środa, 21 października 2015

"Niemartwi. Ciała wasze jak chleb", Mikołaj Marcela


Autor: Mikołaj Marcela
Tytuł oryginału: Niemartwi. Ciała wasze jak chleb
Seria:
Gatunek: horror
Język oryginału: polski
Przekład:
Liczba stron: 320
Wymiary: 140x205 mm
ISBN: 978-83-7642-606-8
Wydawca: Pascal
Oprawa: miękka
Miejsce wydania: Bielsko-Biała
Ocena: 2/6

Od czasu do czasu nachodzi mnie refleksja na temat literatury, gier i filmów traktujących o zombie, rodzących w moim umyśle nieodmiennie to samo pytanie: kiedy wreszcie umarlaki przestaną być modne? Temat żywych trupów jest swoistym ewenementem, i to na skalę światową, bo jak coś tak bardzo wtórnego i wyeksploatowanego może być jednocześnie czymś tak bardzo popularnym?

Robert Kirkman i Jay Bonansinga stworzyli fenomen na skalę światową, ekranizując swoje powieści i czyniąc z nich serial o niezwykłej wręcz popularności. Max Brooks i Brad Pitt dołożyli do tego World War Z, a w końcówce lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku pod to wszystko podwaliny położył George Romero, odpowiedzialny za horrory o ożywionych martwych. Nie wspominając już o innych przykładach, popatrzmy, ile to już lat umarlaki zginąć nie chcą. Kilkadziesiąt.

Żywe trupy mają się więc świetnie, a z biegiem czasu od oryginalnych (kiedyś) pomysłów kolejni twórcy odcinają kupony, chcąc i dla siebie zagarnąć coś z tej niewytłumaczalnej popularności zombie. Jednym z nich jest Mikołaj Macieja, który swoją powieścią Niemartwi. Ciała wasze jak chleb udowadnia, że sam jest zauroczony twórczością pomysłodawców The Walking Dead.

Tak, dobrze czytacie. Chcielibyście dostać The Walking Dead przeniesiony w polskie, znane Wam realia? Oto i jest. Warszawa, Bieszczady, Polacy jako bohaterowie, no i oczywiście te same co wszędzie szwendające się, kłapiące gnijącymi szczękami zombiaki. O, sorry, nie te same, bo niby w niemartwych Mikołaja Marceli zachodzi pewna istotna różnica, która jednak w praktyce nie za bardzo się sprawdza.

O samej fabule słów kilka. W roku 2016 wybucha pandemia, świat ogarnia chaos i śmierć, ludzie próbują wygrać beznadziejną walkę, nieumarłych jednak ciągle przybywa i przybywa. Miasta obracają się w ruinę, stają się wyludnione, a ich ulicami szwendają się niemartwi. Lena, nastolatka, wędruje pomiędzy zabudowaniami Warszawy, chcąc dotrzeć do swojego domu. Kiedy wreszcie do niego dociera, okazuje się, że nadal jest tutaj jej matka. Niestety kobieta już nie żyje, stała się niemartwą. Zrozpaczona dziewczyna poddaje się i w chwili, kiedy już niemal zostaje ugryziona, dzieje się coś nieoczekiwanego: z jakiegoś powodu niemartwi przestają atakować żywych, ruszają po prostu w swoją stronę, ignorując ludzi.

Przenosimy się w leśne zastępy Bieszczad, w których żyje samotny mężczyzna w średnim wieku. Nazywa się Michał i kiedyś miał żonę i córkę, był lekarzem. Teraz jednak jest tylko samotnikiem w leśnej głuszy, polującym na zające i króliki. Wiedzie spokojne, ciche życie z dala od chaosu rozgrywającego się w innych częściach świata, aż do dnia, kiedy to podczas polowania natyka się na grupę ludzi i niemartwego. Nie do końca rozumiejąc sytuację, widzi dziewczynę w niebezpieczeństwie, ratuje ją więc i ucieka wraz z nią do swojej chatki.

W Niemartwych nadal pozostający przy życiu ludzie bardzo się od siebie różnią i patrzą w odmienny sposób na to, co stało się ze światem. Tworzą ugrupowania, skupiające w sobie zwolenników tej czy innej filozofii. Mamy więc Pantery – ludzi walczących z niemartwymi, uważających, że to człowiek powinien dominować na świecie i należy wybić wszystkich nieumarłych. Kontrastowo dostajemy także Kult Brata Ezechiela, sektę skupiających naiwnych i łatwowiernych, wierzących, że niemartwi są nieśmiertelnymi, że nie można ich zabijać, lecz korzystać z daru nieśmiertelności, który mogą ofiarować człowiekowi poprzez ugryzienie. Mamy jeszcze także Radę Ludzkości, ochraniającą ludzi przed nieumarłymi, strzegącą ludzkich osiedli, wyposażoną w broń i wojskowe samochody. No i znajdą się jeszcze samotne wilki takie jak Michał, pustelnik.

Napisałem, że w książce Niemartwi zachodzi pewna odmienność w stosunku do innych książek opisujących zombie. Chodzi tutaj o nagłe zaprzestanie atakowania ludzi, ma się rozumieć. Nie chcę w tej kwestii spojlerować, więc nie pociągnę tematu dalej, jednak coś takiego dla mnie osobiście jest totalną bzdurą, zaprzeczającą całkowicie istocie bytu zombie.

Motyw apokalipsy postrzegany jako przesiew, pozbycie się słabych ogniw w szeregach ludzkości również do szczególnie nowatorskich nie należy, ale w zasadzie nie robi to żadnej różnicy. Podsumowując, Niemartwi są zdecydowanie mało oryginalną kalką The Walking Dead, opowieścią bazującą na pomysłowości Kirkmana i Bonansingy. Książkę czyta się dość przyjemnie, choć momentami autor nie radzi sobie z odpowiednią przejrzystością scen walk. Przenosimy się z jednego punktu w czasie do drugiego, z teraźniejszości do przeszłości, podczas gdy Mikołaj Marcela z wolna układa wszystkie elementy układanki na swoim miejscu. Wraz z upływem stronic jednak nie rośnie zbytnio ciekawość czytelnika, brakuje w powieści także odpowiedniej dozy napięcia, przez co przelatujemy kolejne kartki raczej bez większych wrażeń emocjonalnych. Bohaterowie zaś to tylko przedstawiciele swych dawnych zawodów, ciągle odnajdujący się w niesprzyjającej rzeczywistości i radzący sobie z kolejnymi przeciwnościami. Mało który jest interesujący, choć nie są tylko papierowymi postaciami, a szczególnej sympatii nie budzi chyba żaden; są czytelnikowi w dużej mierze po prostu obojętni.

Na koniec parę słów o wydaniu powieści. Wydawnictwo Pascal opakowało całość okładką nawiązującą do komiksów z serii The Walking Dead, czarno-białą z krwiście czerwonymi elementami. Dzięki temu powieść prezentuje się tak, jak ma się prezentować, czyli jak horror klasy którejś tam, wpisany w kanon opowieści o zombie. Oryginalnym zabiegiem drukarskim natomiast są czarne ramki na bokach i krawędziach stron, przez co powieść Marcela –  z każdej zewnętrznej strony – jest sugestywnie czarna. Ot, taka mała ciekawostka, uzupełnienie powieści co najwyżej przeciętnej, skierowanej raczej do fanów uniwersum żywych trupów niż do przypadkowego czytelnika.