środa, 20 lutego 2013

"Zemsta najlepiej smakuje na zimno", Joe Abercrombie

                Powiem Wam, że zawsze bardzo lubiłem czytać grube książki.  Dlatego, iż mogłem dłużej obcować z bohaterami, których w trakcie lektury obdarzyłem sympatią i z którymi w pewien sposób się zżyłem. Jak również z tego powodu, że nie znoszę uczucia, kiedy powieść, która sprawiła mi wiele przyjemności, się kończy. Do takich książek zawsze wracam. I to nie jeden raz, a po wielokroć, gdyż przyjemność ich czytania pozostaje równie wielka nawet mimo tego, iż fabułę zna się już na wylot.

                Jednakże te grube, ponad siedmiuset stronicowe powieści muszą mnie zaciekawić, wciągnąć, trzymać w napięciu i zaskakiwać, a bohaterowie charakteryzować się „tym czymś”, co nas do nich przyciąga. Wtedy mikstura na obszerną powieść wydaje się być udana. Ale co się dzieje, kiedy książka zawiera osiemset stron tekstu i nie wszystkie jej elementy są takie, jak te wymienione wyżej? Już Wam mówię.

                Zemsta najlepiej smakuje na zimno to splatterpunkowa powieść fantasy. Splatterpunkowa, czyli obfitująca w okropieństwa, okrucieństwo, zdradę itp. Coś w tym guście. Jak czytamy w cytacie osławionego już George’a R.R. Martina, zamieszczonym na tylnej okładce: Splatterpunkowa fantasy najwyższych lotów, niczym Hrabia Monte Christo napisany na modłę Michaela Moorcocka. Okay, niezła rekomendacja, tym bardziej, że są to słowa autora świetnej Gry o tron. Każdy może mieć swoje zdanie. Moje własne wyrażę niżej.

                Fabularnie całość dotyczy – jakże by inaczej – zemsty. Zemsty kobiety-wojowniczki, której zabito brata, a ją samą najpierw pocięto i pokłuto, a potem zrzucono z wysokiego tarasu, by się połamała i umarła u stóp twierdzy. Całkiem uroczy obrazek jak na początek książki. Ale jedźmy dalej.

                Żeby fabuła miała jakikolwiek sens i mister Joe Abercrombie mógł dalej rozciągać przed nami swoje ohydne, podane w najbardziej dosadny i najprostszy z możliwych sposobów wizje, kobieta zwana Monzo Murcatto musi jakoś ten upadek przeżyć. No więc nie ginie, mimo bardzo, ale to naprawdę bardzo licznych złamań i podziurawionych organów wewnętrznych. Traci przytomność i zapada w śpiączkę, a gdy odzyskuje po długim czasie świadomość, znajduje się już zupełnie gdzie indziej. Jej kości są poskładane, a rany opatrzone i pozszywane przez tajemniczego mężczyznę, którego nigdy wcześniej nie widziała. Ból, oczywiście, jest nieznośny, więc Monzo pali ziarna, dzięki którym co i rusz odlatuje z rzeczywistego świata. I tak aż do momentu, kiedy odzyskuje siły na tyle, by ledwie, ale jednak, odejść od tajemniczego mężczyzny i wprowadzić swój plan zemsty w życie.

                Celem kobiety jest siedem osób. Siedmiu mężczyzn biorących udział w morderstwie Monzy oraz jej ukochanego brata. Okazuje się, że ona sama wcale nie jest taką uroczą panienką, jaką mogłaby się wydawać. Przez jednych zwana Wężem Talinsu, przez innych Rzeźniczką z Caprile, ma na sumieniu liczne morderstwa, walki i ogólnie mało pochlebne uczynki. Podczas swoich podbojów zgromadziła także dość sporo ukrytego złota, więc środków do zrealizowania zemsty nie zabraknie.

                Nie ma jednak ludzi, a sama nie da rady. Dlatego najmuje spotkanego żebraka, barbarzyńcę z północy, Caula Dreszcza. Barbarzyńca ów, zwany dalej nader często po prostu Północnym i sypiący kurwami ile wlezie i gdzie się da, uchodzi za wzór prymitywizmu, ale nie aż tak do końca. Wbrew swemu pochodzeniu chce stać się dobrym człowiekiem, lecz bieda sprawia, że zgadza się pomóc Monzo.

                Innym sojusznikiem kobiety zostaje były skazaniec, wielokrotny morderca. Ten, nie wiadomo z jakiego powodu, nazywany jest Przyjaznym. To masywny facet pozbawiony szyi, niezwykle silny i biegły w walce. A przy okazji, solidnie popieprzony, bo ma hopla na punkcie liczenia niemal wszystkiego i dostrzega w liczbach, ich sumach i iloczynach jakieś dziwaczne regularności.

                Kolejnymi ludźmi współpracującymi z Monzo są truciciel Morveer oraz jego młoda asystentka Dzionek. Ładna dziewczyneczka chichocze ciągle i przytakuje bez przerwy swojemu mistrzowi, a sam truciciel miele jęzorem bez końca, doprowadzając do furii Północnego. I mnie momentami także.

