czwartek, 10 października 2013

Moja klasyka: "Teoria gier", Hector Macdonald


Thrillery, w których gliniarz podąża tropem mordercy, bada miejsca zbrodni i robi masę innych rzeczy, by powstrzymać zbrodniarza, nigdy nie należały do moich ulubionych. Są dla mnie już zbyt ograne, a schematy, według których je napisano, częstokroć bazują na tych samych, niezmiennych od długich lat wzorcach. Oczywiście czasem zdarzy się taki, który może się spodobać mimo niezbyt oryginalnej warstwy fabularnej, który podoba nam się ze względu na styl lub sposób, w jaki został napisany. Jednak jeśli mam ochotę na naprawdę dobry thriller, taki, przy którego lekturze mocno czuć sprawnie rozłożone napięcie, sięgam po inny rodzaj thrillera. Rodzaj z najwyższej wśród dreszczowców półki, lekturę bardziej wysublimowaną i skomplikowaną, perfekcyjnie skonstruowaną i urzekającą – thriller psychologiczny.

            Niektórzy z Was pewnie myślą teraz: taki wstęp, a chodzi mu o zwykły thriller psychologiczny? Jeśli komuś przeszło coś takiego przez myśl, to idę o zakład, że nie miał w rękach jeszcze żadnej z książek Patricka Redmonda, nie czytał Dawki geniuszu Alana Glynna ani nie słyszał nic o wydanej w 2001 roku Teorii gier Hectora Macdonalda. Wymienionych thrillerów w żadnym wypadku nie można nazwać „zwykłymi”.

            Kiedy spojrzymy na tylną stronę okładki książki, możemy przeczytać cytaty z The Times i Publisher Weekly:

„Przerażające możliwości kontroli umysłu w szarpiącym nerwy thrillerze psychologicznym.”

„Zupełnie nowa kategoria teorii spisku, szokująca gra i pierwotny strach”

            Kiedy już skończymy ją czytać, przypominamy sobie te dwa cytaty i uświadamiamy sobie, że nie sposób się z nimi nie zgodzić. Ponieważ faktem jest, że Teoria gier to nie tylko uniwersalny thriller – to książka, która zapoczątkowała nowy gatunek dreszczowca – thriller emocjonalny.

            Przybliżając początkowy rys fabuły trzeba napisać, że jej głównym bohaterem jest student biologii z Oksfordu. Ben Ashurst jest chłopakiem inteligentnym, ale również dość naiwnym, borykającym się z własnymi problemami i bardzo uczuciowym. Ogólnie rzecz biorąc to postać pozytywna, dająca się lubić pomimo tego, że czasem zachowuje się bardzo egoistycznie – tak czy inaczej, czytelnik odnajdzie w Benie część samego siebie.
           
            Promotorem Bena jest James Fieldhead – młody, genialny naukowiec, dziecko sukcesu i człowiek o zapewnionej pozycji w akademickim światku. Eksperymentuje on z detektorem impulsów neuronowych pochodzących z mózgu, który pozwoli mierzyć poziom reakcji emocjonalnych. O przydatności takiego urządzenia w medycynie i innych naukach można wiele spekulować, wystarczy jednak powiedzieć tylko, że opatentowanie go przyniosłoby Fieldheadowi masę pieniędzy i jeszcze większy prestiż. Aby przetestować prototypowe urządzenie, Ben decyduje się na trzytygodniowy wyjazd do Watamu w Kenii. Towarzyszy mu Cara, niezwykle atrakcyjna blondynka poznana na przyjęciu u przyjaciół chłopaka. Oboje cieszą się na wspólny wyjazd, który traktują raczej jak wakacje niż udział w eksperymencie, tym bardziej, że już od chwili poznania rozkwitł między nimi płomienny romans. Gorące plaże i malownicze widoki jak najbardziej mają sprzyjać emocjom odczuwanym przez Bena i opisywanym dla profesora.

            Jednak wyjazd ten nie musi być ciągłą przyjemnością, na jaką wygląda z początku. W Kenii trwają zamieszki – Kenijska Partia Wolności chce uwolnić kraj od wyzyskiwaczy, czyli wszystkich nie-czarnych ludzi. Jak się można spodziewać, Bena czekają problemy.

            Wyżej przedstawiłem tylko ogólnikowy zarys, a właściwie wstęp do tej mocno skomplikowanej i zaskakującej historii. Nie chciałbym psuć przyjemności lektury tym z Was, którzy jeszcze po Teorię gier nie sięgnęli. Trzeba jednak jasno dodać, że w trakcie czytania postrzeganie głównego bohatera (i nasze) będzie się zmieniało, a to, co wydawało się faktem oczywistym, nagle przestanie nim być. Zwrotów akcji nie będzie brakowało, będziemy mogli także doskonale wczuć się w sytuację Bena, gdyż autor wybrał najlepsze rozwiązanie z możliwych do napisania tej książki – użył narracji pierwszoosobowej.  Postaci sportretowane zostały nad wyraz dobrze, każda z nich jest odmienna i charakterystyczna, każda żyje własnym życiem i ma odmienne od towarzyszy zapatrywania, dąży do czego innego i zachowuje się inaczej. Cara wydaje się być tym typem dziewczyny, który korzysta z każdej chwili życia, cieszy się nią, jest żywiołowa i impulsywna, lecz bez wątpienia także – bardzo inteligentna. Ben to młodzieniec dający się wodzić za nos, ulegający emocjom i przez to doskonale nadający się do eksperymentu Fieldheada. Profesor zaś jest idealnym przykładem bardzo błyskotliwego naukowca, który potrafi olśnić swoją erudycją i żywą inteligencją.

            Mogłoby się wydawać, że gry możemy podzielić na dwa rodzaje: takie, w których jest zwycięzca i przegrany, oraz takie, które odbywają się na zasadzie współpracy między ich uczestnikami – w drugim wypadku korzyść z wygranej może być mniejsza niż z długoterminowej współpracy. Jeśli więc  chcecie czuć się zaskakiwani i sprawdzić, do jakiego rodzaju gry zaprosił Fieldhead głównego bohatera, do czego doprowadzi go udział w eksperymencie i jakie uczucia towarzyszą mu przez cały ten czas, odsyłam Was do Teorii gier.


            Uważacie, że Jeffery Deaver, autor, którego książki charakteryzują się licznymi zwrotami akcji, potrafi zwodzić czytelnika? Ha! On i wielu innych twórców kryminałów i thrillerów mogliby się bardzo wiele nauczyć w tej kwestii od  Hectora Macdonalda,  brytyjskiego pisarza, którego wyżej recenzowany debiut został przetłumaczony na dwadzieścia języków i sam w sobie stanowi perfekcyjny przykład thrillera psychologicznego.