środa, 24 lipca 2013

"Lękajcie się – ofiary pedofilii w polskim kościele mówią", Ekke Overbeek


Lektura Lękajcie się to coś naprawdę przejmującego. Nawet dla kogoś, kto poglądy ma zdecydowanie antyklerykalne, kto w instytucji Kościoła nie widzi niczego dobrego, kto zakładał teoretycznie – i jak się okazuje, właściwie – że pedofilia wśród księży to rzecz nader często praktykowana.
                Dlaczego ktoś może tak uważać? Ponieważ nie można walczyć z własną naturą, nie da się stłumić jednego z najsilniejszych instynktów człowieka: popędu płciowego. Nie można się go tak po prostu wyrzec. To tak, jakby nakazać chmurom, by przestał padać z nich deszcz. Tak, jakby dziki tygrys miał karmić się tylko i wyłącznie roślinnością.
                Takie rzeczy są wbrew naturze i po prostu się nie dzieją. Tak samo jest z ludźmi. Wszyscy mamy instynkty i nie da się ich na dłuższy czas stłumić. A w przypadku księży celibat nie jest niestety jednoznaczny z impotencją. Złożenie przysięgi i wstąpienie w szeregi kleru nie gwarantuje, że popęd seksualny zniknie raz na zawsze.
                Ekke Overbeek od ponad dziesięciu lat jest korespondentem belgijskich i holenderskich mediów w Polsce. Od długiego czasu zbierał materiały do swojego dokumentu, rozmawiał z ludźmi, prowadził zapiski, a liczba skarg składanych na księży przerosła jego oczekiwania.

                Ale skupmy się na efektach jego pracy. Książka składa się z dwóch części: pierwszej, dokumentalnej, oraz drugiej, zawierającej historie opowiedziane przez ofiary księży i wywiady z nimi.
                W przedmowie, zatytułowanej: „Zamiast wstępu”, autor pisze, jak w ciągu minionych lat znajdował kolejne sprawy z księżmi – pedofilami na piedestale. Podaje konkretne daty, odnośniki do programów telewizyjnych dotykających pedofilii w Kościele, linki do stron internetowych. Następnie przechodzi do tematu Polski, która „milczy”, zamiast działać. Wyrzuca Polakom brak asertywności w obliczu przestępstw dokonywanych na dzieciach przez kler, nie tylko zwykłym obywatelom, ale – przede wszystkim – mediom. Jak sam często pisze: „zamiatano sprawę pod dywan”.
                I wiecie co? Ma rację. Bo w nas, Polakach, nadal siedzi szacunek dla księdza, ludzie duchowni mają autorytet w naszych oczach już od wielu dekad. Na szczęście, nie wszyscy tacy jesteśmy. Rzeczywistość się zmienia. Coraz więcej jest ateistów lub wierzących, ale nie praktykujących. Czy to do głosu dochodzi najzwyklejszy, twardo stąpający realizm, czy jakiekolwiek inne pobudki, ludzie zaczynają uświadamiać sobie, że instytucja kościoła katolickiego nie jest im wcale tak bardzo potrzebna, jak mogłoby się wydawać. Wierzyć można i bez kościoła. Jedynie ci, którym zależy na chrześcijańskim pochówku ich samych lub ich bliskich, mają jakiś interes w tym, by dawać na mszę, przyjmować z kopertą księdza na kolędzie i ogólnie praktykować.
                Jednak czasy się zmieniają. Nie jest już tak, że jeśli nie było cię w niedzielę na mszy, to sąsiedzi będą cię wytykać palcami na ulicy. Nikt już się nie przejmuje tym, jak wygląda w oczach innych katolików, bo to po prostu przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Na wsiach, owszem, autorytet księdza nadal cieszy się dużym poważaniem. Z własnego doświadczenia powiem Wam, jak dużym.
                Grudzień, zaczynają się kolędy. W niedzielę na mszy proboszcz oznajmia: „Proszę wybrać osobę, która będzie mnie woziła swoim samochodem po kolędzie. W tym tygodniu jedna, w drugim następna”. Nieważne, że jego samochod stoi w garażu: on musi mieć szofera z własną bryką.
                Inny przykład. Pogrzeb, ludzie chowają bliską osobę. Ksiądz w opłaty wlicza sto złotych za wywóz śmieci z cmentarza. Na samej uroczystości okazuje się jednak, że śmieci aż się wysypują z dużego kontenera, że nikt ich nie wywozi. Co ciekawe, jeżdżę na wieś co roku w grudniu i przyznam z ręką na sercu, że tego kontenera jeszcze nigdy pustego nie widziałem. W pogrzebach, w innych porach roku, także brałem tam udział, i wtedy ten kontener również był przepełniony aż do przesady. Chowają człowieka pięć metrów dalej, a ludzie muszą przestępować leżące na ziemi worki ze śmieciami. Ile więc rodzin musi opłacić w kosztach pogrzebu wywóz tych śmieci, aby w końcu zniknęły z cmentarza? I po co je w ogóle wywozić, skoro czym dłużej leżą w kontenerze i wokół niego, tym więcej parafia na tym zarabia?
                Lecz nikt nic głośno nie mówi. W domach owszem, ludzie narzekają, ale poza własnymi czterema ścianami tych głosów już nie słychać, bo przecież nie można źle mówić o księdzu. Proza życia.
                I o tym właśnie pisze Ekke Overbeek. Nie potrafimy podnieść głosu wtedy, kiedy trzeba. Ciągle darzymy księży jakimś dziwacznym, niemal zabobonnym szacunkiem, i to postrzeganie jest błędem. Czas pokaże, jak wielkim.

