piątek, 20 czerwca 2014

"World war Z", Max Brooks


            Tak już jakoś mam, że za bestsellery zabieram się dopiero wtedy, kiedy szum o nich nieco ucichnie… Dokładnie tak samo było w przypadku wydanej już jakiś czas temu Word war Z. Najpierw obejrzałem kinową, luźną adaptację książki, mimo iż fala zachwytów nad zombie omijała mnie raczej od dość dawna. Jednak superprodukcja z Bradem Pittem w roli głównej – pomimo moich wcześniejszych obaw – okazała się filmem nad wyraz dobrze zrealizowanym, więc ostatecznie zdecydowałem się sięgnąć po książkę Maxa Brooksa. Od razu przyznam, że po obejrzeniu filmu spodziewałem się czegoś zgoła innego.
           
            Word war Z jest zbiorem relacji uczestników Wojny totalnej, walki ludzkości z wirusem zombizmu, spisanych po zakończeniu czasu Wielkiej Paniki. W formie przesłuchań i wywiadów przedstawiono wspomnienia bardzo wielu ludzi, nie tylko żołnierzy biorących udział w zmilitaryzowanych akcjach, ale także cywili zmuszonych do ratowania własnego życia w obliczu zagrożenia ze strony żywych trupów. Taka właśnie, a nie inna forma dodaje całości realizmu, sprawia wrażenie autentycznych, wstrząsających przeżyć, choć przecież opisywane wydarzenia są najczystszego rodzaju fikcją literacką. Pozwala czytelnikowi postawić się w trudnej sytuacji bohaterów, tym bardziej, że ich „zwyczajność” sprawia, że podczas czytania z przerażeniem uświadamiamy sobie, że to samo mogłoby przydarzyć się nam.

            W treści poszczególnych przesłuchań odnajdujemy wiele wskazówek dotyczących tego, jak bohaterowie radzą sobie w czasie pandemii, jakie środki ostrożności muszą przedsięwziąć, by nadal unikać zarażenia wirusem. Word war Z mogłoby więc być także swoistego rodzaju oryginalnym poradnikiem, traktującym o tym, jak przeżyć w czasie apokalipsy zombie. Gdyby, naturalnie, taka mogłaby kiedykolwiek mieć miejsce.

            Forma, jaką obrał autor w celu napisania swojej książki, jest ciekawa i mocno osobliwa, w dużym stopniu także bardzo adekwatna do opisywanej tematyki. Niemniej jednak podczas czytania, wraz z przewracaniem kolejnych stron, zaczęła mnie nieco nużyć. Pięciuset stronicowe tomisko zawierające same tylko relacje, opisy, wspomnienia, to trochę dla mnie za dużo, jak się okazuje. Brakowało mi ciągłości fabularnej, głównych bohaterów, i choć książka została napisana według wcześniej przemyślanego, logicznego schematu, mimo tego, iż tematyka kolejnych jej części jest ułożona systematycznie, to jednak podczas czytania odczuwałem brak konkretnej fabularnej osi. Choć coś takiego w zasadzie jest, jeśli spojrzeć na całość jak na wojnę totalną. Nie występują tylko we wszystkich relacjach ci sami bohaterowie, co dla jednych będzie na plus, a dla innych odwrotnie. Ale taką formę, z konkretnymi, głównymi bohaterami, akurat oferuje nam film, będący ekranizacją i uzupełnieniem książki.

            Jak by nie było, Word war Z jest tworem mocno ciekawym i oryginalnym, dodającym kolejny – całkiem spory – element do niemłodej już legendy zombie. Mnie ona już dość się przejadła, więc to nowe, świeże spojrzenie całkiem mi się podobało, nawet jeśli nie w stu procentach.