czwartek, 5 grudnia 2013

Dan Brown, "Inferno"



Dan Brown. Nazwisko poważane przez jednych, przez innych uznawane za bardzo przereklamowane. Przyznam szczerze, że już od dosyć dawna zaliczam się do tej drugiej kategorii, co nie znaczy, że skreślam autora światowych bestsellerów zupełnie.

Po jego kolejnych książkach nie spodziewałem się zbyt wiele. Tak samo było w przypadku Inferno. Owszem, tematyka związana z ponadczasowym, wiekopomnym dziełem, jakim jest i będzie Boska komedia Dante Aligheri, zaintrygowała mnie ledwie tylko usłyszałem o nowej książce Browna. Z drugiej strony jednak od razu miałem świadomość, że dzieło to zostanie wykorzystane do nakreślenia kolejnej mocno naiwnej, a jeszcze mocniej naciąganej fabuły. Mimo to jednak, gdy poszedłem do „Żabki” po marlboro, dałem się skusić i przy okazji kupiłem egzemplarz Inferno. Jak przystało na ambitną literaturę, sześćsetstronicowa powieść (wraz z nie mniej chyba popularnym Doktor Sen Kinga) stała sobie wśród najnowszych wydań bardzo pobudzającej intelekt prasy, czyli „Pani domu” itp. itd. etc. Siła reklamy jest wielka, to można stwierdzić bez żadnych wątpliwości, widząc okładki tych książek w takich sklepach jak „Żabka” właśnie, na autobusach, billboardach, supermarketach, wszędzie. Jaki z tego wniosek? Otóż bardzo prosty. Wyłożyć kasę na reklamę, nagłośnić książkę, upchnąć ją gdzie się tylko da i sukces wydawniczy mamy murowany. Co z tego, że opinie mogą być nieprzychylne? Co z tego, że czytadło takie może aspirować co najwyżej do miana literatury rozrywkowej? Cóż z tego, że ambicji i głębi w tym tyle, co kot napłakał? No właśnie. Co z tego?

Już Wam mówię. Nic. Dosłownie nic, bo tu liczy się kasa, liczą się zwracające się wydatki i późniejszy zarobek. Inwestycja, która przynosi wielokrotnie większe od wkładu zyski. Taki właśnie jest biznes wydawniczy. Wydawnictwo, które na to stać, bierze książkę – mniejszego lub większego gniota – i kampanią reklamową sprawia, że gniot ten dociera do docelowych (czytaj: niewymagających intelektualnie) czytelników. Taka powieść nie musi, a nawet nie może być zbyt ambitna i wymagająca, ponieważ musi trafić w jak najszersze gusta – od tych płytszych aż po głębsze. Dan Brown doskonale zdaje sobie z tego sprawę i dlatego jego książki wyglądają właśnie tak, a nie inaczej. Pisze je według prostego przepisu na bestseller: musi być jakiś haczyk przyciągający uwagę (Boska komedia), musi być także wątek na czasie (przeludnienie na świecie), musi być wartka akcja i – co niemniej ważne – książkę musi się „lekko” czytać. Nie może zabraknąć także niespecjalnie skomplikowanych bohaterów, bo przecież jakby taki Langdon zaczął rzucać słówkami rodem z Mechanicznej pomarańczy Burgessa, to część czytelników by się chyba zapłakała z bezsilności. Dan Brown to wie. Wiedział to także Dean Koontz, choć akurat część bestsellerów tego pana to znacznie wyższa szkoła jazdy niż ma się to w przypadku autora Inferno.

Ale trochę odbiegam od tematu. Do rzeczy więc, okulary na nos (sorry, zapomniałem, że przecież nie noszę) i klawiatura w dłoń, a raczej dłonie na klawiaturę.

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami żyje sobie Robert Langdon. Pechowo okazuje się, że gdy odzyskuje przytomność, znajduje się w szpitalu. Jeszcze większy pech sprawia, że nie pamięta ostatnich wydarzeń i zupełnie nie wie, dlaczego się w tym szpitalu znalazł ani co mu się takiego stało. Jednakże Robert jest sprytny. Udaje mu się zlokalizować szwy na swojej głowie i po głębokim namyśle wyciąga totalnie logiczny wniosek: stało mu się coś w głowę.

