czwartek, 26 listopada 2015

"Trzy cienie", Cyril Pedrosa


Scenariusz: Cyril Pedrosa
Rysunek: Cyril Pedrosa
Kolor: okładka kolor, środek czarno-biały
Tłumaczenie: Katarzyna Koła
Wydawnictwo: Kultura Gniewu
Rok wydania polskiego: 2015
Rok wydania oryginału: 2007
Tytuł oryginału: Trois Ombres
Tytuł alternatywny: Trzy cienie
Tytuł serii:
Wydawca oryginalny: Delcourt
Gatunek: fantastyka
Liczba stron: 272
Format: 165x230 mm
Oprawa: miękka szyto-klejona ze skrzydełkami
ISBN: 978-83-64858-12-3
Wydanie: drugie
Papier: Munken Print Cream
Druk: czarno-biały
Ocena: 6/6

Komiks Trzy cienie jest uznanym już dziełem Cyrila Pedrosy, za które twórca ten – współpracujący dotąd z Disneyem przy takich produkcjach jak Herkules i Dzwonnik z Notre Dame – otrzymał jedną z głównych nagród imprezy w Angouléme Prix Essentiel. Trzy cienie zostały już więc odpowiednio docenione za artyzm, jaki w nich zawarto, i już sam ten fakt wystarczy, by uznać komiks za warty przeczytania.

Trzyosobowa rodzina – ojciec Louise, matka Lise i syn Joachim – wiedzie szczęśliwe, sielankowe życie w dolinie wśród wzgórz. Wszystko jest proste, praca przeplata się z zabawą, a kompletna nieświadomość tego, jak wygląda reszta świata, zupełnie w niczym nie przeszkadza. Pewnego wieczoru jednak ta sielanka zostaje zaburzona – chłopiec z okna pokoju dostrzega trzy niepokojące sylwetki jeźdźców, stojących bez ruchu na oddalonym wzgórzu. Joachim i Lise są zaniepokojeni, lecz ojciec – człowiek twardo stąpający po ziemi, racjonalny i trzeźwo myślący – przekonuje ich, że są to tylko przejeżdżający w pobliżu ich domu podróżni.

Jakiś czas później jeźdźcy znowu zostają dostrzeżeni na tym samym wzgórzu, ponownie stojąc tylko nieruchomo. Tym razem i ojciec zaczyna zastanawiać się nad ich nietypowym zachowaniem. W końcu daje się ponieść nerwom: bierze siekierę i postanawia się z nimi ostro rozmówić, jeśli nie zechcą odejść po dobroci. Wychodzi w gęstą, wiszącą w dolinie mgłę i rusza do stojących na wzgórzu jeźdźców, jednak ci znikają we mgle.

Kiedy cienie znowu się pojawiają, Lise – pomimo sprzeciwów męża – udaje się do mieszkającej w pobliskim miasteczku Suzette Pique, staruszki rozwiązującej problemy miejscowej ludności. Staruszka mówi Lise, że te „formy”, „cienie”, przybyły po jej syna Joachima i że nie odjadą, póki go nie zabiorą. Według niej, nie da się nic w tej sytuacji zrobić. Lise i Louise powinni cieszyć się ostatnimi dniami spędzanymi z Joachimem.

Trzy cienie są pełną wrażliwości baśnią dla dorosłych, a jej scenariusz wciąga już od pierwszych stron komiksu. Kreska Cyrila Pedrosy – bajkowa, choć odrobinę niechlujna, niestaranna – doskonale wpisuje się w tematykę baśni, budząc w czytelniku sympatię do głównych bohaterów historii, a jednocześnie dodając jej odpowiedniej dozy nierealności. Na kartach Trzech cieni nie zabraknie czytelnikowi tak humoru, jak i powagi, a sposób przedstawiania niektórych rzeczy jest typowo bajkowy. W trakcie lektury tej opowieści graficznej doskonale widać, że Cyril Pedrosa ma doświadczenie w tworzeniu filmów  animowanych właśnie.