                Ach, zapomniałbym o jeszcze jednym ewenemencie. Słynny najemnik, zwycięzca wielu bitew, Nicomo Cosca. Obecnie trzęsący się, brudny i zarośnięty menel, skończony alkoholik ledwo co potrafiący ustać na nogach i rzygający co chwilę na własne buty. Ale to nic, w końcu każdy czasem choruje. W każdym razie tak właśnie prezentuje się ten człowiek, kiedy Monza do niego dociera. Znają się już z wcześniejszych lat, gdyż to właśnie on uczył niegdyś Monzę i jej brata szermierczej sztuki, walczyli ramię w ramię i wspólnie dzielili łupy z najazdów. Teraz kobieta wyciąga do niego pomocną dłoń i Cosca przyłącza się do niej, wracając po czasie do dawnej formy.

                Taką to wesołą gromadkę zbiera kobieta, by zemścić się na księciu Orso. Wielcy to indywidualiści (indywidua, jeśli ktoś woli), to trzeba z ręką na sercu autorowi przyznać. Wykonał dobrą robotę, jeśli chodzi o urozmaicenie charakterystyk postaci. I mimo ich wyraźnych braków, krok po kroku, albo raczej człowiek po człowieku, wypełniają plan Rzeźniczki z Caprile.

                Postaci te mogą wydawać się całkiem barwne, może ktoś pomyśli, że budzą różnorodne uczucia. We mnie jednak ani jedna persona z tej powieści nie wzbudziła krztyny sympatii, co uznaję za rzecz bezprecedensową, jaka jeszcze mi się w życiu nie zdarzyła. Przeważnie mogę się w jakimś stopniu utożsamić z jednym z bohaterów czytanej książki, polubić go mniej czy bardziej. Ale tutaj… nie polubiłem nikogo. Wszyscy bez wyjątku to zdrajcy o bardzo przyziemnych pobudkach, tak bardzo, że nazywanie ich „bohaterami” nawet w odniesieniu do postaci występujących w książce brzmi dziwnie. Ale załóżmy, że taki cel przyświecał autorowi, że takie, a nie inne cechy powinny posiadać postaci tworu splatterpunkowego.

                Barbarzyńca Północny sprawiał, że momentami parskałem śmiechem. Przyjazny irytował mnie straszliwie, jego ciągłe wypowiadanie tekstów w stylu: „dwa i jeden, trzy i dwa” skłaniało do refleksji, że autor Zemsty… na siłę chciał te postaci udziwnić. Dzionek wydawała się urocza, gdy śmiała się dźwięcznie, ale kiedy przytakiwała swojemu mistrzowi i powtarzała jego słowa, wyglądała już bardzo głupio. Samozwańczy mistrz trucicieli Morveer również irytował swoją wyszukaną gadaniną, jednak nie w takim stopniu, jak zapijaczony najemnik Nicomo Cosca. Ten to dopiero jest agent, aż się wierzyć nie chce. Plecie ozorem niczym dworzanin, raz po raz, gęba mu się nie zamyka. Zabija kogoś, a następnie unosi ręce ku niebiosom i opłakuje go, wychwalając swoją własną ofiarę w istnej kawalkadzie słów. Gdybym mógł, wziąłbym nóż i odciąłbym mu ten jego pieprzony jęzor, albo przynajmniej zakneblowałbym go na amen, tak bardzo ta postać działała mi na nerwy, ech. Natomiast sama Monzo… Wcale nie taka zimna i opanowana, a zamiast tego ulegająca targającym nią uczuciom, tak bym ją określił. Jej wyobrażenie również w żadnym stopniu miłe być nie może, ponieważ jawi się jako kobieta podstępna i bezlitosna, momentami ohydna, a czasami po prostu… zagubiona, choć ciągle uparcie pragnąca swojej zemsty.

                Wybaczcie, ludzie, słownictwo, ale chyba nabrałem na chwilę literackiej maniery pana Abercrombiego. Jednak jedźmy dalej.

                W książce dzieje się całkiem sporo, lecz jej ogromnym minusem jest to, że Zemsta… jest przegadana. Tak właśnie bym to określił. Przegadana i mimo wszystko mało oryginalna, a przez dwie trzecie lektury dodatkowo po prostu… nudna. Przez pięć zabójstw miałem ochotę odłożyć tę cegłę na bok i dać za wygraną. Północny kurwuje, Przyjazny liczy, Monza zaciska ze złości wargi, a Cosca ględzi i ględzi. W międzyczasie udaje im się wyprawić na tamten świat pięć z zaplanowanych siedmiu istnień, ale cóż z tego, kiedy wydarzenia są bez polotu, nie trzymają w napięciu, nie bawią ani nie ciekawią…

                Potem kolej rzeczy nieco się zmienia, na szczęście, i do końca różnie bywa. Sama końcówka natomiast może się podobać, choć jak dla mnie jest to za mała zapłata za jakieś sześćset stron przysypiania.

                Dobra, kończę już. Ogólnie powieść wyróżniająca się, ale tylko w poszczególnych elementach. Co do moich odczuć to są one takie, że splatterpunk chyba raczej nie znajdzie się w kręgu moich zainteresowań. Czy znajdzie się w Waszych, to już zdecydujcie sami. Ja osobiście książki nie polecam, bo nastawiony do niej początkowo dość optymistycznie, przyznam, że się rozczarowałem.
2/6