środa, 3 kwietnia 2013


Moja klasyka: „Trylogia Ciągu: Neuromancer”, William Gibson


                William Gibson, „mroczny prorok”, ojciec gatunku cyberpunk… Od początku lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku tworzący dystopijne obrazy społeczeństw i popkultur, alternatywne wersje przyszłości gatunku ludzkiego i odmienne stany fantastyki naukowej. Roli, jaką odegrał dla literatury science fiction, przecenić się nie da. Na kanwie jego opowiadania Johnny Mnemonic powstał głośny film z Keanu Reevesem, powstała klasyczna już gra fabularna Cyberpunk, a także kilka różnych gier karcianych osadzonych w tymże świecie, jak Cyberpunk właśnie i polski Shadowrun. Długo można by wymieniać naleciałości i zapożyczenia z twórczości Gibsona, ale wystarczy już chyba tylko dodać, że jest to bez wątpienia pisarz niepowtarzalny.

                Właśnie po raz kolejny przeczytałem Neuromancera, pierwszy tom Trylogii Ciągu. I znowu zaskoczyła mnie odmienność świata kreowanego przez Gibsona, jego odrębność od innych nurtów fantastyki, specyfika i oryginalność. Podobnie jest ze stylem pisarza – bardzo charakterystycznym i wyjątkowo pasującym do gatunku, a być może specjalnie nawet wykreowanym dla uwiarygodnienia cyberpunkowego świata.

                W Neuromancerze poznajemy Case’a, kowboja cyberprzestrzeni. Poznajemy go w chwili dla niego niezbyt szczęśliwej, bo w efekcie tego, że wykonując jedno ze zleceń popełnił błąd, zleceniodawcy ukarali go. Uszkodzili jego system nerwowy w taki sposób, by nie mógł dalej pracować. Stał się tylko ciałem, kupą mięsa, jaką elita kowboi cyberprzestrzeni obdarzała głęboką pogardą.

                Aby zmienić ten stan, przywrócić sobie możliwość łączenia się z Ciągiem, surfowania wśród elektronów, wydostania się z pułapki własnego ciała, Case odwiedza nielegalne kliniki w japońskiej Chibie, jednak bez skutku. Nadal pozostaje więźniem cielesnej powłoki. Sytuacja ta zmienia się dopiero wtedy, gdy przychodzi do niego Molly, wysłanniczka człowieka nazywanego Armitage. Molly jest ulicznym samurajem do wynajęcia: ciało gimnastyczki, dłonie iluzjonisty, wszczepy pozwalające na widzenie w ciemności, zegar podłączony do nerwu wzrokowego. Niezwykle sprawny zabójca, który doprowadza Case’a do Armitage’a.

                Na miejscu okazuje się, że człowiek ten przywróci mu jego zdolności, jeśli Case zgodzi się zdobyć dla niego konstrukt martwego Dixie Płaszczaka, czyli kasetę ROM z zapisem umiejętności Dixiego, jego obsesji, odruchów czy nawyków. Case ma wykraść konstrukt ze skarbca biblioteki Sense/Netu, co samo w sobie nie jest zadaniem łatwym. Nie mając innego wyboru, tęskniąc do przebywania w Ciągu i utraconych możliwości, Case zgadza się.

                Opisane wydarzenia można uznać za wierzchołek góry lodowej. Bo z czasem okaże się, że nie wszystko jest takie, na jakie wyglądało, i Case musi połączyć siły z Molly, by dotrzeć znacznie głębiej…       W świecie po wybuchu nuklearnym, w którym zniszczenie współgra z technologią, ruiny z błyszczącymi neonami, a cybernetyka jest na porządku dziennym, nic nie jest takie, jakie wydaje się z początku. Deki matrycy, biomechaniczne wszczepy, lasery i pistolety strzałkowe, wszystko to i wiele innych elementów składa się na dystopię alternatywnej przyszłości, mrocznej i wciągającej, chaotycznej, a jednocześnie tak bardzo poukładanej…

                Neuromancer to powieść bez wątpienia godna polecenia, zwłaszcza tym osobom, których umysłom czegoś brakuje, jakiegoś nieokreślonego elementu, nie znajdywanego w innych rodzajach literatury. Jeśli więc czujesz, że komputer to przedłużenie Twojego ramienia, jeśli wszystkie te poznane wyprawy w kosmos to dla Ciebie za mało, jeśli Twojej wyobraźni nie zaspokaja poznana dotąd fantastyka, sięgnij po cyberpunk i Neuromancera. Sięgnij, przeczytaj i… się nie przeraź.