Scenariusz komiksu jest zdecydowanie dojrzały i do takiegoż czytelnika skierowany. Młodszy czytelnik jednak również będzie zadowolony z lektury tej oryginalnej, pełnej baśniowego uroku historii – sposób jej przedstawienia od samego początku wywołuje uśmiech na twarzy, miejscami stając się opowieścią mroczniejszą i mroczniejszą. Kibicujemy rodzinie Joachima od początku do końca, zżywając się z nimi i dopingując w uciążliwych  zmaganiach z trzema jeźdźcami, którzy wydają się być nie do pokonania, niczym los. Wbrew jednak złowieszczym zapowiedziom Suzette Pique mroczne fatum pod postacią cieni nie jest dla Louise – ojca Joachima – wyrokiem ostatecznym i nieodwołalnym. Choć mężczyzna wierzy w słowa staruszki, to jednak ani myśli o poddaniu się i biernym czekaniu na dzień, w którym trzej jeźdźcy zabiorą jego syna – podejmuje decyzję o ucieczce, więc zabiera Joachima i razem ruszają w nieznany świat.

Trzy cienie – historia wartościowa, godna polecenia, ukazująca wady i zalety człowieka, wciągająca intrygującym scenariuszem i bawiąca bajkową kreską – jest tomem, który każdy fan komiksu powinien mieć na swojej półce. 

czwartek, 19 listopada 2015

"R.I.P. Best of 1985-2004", Thomas Ott



Autor: Thomas Ott
Tytuł oryginału: R.I.P. Best Of 1985-2004
Seria:
Gatunek: groteska, horror, weird tales
Język oryginału:
Przekład:
Liczba stron: 192
Wymiary: 165x235 mm
ISBN: 978-83-64858-16-1
Wydawca: Kultura Gniewu
Oprawa: twarda
Papier; kreda
Druk: czarno-biały
Miejsce wydania: Warszawa
Ocena: 6/6

Tym razem, tym razem wydawnictwo Kultura Gniewu powaliło mnie totalnie. Kolejny komiks z ich stajni, a w zasadzie zbiór kilkunastu – dziewiętnastu konkretnie – opowieści obracających się wokół jednego tematu – śmierci. Większość tych historii może być już niektórym czytelnikom znana, gdyż dziewięć lat temu opublikowano je w publikacji Exit, ale każdy, kto jeszcze nie dał się uwieść nieodpartemu czarowi komiksowej twórczości Thomasa Otta, szwajcarskiego rysownika, muzyka, artysty – powinien czym szybciej zaopatrzyć się w tą niezwykłą, podkreślam: niezwykłą publikację.


Co odróżnia R.I.P. Best Of 1985-2004 od innych komiksów? O dziwo, całkiem wiele rzeczy. Pierwszą i – być może najważniejszą z nich – jest sposób tworzenia Thomasa Otta, który swoje rysunki wydrapuje na planszach pokrytych w całości czarnym tuszem. Ten oryginalny zabieg przynosi wprost zadziwiające efekty: postaci i formy w ramkach wypełniających karty zbioru komiksowego sprawiają wrażenie płaskorzeźb, charakteryzują się swoistą trójwymiarowością, specyfiką wyrazu. Wszystkie zamieszczone w zbiorze komiksowe historie łączy także kolejna rzecz: żadna z nich nie posiada warstwy tekstowej, postaci nie wypowiadają żadnych słów, a wyobraźnia czytelnika dzięki temu pracuje jeszcze intensywniej niż w przypadku, gdy ma on do czynienia z tekstem. Jedyne, co przeczytamy w R.I.P. Best Of 1985-2004, to tytuły kolejnych opowieści oraz – sporadycznie – napisy w gazetach czy na plakatach występujących w historiach. Niesamowite, jak wiele skojarzeń budzą obrazkowe fabuły pozbawione tekstu.


