Oprawa: miękka
Miejsce wydania: Bielsko-Biała
Ocena: 2/6
Od czasu do
czasu nachodzi mnie refleksja na temat literatury, gier i filmów traktujących o
zombie, rodzących w moim umyśle nieodmiennie to samo pytanie: kiedy wreszcie
umarlaki przestaną być modne? Temat żywych trupów jest swoistym ewenementem, i
to na skalę światową, bo jak coś tak bardzo wtórnego i wyeksploatowanego może
być jednocześnie czymś tak bardzo popularnym?
Robert Kirkman i
Jay Bonansinga stworzyli fenomen na skalę światową, ekranizując swoje powieści
i czyniąc z nich serial o niezwykłej wręcz popularności. Max Brooks i Brad Pitt
dołożyli do tego World War Z, a w
końcówce lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku pod to wszystko podwaliny położył
George Romero, odpowiedzialny za horrory o ożywionych martwych. Nie wspominając
już o innych przykładach, popatrzmy, ile to już lat umarlaki zginąć nie chcą.
Kilkadziesiąt.
Żywe trupy mają
się więc świetnie, a z biegiem czasu od oryginalnych (kiedyś) pomysłów kolejni
twórcy odcinają kupony, chcąc i dla siebie zagarnąć coś z tej niewytłumaczalnej
popularności zombie. Jednym z nich jest Mikołaj Macieja, który swoją powieścią Niemartwi. Ciała wasze jak chleb
udowadnia, że sam jest zauroczony twórczością pomysłodawców The Walking Dead.
Tak, dobrze
czytacie. Chcielibyście dostać The
Walking Dead przeniesiony w polskie, znane Wam realia? Oto i jest.
Warszawa, Bieszczady, Polacy jako bohaterowie, no i oczywiście te same co
wszędzie szwendające się, kłapiące gnijącymi szczękami zombiaki. O, sorry, nie
te same, bo niby w niemartwych Mikołaja Marceli zachodzi pewna istotna różnica,
która jednak w praktyce nie za bardzo się sprawdza.
O samej fabule
słów kilka. W roku 2016 wybucha pandemia, świat ogarnia chaos i śmierć, ludzie
próbują wygrać beznadziejną walkę, nieumarłych jednak ciągle przybywa i
przybywa. Miasta obracają się w ruinę, stają się wyludnione, a ich ulicami
szwendają się niemartwi. Lena, nastolatka, wędruje pomiędzy zabudowaniami
Warszawy, chcąc dotrzeć do swojego domu. Kiedy wreszcie do niego dociera,
okazuje się, że nadal jest tutaj jej matka. Niestety kobieta już nie żyje,
stała się niemartwą. Zrozpaczona dziewczyna poddaje się i w chwili, kiedy już
niemal zostaje ugryziona, dzieje się coś nieoczekiwanego: z jakiegoś powodu
niemartwi przestają atakować żywych, ruszają po prostu w swoją stronę,
ignorując ludzi.
Przenosimy się w
leśne zastępy Bieszczad, w których żyje samotny mężczyzna w średnim wieku.
Nazywa się Michał i kiedyś miał żonę i córkę, był lekarzem. Teraz jednak jest
tylko samotnikiem w leśnej głuszy, polującym na zające i króliki. Wiedzie
spokojne, ciche życie z dala od chaosu rozgrywającego się w innych częściach
świata, aż do dnia, kiedy to podczas polowania natyka się na grupę ludzi i
niemartwego. Nie do końca rozumiejąc sytuację, widzi dziewczynę w
niebezpieczeństwie, ratuje ją więc i ucieka wraz z nią do swojej chatki.
W Niemartwych nadal pozostający przy
życiu ludzie bardzo się od siebie różnią i patrzą w odmienny sposób na to, co
stało się ze światem. Tworzą ugrupowania, skupiające w sobie zwolenników tej
czy innej filozofii. Mamy więc Pantery – ludzi walczących z niemartwymi,
uważających, że to człowiek powinien dominować na świecie i należy wybić
wszystkich nieumarłych. Kontrastowo dostajemy także Kult Brata Ezechiela, sektę
skupiających naiwnych i łatwowiernych, wierzących, że niemartwi są
nieśmiertelnymi, że nie można ich zabijać, lecz korzystać z daru nieśmiertelności,
który mogą ofiarować człowiekowi poprzez ugryzienie. Mamy jeszcze także Radę
Ludzkości, ochraniającą ludzi przed nieumarłymi, strzegącą ludzkich osiedli,
wyposażoną w broń i wojskowe samochody. No i znajdą się jeszcze samotne wilki
takie jak Michał, pustelnik.