Potem jednak jego samozadowolenie przygasa, gdyż wygląda przez okno pokoju i widzi wieżę Palazzo Vecchio. Ze zdumieniem stwierdza więc, że znajduje się we Włoszech (kilkakrotnie wcześniej ratował świat przez zagładą, sporo podróżował, więc wie, jak Włochy wyglądają). Pamięta, że w sobotę znajdował się jeszcze siedem tysięcy kilometrów dalej, na uniwersytecie Harvarda, więc gdy dowiaduje się, że ocknął się w szpitalu w poniedziałek, dwa dni później, informacja ta zabija mu ćwieka.

Szybko jednak odzyskuje rezon. Musi, bo do szpitala wpada jak burza potężnie zbudowana kobieta z irokezem na głowie i strzela do lekarza stojącego w drzwiach pokoju Roberta. Lekarz, jak to zwykle bywa po postrzale w klatkę piersiową, pada na podłogę i krwawi. Nic dziwnego. Na szczęście jednak w pokoju Langdona znajduje się także piękna lekarka, Sienna Brooks, która (nawykła do natychmiastowego reagowania w sytuacjach kryzysowych) niezwłocznie bierze sprawy w swoje ręce i pomaga osłabionemu Robertowi uciec przed znajdującą się jakieś trzy metry od niego zabójczynią. Potem, gdy zyskują nieco dystansu, profesora raz po raz nawiedzają tajemnicze wizje. Zdezorientowany nie wie, co o nich myśleć. Staje się medium? Aspirował do rangi wróżki? Po wypadku zyskał nadprzyrodzoną zdolność przewidywania przyszłości? Czy może obejrzał zbyt wiele horrorów i teraz może komunikować się ze zmarłymi?

Doprawdy, Langdon jest skołowany niczym ksiądz w burdelu. Widzi siwowłosą kobietę, mówiącą mu, że ona „jest życiem”, oraz postać w ptasiej masce twierdzącą, iż „jest śmiercią”. Kobieta przekazuje mu także, by „szukał, a znajdzie”, ale biedny Robert nie wie, czego ma szukać. Jest jednak erudytą, profesorem, a to, co widzi, nieodmiennie kojarzy mu się z jednym: Boską komedią Dante Aligheri.

Ok. To tyle, jeśli chodzi o początek fabuły książki. Teraz pora na kilka słów ode mnie.

Po lekturze kolejnej książki Browna mam nieodparte wrażenie, że autor uważa swoich czytelników za co najmniej naiwniaków (żeby nie użyć tutaj mocniejszego słowa). Nie starał się jak najbardziej uwiarygodnić historii opisanej w Inferno. Nie starał się nawet nadać pozorów prawdopodobieństwa większości z sytuacji, w jakich dzielny Langdon i waleczna Sienna muszą brać udział. Osłabiony Robert ciągle biega. Nie je. Nie śpi. Umysł pracuje mu z każdą upływającą chwilą coraz lepiej i coraz intensywniej. Szybko przestaje być także osłabiony. Bez wątpienia (jeśli akurat nie dostanie angażu przy kolejnej akcji ratowania świata od zagłady) załapie się na główną rolę w następnej kinowej odsłonie przygód Wolverine’a, bo zdaje się być jeszcze bardziej wytrzymały i niezniszczalny.

Ale to drobnostki, bo superhero zawsze dają rady. Tym, co niewymownie wkurza podczas lektury, są niezwykle naiwne i nieprawdopodobne wręcz rozwiązania fabularne. Nie mogę o nich pisać, by nie spamować, więc sami musicie stwierdzić czy dajecie wiarę temu i tamtemu rozwiązaniu. Ja po lekturze kolejnego bestsellera Dana Browna ostro zastanawiam się, jak ten świat jest poukładany, a także nad tym, jaka literatura zadowala czytelników. Żeby być szczerym trzeba jednak na koniec napisać, że Brown ma dość ciekawe pomysły odnośnie niektórych kwestii, że potrafi zdobyć się na oryginalny pomysł, czymś zaciekawić. Jednak to by było zaledwie kilka światełek we wszechobecnym mroku.

Podsumowując więc, Inferno jest co najwyżej średniawą książką, w której ciekawe są opisy miejsc, historyczne wzmianki na temat sztuki i ze dwa dobre pomysły, które – rozwinięte do maksimum kosztem niepotrzebnej, zbyt wielkiej ilości akcji – mogłyby uczynić z powieści książkę o wiele lepszą.

Do dzisiaj żałuję, że zamiast powieści nie kupiłem w tamtej „Żabce” trzech dodatkowych paczek marlboro. Miałbym znacznie więcej przyjemności z wydanych pieniędzy.

Biedny Dante Aligheri. Biedne marlboro. Biedny ja. Ech.
(I bogaty Dan Brown).