Istotną częścią R.I.P. Best Of 1985-2004, motywem przewodnim całego zbioru w zasadzie, jest tematyka śmierci. W pracach Thomasa Otta nie da się nie zauważyć inspiracji twórczością takich klasyków, jak Edgar Allan Poe czy propagatora czarnego kryminału, Raymonda Chandlera. Oczywiście znajdziemy także odniesienia do dział innych twórców, w niezmiernie ciekawy sposób wykorzystane przez Otta – raz groteskowo i makabrycznie, innym razem całkiem z właściwym mu czarnym humorem. Wszystko to tworzy nad wyraz udany, a przy tym przepięknie wydany zbiór opowieści niesamowitych, weird tales w najlepszym komiksowym wydaniu, spowity przez wszechobecną, głęboką i cudownie sugestywną czerń. R.I.P. Best Of 1985-2004 może skraść duszę czytelnika, zważcie na te słowa, zauroczyć go totalnie i nigdy już nie wypuścić ze swych objęć, budząc nieposkromiony apetyt na więcej i więcej Thomasa Otta.



Spokojnie, wiem, że te zachwyty nie są zbyt profesjonalne. Zdaję sobie z tego sprawę. Ale trudno mi było stonować swój zachwyt nad tym przewortnym dziełem, będąc świeżo po jego lekturze, zauroczony jak mały psiak nową kością. Zawarta w opowieściach Otta makabra, groteska, grobowy, często przewrotny humor, sięganie do elementów fantastyki i uznanej klasyki, niezwykle pobudzona wyobraźnia i specyfika warsztatu twórcy – wszystko to sprawiło, że R.I.P. Best Of 1985-2004 stał się dla mnie jedną z najlepszych publikacji komiksowych, jakie dane mi było kiedykolwiek oglądać. Jeśli więc jesteście – podobnie jak ja – zwolennikami opowieści graficznych, jeśli natkniecie się na tą niezwykłą pozycję w którejś księgarni, wtedy bez wahania sięgnijcie po nią i dajcie się oczarować sugestywnej sile artyzmu Thomasa Otta. Bowiem nawet – w może w szczególności – dojrzały, wymagający czytelnik nie zawiedzie się na zawartości R.I.P. Best Of 1985-2004. Nie ma po prostu takiej opcji. The Hero, 10 Ways to Kill Your Husband, G.O.D., The Millionairs, jak również pozostałe historie zauroczą Was i utkwią na długo w najmroczniejszych zakątkach Waszej pamięci, drążąc ją i drążąc, powracając i przelatując przed oczyma, gdy tylko ciemność spowije Wasze otoczenie. Po zapoznaniu się więc z R.I.P. Best Of 1985-2004 nie gaście światła. Nigdzie i nigdy.

sobota, 14 listopada 2015

"Toshiro", Jai Nitz, Janusz Pawlak


Autor: Jai Nitz, Janusz Pawlak
Tytuł oryginału: Toshiro
Seria:
Gatunek: fantastyka, steampunk
Język oryginału: polski
Przekład: Maciej Drewnowski
Liczba stron: 168
Wymiary: 165x235 mm
ISBN: 978-83-64858-07-9
Wydawca: Kultura Gniewu
Oprawa: miękka
Miejsce wydania: Warszawa
Ocena: 5/6

 Jak dotąd, nie miałem jeszcze do czynienia ze steampunkiem na kartach komiksu. A nie da się ukryć, że napędzane parą, mechaniczne ciała i oryginalne maszyny mają ogromny potencjał ku temu, by być przedstawianymi w ten właśnie sposób – w formie opowieści graficznej. Co więcej, gdyby dodać do wspomnianych wyżej elementów dawkę grozy, krwawego horroru, ostatecznie można otrzymać dzieło nie tylko niesamowicie intrygujące, ale także bardzo oryginalne i klimatyczne.

Toshiro wydawnictwa Kultura Gniewu jest właśnie takim zadziwiającym tworem – stworzony przy współpracy z Jaiem Nitzem, lecz głównie przez naszego rodzimego artystę Janusza Pawlaka, zawiera w sobie olbrzymi potencjał, który – mam nadzieję – zostanie wykorzystany jeszcze niejednokrotnie. Ukazuje oczom czytelnika świat niezwykle mroczny, skąpany w piekielnie czerwonej krwi, jak również naukowy potencjał wykorzystywany w świecie alternatywnym do naszego, którego karty historii zapisały się w zupełnie odmienny  sposób.