Napisałem, że w
książce Niemartwi zachodzi pewna
odmienność w stosunku do innych książek opisujących zombie. Chodzi tutaj o
nagłe zaprzestanie atakowania ludzi, ma się rozumieć. Nie chcę w tej kwestii
spojlerować, więc nie pociągnę tematu dalej, jednak coś takiego dla mnie
osobiście jest totalną bzdurą, zaprzeczającą całkowicie istocie bytu zombie.
Motyw apokalipsy
postrzegany jako przesiew, pozbycie się słabych ogniw w szeregach ludzkości
również do szczególnie nowatorskich nie należy, ale w zasadzie nie robi to
żadnej różnicy. Podsumowując, Niemartwi
są zdecydowanie mało oryginalną kalką The
Walking Dead, opowieścią bazującą na pomysłowości Kirkmana i Bonansingy. Książkę
czyta się dość przyjemnie, choć momentami autor nie radzi sobie z odpowiednią
przejrzystością scen walk. Przenosimy się z jednego punktu w czasie do
drugiego, z teraźniejszości do przeszłości, podczas gdy Mikołaj Marcela z wolna
układa wszystkie elementy układanki na swoim miejscu. Wraz z upływem stronic
jednak nie rośnie zbytnio ciekawość czytelnika, brakuje w powieści także
odpowiedniej dozy napięcia, przez co przelatujemy kolejne kartki raczej bez
większych wrażeń emocjonalnych. Bohaterowie zaś to tylko przedstawiciele swych
dawnych zawodów, ciągle odnajdujący się w niesprzyjającej rzeczywistości i
radzący sobie z kolejnymi przeciwnościami. Mało który jest interesujący, choć
nie są tylko papierowymi postaciami, a szczególnej sympatii nie budzi chyba
żaden; są czytelnikowi w dużej mierze po prostu obojętni.
Na koniec parę
słów o wydaniu powieści. Wydawnictwo Pascal opakowało całość okładką
nawiązującą do komiksów z serii The
Walking Dead, czarno-białą z krwiście czerwonymi elementami. Dzięki temu
powieść prezentuje się tak, jak ma się prezentować, czyli jak horror klasy
którejś tam, wpisany w kanon opowieści o zombie. Oryginalnym zabiegiem
drukarskim natomiast są czarne ramki na bokach i krawędziach stron, przez co
powieść Marcela – z każdej zewnętrznej
strony – jest sugestywnie czarna. Ot, taka mała ciekawostka, uzupełnienie
powieści co najwyżej przeciętnej, skierowanej raczej do fanów uniwersum żywych
trupów niż do przypadkowego czytelnika.
poniedziałek, 19 października 2015
"Sieć rozkwitającego kwiatu", Lisa See
Autor: Lisa See
Tytuł
oryginału: Flower Net
Seria: Czerwona księżniczka
Gatunek: thriller/ sensacja/ kryminał
Język oryginału: angielski
Przekład: Robert Ginalski
Liczba stron: 416
Wymiary: 135x215 mm
ISBN: 978-83-7943-598-2
Wydawca: Świat Książki
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Miejsce wydania: Warszawa
Ocena: 2/6
Zabierając się
do czytania pierwszego tomu trylogii Czerwona
księżniczka Lisy See, czyli Sieci
rozkwitającego kwiatu – przyznaję szczerze – nie wiedziałem tak do końca,
czego się spodziewać. Ani wcześniejszych dokonań, ani nazwiska Lisy See nie
znałem, bo i skąd, skoro nie czytuję romansideł. Za to zmylił mnie nieco blurb
tej książki, wywołując we mnie wrażenie, że będę miał do czynienia raczej z
kryminałem bądź thrillerem. Co – w zasadzie – jest w dużym stopniu zgodne z
prawdą.
Ale przejdźmy
już do samej książki. Cała rzecz zaczyna się od lodowiska w Chinach, na które
dziadek zabrał swoją wnuczkę. Dziewczynka jeździ na łyżwach, dziadek też,
oczywiście, a kiedy mała Mei Mei zalicza wywrotkę, okazuje się, że spod lodu
przygląda jej się trup białego człowieka. I to by było na tyle z dziadkowego
pomysłu o fajnej zabawie z wnuczką.
