poniedziałek, 28 stycznia 2013

"Zaginiony symbol", Dan Brown - specjalne wydanie ilustrowane


                Kod Leonarda da Vinci… Tak, dobrze pamiętam czas, kiedy ta książka została wydana i jak wielkim echem odbiła się w środowisku czytelniczym. Było o niej tak głośno, że niemal każda rodzina chciała ją mieć, a wszyscy moi znajomi długo o Kodzie… mówili. Mnie w tamtym czasie jednak interesowały znacznie bardziej inne książki, więc cały ten szum wokół Kodu… nie sprawił, że poszedłem do księgarni i kupiłem powieść.

                Przeczytałem ją dopiero później, gdy już nie słyszało się o niej tak często. Pamiętam, że zaczynając ją czytać, miałem spore nadzieje na naprawdę interesującą lekturę. Jednakże wraz ze zwiększającą się ilością przeczytanego tekstu docierało do mnie, że mam przed sobą powieść napisaną w bardzo podobny sposób do stylu, w jakim w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych tworzył swoje bestsellery Dean R. Koontz. Czyli tak, aby ciągłe napięcie i zwroty akcji nie pozwalały się od książki oderwać, aby fabuła pochłaniała i bohater mógł zaintrygować czytelnika. A także, co najważniejsze, by książka mogła skończyć się happy endem.

                Zaginiony symbol został wydany w roku 2010, więc już jakiś czas temu. Podobnie jak to było z Kodem…, przeczytałem go dopiero teraz, kilka lat po premierze książki. I podobnie jak w przypadku Kodu…, znowu lektura nie usatysfakcjonowała mnie tak bardzo, jak bym sobie tego życzył.

                Ale po kolei. Powieść rozpoczyna się opisem rytuału loży masońskiej, a trzydziestoczteroletni adept, wchodzący na nowy stopień oświecenia, odegra w powieści bardzo ważną rolę. Pobudki, którymi ów człowiek się kieruje, nie są szlachetne, a cel, jaki chce osiągnąć, mocno ociera się o szaleństwo. Jednak tak to już bywa z wierzeniami – logika w ich przypadku musi zostać odstawiona na boczny tor, by do głosu mogła dojść wiara.

                Człowiek ten nazywa się Mal’akh. Należy do loży masońskiej, osiągnął trzydziesty trzeci stopień wtajemniczenia. Całe jego ciało pokrywają tatuaże będące symbolami okultystycznymi, nawet twarz została wytatuowana. Aspiracją Mal’akha jest osiągnięcie boskości, i żeby zrealizować swój cel, mężczyzna nie ugnie się przed niczym.

                Robert Langdon, główny bohater powieści Browna, zostaje zaproszony przez swojego przyjaciela i mentora, Petera Solomona, do Waszyngtonu. Na miejscu okazuje się, że Solomon nie może przybyć na wykład, który miał prowadzić, i jego asystent prosi Langdona, by go zastąpił. Profesor zgadza się, jednak gdy dociera na miejsce, okazuje się, że został ofiarą podstępu, a jego przyjaciel został uprowadzony…

                Wydarzenia nabierają rozpędu i nie zwalniają. Z jednej strony: Mal’akh, szaleniec, porywacz i morderca pozbawiony jakichkolwiek skrupułów. Z drugiej: Robert Langdon, siostra porwanego, Kathrine Solomon, oraz CIA. Jak się łatwo domyślić, CIA ściga wszystkich, często zostając w tyle, profesor stara się sprostać wymaganiom szaleńca i ocalić Petera. Czasu zostało mu jednak niewiele. A wszystko to prowadzi do jednego: odkrycia zaginionego słowa, symbolu, który strzeżony jest przed ludzkością już od bardzo dawna.