Już od pierwszego spojrzenia Toshiro przykuwa wzrok w niemal hipnotyzujący sposób: intensywna czerwień licznych plam krwi, mnóstwo rozkładających się, zdekapitowanych głów oraz postać głównego bohatera w centrum całej tej makabry – to wszystko zapowiada mroczne, intrygujące wnętrze komiksu. I nie jest to mylne pierwsze wrażenie, możecie mi wierzyć.

Przeczytawszy krótki wstęp napisany przez Jaia Nitza i zagłębiwszy się w pierwsze karty Toshiro, poznajemy Roberta Fultona IV, nazywanego Bob Żywe Srebro, a także tytułowego bohatera, mechanicznego wojownika stworzonego w roku 1865, samuraja o mechanicznym ciele uzbrojonego w niezwykle ostre japońskie miecze. Obaj bohaterowie znajdują się w Manchesterze roku 1867, którego ulice zaściełają setki trupów. Chcą powstrzymać brytyjską armię przed zrównaniem miasta z ziemią, jednak oprócz nich w mieście jest jeszcze ktoś – zagadkowa postać o czerwonych, pałających oczach, mająca swoje własne mroczne cele do zrealizowania. Bohaterowie szybko stają się świadomi jej niespotykanych mocy, pozwalających ożywić zmarłych i wykorzystywać ich wedle własnej woli. Bob Żywe Srebro i Toshiro staną więc oko w oko z tabunami nieumarłych, lecz nie będą to stworzenia zupełnie bezmyślne, gdyż nawet po śmierci potrafią one wykorzystywać umiejętności zdobyte za życia.


Nitz i Pawlak stworzyli komiks niezwykle oryginalny, wciągający już od pierwszej strony. Akcji w nim nie zabraknie, a wręcz przeciwnie – fabuła nabiera coraz większego tempa i rozmachu, dokładając do układanki kolejne elementy i stopniowo odsłaniając przed czytelnikiem obraz całości. W tym wszystkim nie sposób nie zwrócić uwagi na relacje zachodzące pomiędzy Toshiro a Bobem Żywe Srebro, ciekawe i nacechowane ludzkim przeświadczeniem o wyższości człowieka nad maszynami. Nie zabraknie czytelnikowi także pytań natury egzystencjonalnej, a także obrazowego porównania dwóch bohaterów, z których człowiek okazuje się być znacznie większym draniem niż pozbawiona uczuć maszyna, nastawionym do swego kompana raczej mało pozytywnie. Sama historia zaś jest odpowiednio skonstruowana, by dać satysfakcję po skończonej lekturze. Jednak nie sam aspekt fabularny jest w tym przypadku ważny, a walory wizualne, które trzeba podkreślić w przypadku Toshiro. Komiks ten wydrukowano na kredowym papierze, a wszystkie jego stronice są intensywnie czarne, co tworzy idealne wręcz tło dla opowiadanej historii. Kreska Janusza Pawlaka także świetnie sprawdza się w klimatycznej, pełnej śmierci i krwi opowieści, dodając jej jeszcze więcej mroku i jakże pożądanej atmosfery. Efekt końcowy współpracy Jaia Nitza i Janusza Pawlaka z czystym sumieniem możemy więc określić jako znakomity.


Toshiro ma jeden mankament, mianowicie postać głównego bohatera nie została, moim zdaniem, odpowiednio mocno wyeksponowana w opowiadanej historii. Więcej miejsca autorzy poświęcili Bobowi Żywe Srebro niż Toshiro, a powinno raczej być na odwrót, ale muszę przyznać, że postać Boba jest na tyle intrygująca, że z zadowoleniem czytelnik śledzi jej losy, nawet jeśli Toshiro stoi w jej cieniu.