Na miejsce wywrotki
przybywa niezwykle atrakcyjna inspektor chińskiej policji, Liu Hulan, aby
poprowadzić czynności śledcze na miejscu znalezienia ciała. Pani inspektor jest
niezwykle zdolna i szybko wychodzi na jaw, nawet bardzo szybko, że trup nagiego
człowieka pod lodem należy do syna amerykańskiego ambasadora, Billy’ego
Watsona. Co z tego wynika? Ano fakt, że skoro pod lodem znaleziono martwego i
nagiego Amerykanina, to Chiny będą musiały nawiązać współpracę z USA.
Z kolei w Los
Angeles mister David Stark, prokurator z prokuratury federalnej (no bo przecież
nie z pralni), przy współpracy z agentami FBI rozpracowuje chińskie gangi. Dwaj
agenci FBI zabierają go więc na statek przewożący nielegalnych chińskich
imigrantów, których liczba sięga pół tysiąca. Na samym statku zaś okazuje się,
że w nocy opuściła go załoga, pozostawiając Chińczyków samym sobie. Na domiar
złego nadciąga sztorm i śmigłowiec FBI nie może odlecieć z pokładu, wygląda
więc na to, że odważny David, agenci i sami imigranci muszą połączyć siły, by
przetrwać nadciągającą burzę.
Kiedy sytuacja
się uspokaja, tknięty instynktem David znajduje w zalanej wodą ładowni
rozkładające się zwłoki Chińczyka z rolexem na nadgarstku. Od starego imigranta
dowiaduje się, że są to zwłoki Guanga Henlou, Czerwonego księcia, syna magnata
finansowego Guang Mihgyuana. Co z tego wynika? Ano fakt, że USA będzie musiało
nawiązać współpracę z Chinami.
Któż byłby
lepszym kandydatem na głównego uczestnika wycieczki do Pekinu niż David Stark?
Ha, no właśnie, pewnie nikt. A któż inny nawiązałby efektowniejszą współpracę z
piękną inspektor chińskiej policji niż przystojny, czujący mrowienie w kroczu
przy każdym spojrzeniu przypadkowej kobiety w samolocie niż David Stark?
Odpowiedź już znacie.
No dobra, bez
żartów, panowie i panie. Prawda jest taka, że Lisa See – choć styl pisania ma
całkiem przyjemny – to jednak pod względem kryminalnym nie zachwyciła. Co,
szczerze mówiąc, żadnym zaskoczeniem nie jest, nawet jeśli sprawa z początku
wyglądała inaczej. Fabuła nie powala stopniem skomplikowania, nie trzyma w napięciu,
bohaterowie także zbyt głębocy nie są, że się tak wyrażę. Mimo wszystko czyta
się Sieć rozkwitającego kwiatu
całkiem znośnie, nawet kiedy już na scenę wkracza dream team Hulan/ Stark – chociaż
wtedy robi się już nieco nudnawo. Niby mamy tutaj morderstwo, i to niejedno,
niby mamy zagadkowe poszlaki wskazujące na jednego sprawcę, niby otrzymujemy
zderzenie kulturowe i niezłe opisy, ale – tak w zasadzie – to mocno się po
czasie nudzimy, a efektem lektury jest rozczarowanie. Jakby ktoś jeszcze tego
nie wyczytał, to dodam, że szału wielkiego przy tej powieści nie będzie, czy to
pod względem kryminalnym, czy jakimkolwiek innym. Autorka starała się
skomplikować fabułę, ale raczej ze znikomym efektem. Sieć rozkwitającego kwiatu to czytadło dla zabicia czasu z braku
jakiejkolwiek innej alternatywy, ot co.
Na koniec dodam,
że gdyby tę recenzję napisała kobieta, z dużą pewnością zakładam, że byłaby to
recenzja znacznie bardziej pozytywna. Z pewnych jednak względów, całkiem
wyraźnych, naturalnie, ja sam za kobietę uchodzić nie mogę, dlatego efekt
czytania Sieci rozkwitającego kwiatu
jest, jaki jest.
niedziela, 18 października 2015
"Wypisy z księgi mroku", Jacek Jarecki
Autor: Jacek Jarecki
Tytuł
oryginału: Wypisy z księgi mroku
Seria:
Gatunek: fantastyka, opowiadania
Język oryginału: polski
Przekład:
Liczba stron: 180
Wymiary: 148x210 mm
ISBN: 978-83-63783-86-0
Wydawca: Goneta
Oprawa: miękka
Miejsce wydania: Warszawa
Ocena: 4/6
Po niedawnej
lekturze zbioru opowiadań Jeffreya Archera przyszła kolej na antologię krótkich
tekstów naszego rodzimego autora, Jacka Jareckiego. Kim ten pan jest ani skąd
pochodzi, tego nie wiem. W zasadzie to na jego temat wiem tylko tyle, że w
wydawnictwie Goneta wydał swój zbiór opowiadań, że – prawdopodobnie – jest to
jego debiutancka publikacja, oraz że Jacek Jarecki, a raczej jego teksty, mają
potencjał.