                Wiedzieliście, że w Lublinie istnieje ośrodek leczniczy dla chorych księży – homoseksualistów? I że kuria wysyła tam tych księży, wokół których pedofilskich i homoseksualnych poczynań zrobiło się zbyt głośno? Ja nie wiedziałem.
                Wiedzieliście, że istnieje fundacja Kidprotect.pl, uświadamiająca rodziców o przypadkach molestowania, mieszcząca się na warszawskiej Woli w małym mieszkanku, zbierająca dane i informująca o dowodach molestowania policję? Ja nie wiedziałem.
                Wiedzieliście o tajnym dekrecie Kościoła z 1962 roku, Crimens Solicitationes, zawierającym instrukcje, jak postępować z księżmi, którzy namawiają penitentów do grzechu nieczystości? Wiedzieliście, że dekret ten narzuca milczenie: dziecko – ofiara, ksiądz – sprawca i wszyscy świadkowie mają być zmuszeni do złożenia przysięgi milczenia? Dekret obowiązywał do 2001 roku, a biskupi na całym świecie mieli nakaz trzymania go pod kluczem w sejfie. Karą za nieprzestrzeganie dekretu miała być ekskomunika.
                Wiedzieliście, że wersja dekretu z 1962 roku jest zaostrzoną i wydaną ponownie tajną instrukcją z roku 1922 o nazwie: De Modo Procedende In Causis Solicitationes? Ja nie wiedziałem.

                Ludzie molestowani w młodości przez księży żyją z tym strasznym brzemieniem przez dekady. Bojąc się społecznego potępienia, odrzucenia przez najbliższych i po prostu wstydu, odwagi do opowiedzenia o tym, co im się przytrafiło, nabierają dopiero po upływie długich lat. Dlatego też większość opisywanych w książce przypadków miała miejsce jeszcze za PRL-u, a wyniki przytoczonych przez autora badań dotyczą lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Ekke Overbeek nie skupia się jednak tylko na Polsce. Nie brakuje w jego książce danych pochodzących z innych krajów: Ameryki, Belgii, Holandii. Na przykład w roku 1986 w Tuscon, Arizona, o molestowanie nieletnich oskarżono aż 24% księży. Mało? Nie sądzę. A trzeba pamiętać, że jest to procent obejmujący liczbę pracowników Kościoła tylko z jednego stanu.

                Autor dowodzi, że pedofilia nie stanowi już tabu. Ale pedoflia wśród księży tak. Gdy chodzi o molestowanie dziecka przez np. nauczyciela, rodzice zareagowaliby od razu. Jeśli zaś sprawcą jest ksiądz, rodzice nie dowierzają własnemu dziecku. Schemat ten potwierdza się w opowieściach ofiar zawartych w drugiej części książki. Smutne jest to, że kiedy wreszcie te osoby decydują się mówić najbliższym o swojej mrocznej tajemnicy, są raczej odrzucane niż wspomagane wsparciem. Jedną z dziewczyn rodzice wyrzucili z domu. Relacje pewnego mężczyzny z jego rodzicami uległy trwałemu pogorszeniu. Listy, jakie poszkodowani wysyłali do kurii były albo zbywane dwoma-, trzema zdaniami, albo w ogóle pozostawały bez odpowiedzi. Jaki stąd wniosek? Kościół doskonale wie, co dzieje się w jego szeregach, jednak jeśli nie jest przyparty do muru niepodważalnymi dowodami, „zamiata sprawę pod dywan”. Gdy robi się szum wokół księdza – pedofila, władze kościelne przenoszą go do innej parafii. Gdy sprawa staje na ostrzu noża, wyrzucają go ze swoich szeregów i mówią: „On nie jest już jednym z nas. Niech sam odpowiada za swoje winy”.
                Czasem Kościół twierdzi również, że „problem pedofilii wśród księży nie istnieje”. Albo że „ w każdym zawodzie trafi się czarna owca”, sugerując, że jest to problem jednostkowy, nie nagminny. Jednakże, jeśli tak miałoby być w istocie, dlaczego już w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku powstał pierwszy szpital, w którym leczono duchownych ze skłonnościami pedofilskimi? Dlaczego w Lublinie istnieje instytucja, która ma „leczyć” (jeśli to w ogóle możliwe) księży – homoseksualistów? Jeśli to problem rzadki, to skąd dziesiątki tysięcy skazanych duchownych i skąd setki tysięcy ich ofiar? I, przede wszystkim, jeśli rzeczywiście jest to problem na małą skalę, jak wytłumaczyć istnienie tajnej instrukcji, wydanej przez władze Kościoła niemalże sto lat temu?
                W książce podano dane w raportów Johna Jaya z 2004 roku oraz z raportu Murphy. Jak pisze autor, wykonanie badań do raportu Jaya zlecił sam Kościół, więc jego wyniki nie mogą być do końca obiektywne, skoro płaciła „strona oskarżana”. Mimo to badacze problemu doszli do zadziwiającej ilości przestępstw dokonanych przez ludzi kleru.


                Nie wiem, jak Wy zapatrujecie się na to wszystko, czy dopuszczacie do siebie istnienie problemu pedofilii w kościelnych szeregach, czy też nie. Każdy z nas ma swój własny punkt widzenia. Jednak niezależnie od tego, co subiektywnie sądzimy, nie da się zaprzeczyć jednemu: problem istnieje i to w znacznie większej skali, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Lękajcie się to lektura dla wszystkich, ponieważ nie są to czcze historie wyssane z palca, ale literatura faktu poparta konkretnymi liczbami i badaniami. A zwłaszcza dla tych, którzy wysyłają swoje dzieci na oazę czy coś w tym stylu. Zastanówcie się dwa razy, zanim to zrobicie, bo „miły” ksiądz może się po latach okazać wcale nie taki „miły”.