Komiks Nitza i Pawlaka będzie prawdziwym rarytasem dla każdego fana opowieści graficznych, a zwłaszcza dla tych, którzy cenią oryginalnie przedstawione światy i solidną porcję mroku w opowiadanej historii. Nie sposób się tym komiksem rozczarować i jeśli tylko chcecie zagłębić się w steampunkowy, świetnie napisany i zrealizowany horror, to nie ociągajcie się dłużej.

środa, 4 listopada 2015

Seria ARTEFAKTY wydawnictwa Mag

I oto są, zajmując honorowe miejsca na moich regałach, wszystkie wydane do tej pory w serii ARTEFAKTY tomy klasycznej science fiction. Teraz wystarczy już tylko czekać na kolejne ;-) To niesamowite nowe wydanie każdy miłośnik fantastyki naukowej i cyberpunka po prostu musi mieć, nawet jeśli w jego księgozbiorach - podobnie jak w moich - znajdują się już miękkookładkowe, starsze wydruki ;-)








sobota, 31 października 2015

"Wariant drugi", Philip K. Dick


Autor: Philip K. Dick
Tytuł oryginału: The Collected Short Stories of Philip K. Dick, volume 2: Second Variety
Seria:
Gatunek: science fiction
Język oryginału: angielski
Przekład: Janusz Szczepański
Liczba stron: 616
Wymiary: 150x225
ISBN: 978-83-7818-576-5
Wydawca: Rebis
Oprawa: płótnopodobna z obwolutą
Miejsce wydania: Poznań
Ocena: 6/6

Autora o tak wielkich zasługach dla literatury science fiction jak Philip K. Dick nikomu dzisiaj nie trzeba specjalnie przedstawiać. Jeśli ktoś nie zna jeszcze jego dokonań, to najwyraźniej tego rodzaju literatura albo dopiero pojawia się w kręgu jego zainteresowań, albo w ogóle się w nim nie znajduje.

Wydawnictwo Rebis już jakiś czas temu wypuściło na rynek serię książek Dicka i należy zaznaczyć, że seria ta jest niezwykle atrakcyjna tak dla fanów SF, jak i dla kolekcjonerów książek, gdyż jej wydanie potrafi sprawić, że naprawdę będziemy cieszyć się z zakupu tych tomów. Opisywany właśnie Wariant drugi jest obszernym, ponad sześćsetstronicowym tomiskiem w twardej oprawie, opatrzonej obwolutą przedstawiającą jedną z prac – podobnie zresztą jak inne książki z serii – Wojtka Siudmaka, jednego z moich ulubionych twórców i głównego przedstawiciela realizmu fantastycznego. Jakby tego było mało, wewnątrz książki znajdziemy także niezwykłe, czarno-biało szkice Siudmaka, w pewien swoisty sposób bardzo odpowiednie dla zawartej w tomie treści. Ja sam więc z posiadania Wariantu drugiego jestem zadowolony podwójnie.

Wariant drugi jest następnym po części pierwszej tomem antologii opowiadań Philipa K. Dicka, których zamieszczono aż dwadzieścia siedem. Jedne teksty są krótsze, drugie dłuższe, lepsze i gorsze, napisane z większym i mniejszym rozmachem, są to utwory zawierające spory rozrzut tematyczny i ten charakterystyczny dla Dicka styl, który zadeklarowani fani pisarza niewątpliwie uznają za mocno rozpoznawalny. Wszystkie zamieszczone w antologii teksty pochodzą z lat 1952 – 55, kiedy to Dick produkował opowiadania niemalże taśmowo; chcąc zyskać rozgłos oraz pieniądze pisał utwory nie tylko fantastyczno-naukowe (fantastykę traktowano w tamtym czasie z lekceważeniem), ale i niesamowite, pulpowe. W utworach tych znajdziemy bardzo wiele podobieństw i powtarzających się motywów, trzeba przyznać także, że dzisiaj – kilka dekad od okresu ich powstania – nie odnajdujemy w nich także niczego specjalnie nowatorskiego i innowacyjnego. Mimo to jednak teksty zawarte w Wariancie drugim zasługują na poznanie, a dickowski sposób pisania i konstruowania fabuły bez wątpienia niejednemu czytelnikowi sprawi dużo przyjemności. Wariant drugi będzie więc pozycją obowiązkową dla fanów tego pisarza, tomem pokaźnym i cieszącym oczy, ale i zbiorem tekstów niezwykle ciekawym dla każdego czytelnika lubiącego zagłębiać się w nurt fantastyki naukowej.