                Tak właśnie prezentuje się fabuła bestsellera Dana Browna. Bohaterowie gonią z miejsca na miejsce, Langdon rozszyfrowuje kolejne symbole, CIA biega, lata helikopterami i ogólnie robi to, czego byśmy się spodziewali. Kathrine Solomon pomaga Langdonowi w odnalezieniu Petera, a Mal’akh – jak przystało na równie przebiegłego, co szalonego złoczyńcę – stawia na ich drodze kolejne przeszkody i nie waha się przed niczym, by dostać to, czego pragnie. W tej ciągłej pogoni bohaterowie postępują czasem w sposób dość nielogiczny, że się tak wyrażę, a wiele zdarzeń wygląda dość nieprawdopodobnie, jednak nie należę do tych, którzy by czepiali się takich naciąganych autorskich wybiegów. Czasem książce potrzeba pewnej dawki „nieprawdopodobności”, by uzasadnić jej fabułę. I pociągnąć akcję dalej. W końcu, pamiętajmy, mamy do czynienia z fikcją literacką. A słowo „fikcja” nie bez powodu jest używane.

                 Autor przeplata w powieści symbolikę masońską i chrześcijańską. Prezentuje nam Amerykę jako kraj rządzony przez szlachetnych ludzi, jacy dostąpili sekretnej wiedzy ukrytej przed ogółem. Łączy to, co znane, z nieznanym, umiejętnie dodając wiarygodności opowiadanej historii.

                Zaginiony symbol czyta się szybko, pomimo jego pięciuset stron. Mnogość wydarzeń i wir akcji, w jaki wciąga nas książka, nie pozwala na złapanie oddechu. Dzieje się tyle, zwroty akcji następują tak często po sobie, że przyłapywałem się na myśli, iż nie czytam o niczym innym, tylko o bieganiu, bieganiu i bieganiu. Po pewnym czasie miałem nieco już tego dość, chciałem, by wydarzenia wreszcie zwolniły trochę swój pęd. Nawet rozszyfrowywanie kolejnych symboli i zagadek przez profesora nie wprowadza wytchnienia, bo Landgon robi to tak łatwo, że aż się wierzyć nie chce…

                Wir akcji był dla mnie minusem tej powieści. Brakuje w niej po prostu głębszych refleksji, bardziej starannego przedstawienia bohaterów i ich psychiki. Warstwa dotykająca symboliki została dopracowana, owszem, jednak co się tyczy samych postaci, to jak dla mnie wypadają o wiele mniej ciekawie. Co do zakończenia zaś… Oczywiście, w tego typu bestsellerze happy endu uniknąć nie sposób, ale nie chodzi nawet o to. Bardziej zastanawia, czy tytułowy „zaginiony symbol” rzeczywiście można poczytywać za coś, o czym wiedza musi pozostać ukryta przed ogółem, czy może bardziej zaszkodzić po wyjściu na światło dzienne. Jak można się spodziewać, symbol ów ma związek z religią chrześcijańską…

                Na koniec muszę wspomnieć o tym, jak powieść została wydana. Jak przystało na wydanie ilustrowane, kolekcjonerskie, książka zawiera bardzo wiele kolorowych zdjęć drukowanych na kredowym papierze. Otrzymaliśmy więc coś w rodzaju albumu, tyle że z treścią beletrystyczną. Zdjęcia ukazują czytelnikowi miejsca, w jakich rozgrywają się wydarzenia, pomagają zrozumieć niektóre aspekty fabuły. Twarda oprawa, szyte stronice formatu A4, przejrzysta czcionka. Pod względem technicznym po prostu świetnie. Tyle że albumy mają to do siebie, że zdjęcia się raczej w nich przegląda, czytając umieszczone pod nimi opisy. W połączeniu z treścią beletrystyczną taka formuła nie bardzo się sprawdza, moim zdaniem, bo koliduje z przyjemnością czytania. Zdjęcia, owszem, obrazują pewne rzeczy, ale także odciągają uwagę od treści, rozpraszają. Jeśli więc chodzi o mnie, o wiele lepiej przeczytać tę powieść w wersji tradycyjnej. I na tym zakończmy już temat Zaginionego symbolu.
4/6