Wypisy z księgi mroku są już kolejną
drukowaną publikacją internetowego wydawnictwa Goneta, która wpadła w moje
ręce. Dla formalności dodam, że drukowana książka, podobnie jak jej
poprzedniczki zajmujące miejsce na moich regałach, znowu cieszy oczy eleganckim
wydaniem. Błyszcząca okładka, biel stronic – ta jakość staje się już, jak
widać, znakiem firmowym druków sygnowanych logotypem Gonety. Gdyby więc komuś
przyszło do głowy kupić sobie którąś z drukowanych książek znajdujących się w
ofercie tego wydawnictwa, może być spokojny o jakość jej wydania pod względem
wyglądu.
Jacek Jarecki
charakteryzuje się bujną wyobraźnią i sposobem pisania, który wciąga czytelnika
w każdy kolejny tekst. A ich tematyka, to trzeba jasno i wyraźnie powiedzieć,
jest dość różnorodna. W tym niespecjalnie grubym, bo obejmującym zaledwie sto
osiemdziesiąt stron zbiorze opowiadań znajdziemy teksty, których fabuła łączy
rzeczywistość z wirtualnym światem, natkniemy się na opowiadania wybrzmiewające
echem znanych opowieści grozy z nurtu weird tales, przeniesiemy się w
koszmarną, chaotyczną, nacechowaną totalitaryzmem przyszłość. Te trzynaście
niedługich tekstów tworzących Wypisy z
księgi mroku może zadowolić niejednego fana fantastyki.
Jednym z
lepszych, w moim mniemaniu, opowiadań napisanych przez Jacka Jareckiego jest Szczęściarz, tekst traktujący o Magiku, prawie
siedemdziesięcioletnim mężczyźnie, żyjącym w świecie, w którym niemal zupełnie
już zanikł altruizm, a ludzie zdziczeli. Humanistyczne wartości przestały mieć
znaczenie, ważniejszymi stały się nowe normy życia wytyczane przez państwo
totalitarne i sposoby ich egzekwowania. Rzecz dzieje się w okolicach roku 2070,
czyli w nie aż tak bardzo odległej przyszłości, a sam Magik – jeśli chce zdobyć
emeryturę – musi w ciągu miesiąca zabić emeryta, który wyczerpał już swoją
pięcioletnią pulę. Dopiero wtedy on sam otrzyma czerwoną obrożę, która zapewni
mu kolejne pięć lat życia, zanim stanie się celem dla kolejnego kandydata do
pięcioletniej emerytury.
Ciekawy pomysł,
prawda? Intrygujący i osobliwy, oryginalny. Podobnie jest – choć już nie tak
oryginalnie – z pierwszym opowiadaniem w zbiorze, Graczem na planszy. Tematyka wirtualnej rzeczywistości i jej wpływu
na ludzkie życie w realu nie jest niczym nowatorskim, ale odczuwalna w tekście
atmosfera osaczenia obywatela, zjawisko pełnej kontroli państwa nad jednostką
dobrze sprawdza się w tym tekście i ma całkiem niezły wydźwięk.
Woda natomiast to tekst nacechowany
naleciałościami opowiadań rodem z weird tales, w którym autor sprawnie nadał
zwykłej w naszym odczuciu rzeczy naturę nadprzyrodzoną. Sama fabuła tego tekstu
mogłaby zostać wzbogacona o większą dawkę grozy, zamiast tego jednak Jacek
Jarecki wkomponował w niego dosyć dowcipny wątek pisarski, ostatecznie jednak
tekst również jest ciekawy sam w sobie. Mogłoby to być pełnoprawne opowiadanie
niesamowite, co – jak mi się wydaje – dałoby lepszy efekt, ale i tak w tym
przypadku jest całkiem przyzwoicie.
Wypisy z księgi mroku są publikacją co
prawda niezbyt obszerną, ale zdecydowanie zasługują na uwagę. Polecam ten zbiór
opowiadań wszystkim fanom fantastyki i krótkich form, gdyż nie sądzę, żeby
mieli się na nim zawieść.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