Poza dwudziestoma siedmioma utworami, jakie zawarto w tej obszernej antologii, znajduje się w niej także niezwykle ciekawy, otwierający całość i dość obszerny tekst Macieja Parowskiego, zatytułowany Niefilmowy pisarz filmowców. Tekst ten nawiązuje do utworów Dicka wykorzystanych na dużym ekranie, jak również opisuje sylwetkę pisarza i zawiera rozliczne interpretacje Parowskiego na temat Dicka oraz jego utworów zawartych w Wariancie drugim.

Po tekście Macieja Parowskiego przejdziemy do zamieszczonej tutaj także Przedmowy do wydania amerykańskiego, tekstu Normana Spinrada pochodzącego z roku 1986. Na kilku stronach Spinrad zwraca uwagę na to, jak utalentowanym praktykantem sztuki pisania był Dick w początkach swojej kariery, jak wiele pracy w nią wkładał, porównuje Philipa do innych pisarzy i przybliża nam tamten miniony okres, w jakim krótkie formy prozatorskie tworzył młody autor. Cofamy się więc kilka dekad wstecz, zagłębiając się w niezwykle intrygujące fakty i opisy tamtych lat twórczości Dicka.

Efekt pracy, jaką włożono w powstanie Wariantu drugiego, jest imponujący i w pełni zadowalający. Na samym końcu antologii wydawca zamieścił także listę opowiadań wraz z datami ich powstania i przypisami samego Dicka, ułożoną chronologicznie i uzupełniającą całość o kolejne fakty. Wariant drugi da więc czytelnikowi wgląd w początkowe lata pracy pisarza obrazując rozwój jego twórczości i postrzegania, jak również zdolności pisarskich, które już w tak wczesnych tekstach były dobrze widoczne. 

poniedziałek, 26 października 2015

"Miniony świat", Dennis Lehane


Autor: Dennis Lehane
Tytuł oryginału: World Gone By
Seria: Joe Coughlin
Gatunek: thriller/sensacja/kryminał
Język oryginału: angielski
Przekład: Maciejka Mazan
Liczba stron: 344
Wymiary: 140x205 mm
ISBN: 978-83-8069-081-3
Wydawca: Prószyński i S-ka
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Miejsce wydania: Warszawa
Ocena: 4/6

Czarny kryminał, czasy panującej w Ameryce prohibicji, twardziele w płaszczach i głęboko nasuniętych na czoło kapeluszach – z jakim autorem te elementy Wam się kojarzą? W moim umyśle natychmiast, w jedną tysięczną sekundy po usłyszeniu tych słów, pojawia się jedno wielkie jak wieża Eiffla nazwisko: Raymond Chandler. Tak, panie i panowie, to właśnie ten gość, klasyk, który nadał prawdziwego znaczenia kryminałowi noir, który rozpowszechnił go i uczynił sławnym i popularnym, to właśnie on stworzył niebagatelną, jedyną w swoim rodzaju postać Phillipa Marlowe’a. Nie był ani pierwszym twórcą w tym gatunku, ani ostatnim, bo nawet dzisiaj mamy autorów sięgających do mrocznych czasów prohibicji, wojen gangów i podziemnych syndykatów zbrodni. Jednym z nich jest Dennis Lehane, autor ceniony i lubiany, który swoją serią książek traktującą o przygodach Joe Coughlina przenosi nas do lat czterdziestych ubiegłego wieku.
                                                                                   
Miniony świat jest już kolejną, trzecią częścią serii poświęconej Joe Coughlinowi. Bohater ten, twardy, ale i wrażliwy, nie pozbawiony dowcipu i osiągający sukcesy w przestępczym półświatku Ybor City na Florydzie, daje się lubić. Choć wrogowie zabili jego żonę i zniszczyli jego imperium dziesięć lat wcześniej, Joe utrzymuje się na fali: jest obecnie consigliere przestępczej rodziny Bartolo, krążąc między Tampą i Kubą. Nie brak mu pieniędzy, ma piękną kochankę i władzę, jednak zawisł nad nim mroczny cień nadciągającej nieubłaganie przeszłości.

Theresa del Fresco rozbija głowę swojego męża młotkiem do krykieta, kiedy ten uderza ją butelką po winie. Kiedy zostaje skazana, w trakcie przewozu autobusem jedna z więźniarek próbuje ją zabić. Później, pod prysznicem, ma miejsce druga próba zabójstwa, jednak Theresa jest twardą sztuką, zaprawioną w takich bojach – jako złodziejka, oszustka i płatna zabójczyni wie, jak radzić sobie z tego typu kłopotami. Niestety, życie za kratkami nie jest łatwe i Theresa zdaje sobie sprawę z tego, że jeśli na kogoś zapadnie wyrok, to prędzej czy później ta osoba skończy w dole w ziemi. Nie ma zmiłuj się. Dlatego używa swojego sprytu popartego atrakcyjnym wyglądem i uwodzi młodego strażnika więziennego, namawiając go, by ten udał się do Joe Coughlina i przekazał mu od niej wiadomość. Ma powiedzieć, że śmiertelne niebezpieczeństwo grozi tak jej, jak i Joemu.

Do Coughlina przychodzi z wizytą porucznik wywiadu marynarki wojennej, Matthew Biel. Oficer wie, że ludzie Joego kontrolują miejsca, w których dochodzi do pobić wywiadowców, dlatego uważa, że to właśnie oni mogą być winni. Chce mieć jednak pewność, stąd jego wizyta u Joego i zwrócenie się o pomoc w znalezieniu winnych. Lecz rząd, dla którego pracuje Matthew Biel, nie prosi, lecz wymaga. A to nie podoba się Joemu. Coughlin stawia swoje warunki, na które porucznik nie chce przystać, dlatego Joe odsyła go z kwitkiem. Na pożegnanie Biel nie zapomina o stosownej w takiej sytuacji groźbie.

Miniony świat zalicza się do tych książek, które przenoszą nas w twarde czasy ubiegłego stulecia. Szorstkość bohaterów powieści jest więc tutaj jak najbardziej na miejscu, podobnie jak brutalność i dosadność. Nie zabraknie także czarnego humoru, a nawet dowcipu dla złagodzenia atmosfery. Ogólnie jest dobrze, choć muszę powiedzieć, że brakowało mi szybszego tempa wydarzeń, ale to tylko moje subiektywne zdanie. Fani serii powinni być Minionym światem w dużym stopniu usatysfakcjonowani, a i wielbiciele czarnego kryminału także raczej się nie zawiodą.

sobota, 24 października 2015

"W sieci umysłów", James Dashner


Autor: James Dashner
Tytuł oryginału: The Eye of Minds
Seria: Doktryna śmiertelności
Gatunek: fantastyka, science fiction
Język oryginału: angielski
Przekład: Anna Dobrzańska, Rafał Lisowski
Liczba stron: 384
Wymiary: 125x195 mm
ISBN: 978-83-7985-660-2
Wydawca: Albatros
Oprawa: miękka
Miejsce wydania: Warszawa
Ocena: 4/6

Gdy trafiłem w sieci na W sieci umysłów, najpierw rzucił mi się w oczy opis książki, w którym przeczytałem o hakerze i wirtualnej rzeczywistości. Zaintrygowany pomyślałem, że muszę ją przeczytać. Dopiero nieco później sprawdziłem nazwisko Jamesa Dashnera, no i z niejakim rozczarowaniem stwierdziłem, iż tenże pan odpowiedzialny jest także za popełnienie powieści The Maze Runner, na której kanwie powstał film Więzień labiryntu. I niby wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że przypadkiem oglądałem wspomniany film i wiedziałem już dobrze, że jest on dziełem skierowanym zdecydowanie do młodego widza, podobnie zresztą jak książki Jamesa Dashnera.

Mimo wszystko jednak zabrałem się do lektury W sieci umysłów, tomu pierwszego cyklu Doktryna śmiertelności. Rzeczywiście, tak jak się spodziewałem po wcześniejszym rozeznaniu, i ta powieść jest swojego rodzaju „młodzieżówką”, czyli nie do końca tym, co miałem nadzieję przeczytać.

Fabuła powieści skupia się wokół przygód użytkownika wirtualnego świata, szesnastoletniego Michaela, jakie ten przeżywa wraz ze swoimi przyjaciółmi. Już na samym początku poznajemy wirtualny świat gry, której użytkownikiem jest Michael, kiedy chłopak wraz z dziewczyną o imieniu Tanya znajdują się na moście Golden Gate. Poznajemy ich w VirtNecie, we Śnie, jak zwykli określać grę jej użytkownicy. Co więcej, czytelnik spotyka ich w sytuacji dość kryzysowej, gdyż dziewczyna chce skoczyć z mostu i próbuje popełnić w ten sposób samobójstwo. Tanya łamie kod gry, czego efektem jest wyrwanie sobie z głowy chipu nazywanego rdzeniem, a Michael próbuje ją powstrzymać przed skokiem, lecz bezskutecznie – oboje spadają i uderzają w twardą jak beton powierzchnię wody.

Michael po krótkiej chwili intensywnego bólu zostaje wybudzony ze Snu. Leży w nerwoskrzyni, którą użytkownicy nazywają – ze względu na podobieństwo – po prostu trumną. Chłopak nie może otrząsnąć się z tego, co zdarzyło się we Śnie, kontaktuje się więc ze swoimi przyjaciółmi. Dowiaduje się, że w sieci krążą pogłoski, iż tajemniczy użytkownik nazywający siebie Kaine więzi ludzi w VirtNecie i nie pozwala im się obudzić. Użytkownicy – tak jak Tanya na moście – popełniają przez tego cyberterrorystę samobójstwo.

Sytuacja komplikuje się, kiedy idąc do szkoły Michael zostaje porwany przez elegancko ubranych mężczyzn w czarnych maskach. Szybko okazuje się, że chłopca i jego przyjaciół będzie czekało trudne, wymagające użycia ich hakerskich umiejętności zadanie.

Tak z grubsza przedstawia się wstęp do historii Michaela. Jak to zwykle bywa w książkach skierowanych do młodego czytelnika, kolejne strony mijają jak z bicza strzelił, czyta się powieść szybko i bez żadnych problemów. Jedno zdarzenie goni drugie, ale trzeba zauważyć, że ich logika i konsekwencja zostały przez autora zepchnięte na dalszy plan, gdyż James Dashner pisząc W sieci umysłów stawiał przede wszystkim na żywą akcję, nie przejmując się zbytnio uwiarygodnieniem autentyczności przedstawianych wydarzeń.

W sieci umysłów jest powieścią wykorzystującą motyw walki dobra ze złem, stary jak świat i do granic możliwości wyeksploatowany. Jednak fabularnie jest to książka dość ciekawa, lekka, a pełen nowoczesnych technologii i rozwiązań świat, w jakiej cała rzecz się dzieje, może zaintrygować. Oczywiście głównym jej odbiorcą powinna być młodzież, ale myślę, że i starszemu czytelnikowi może się spodobać ta sympatyczna, niewymagająca książka. Można przy niej całkiem miło spędzić czas, a pomysły autora zwracają uwagę na widoczne i w naszym świecie uzależnienie od sieci, które rzeczywiście może posunąć się do daleko idących skutków.