piątek, 12 grudnia 2014

"Tropiciel", Vladimir Wolff


Autor: Vladimir Wolff
Tytuł oryginału: Tropiciel
Seria:
Gatunek: thriller/ sensacja/ kryminał
Język oryginału:
Przekład:
Liczba stron: 320
Wymiary: 144x207 mm
ISBN: 978-83-64523-24-3
Wydawca: Warbook
Oprawa: miękka z uszlachetnieniem
Miejsce wydania:
Ocena: 4/6

Z książkami wydanymi przez wydawnictwo Warbook nie miałem wcześniej do czynienia. Owszem, rzuciła mi się ostatnio w jakimś Matrasie „Forta” Michała Cholewy, ale nie zdecydowałem się na zakup tej książki. Literatura militarna nigdy nie była dla mnie czymś szczególnie atrakcyjnym, a nawet więcej, raczej unikałem tego typu powieści, zniechęcony między innymi cyklami militarnej science fiction Dawida Webera. Po prostu działania wojenne, stopnie, rozkazy, formalne zwroty i stosunkowo przewidywalne, mało ciekawe postaci wojskowych prawie nigdy mi się nie podobały. Dlatego do czytania powieści „Tropiciel” podchodziłem z niejakim dystansem. Sugerując się profilem wydawniczym Warbook obawiałem się, że znowu trafię na historię, w której będzie się roiło od różnych kapitanów i sierżantów, mówiących tak, jakby połknęli solidny kawałek deski.

Na szczęście szybko stwierdziłem, że moje przedwczesne obawy tym razem okazały się płonne. Ku mojemu zdziwieniu powieść nie prezentuje sobą tego rodzaju militarnej literatury, z jaką miałem styczność wcześniej. Mało jest w niej wojskowości, za to dużo więcej sensacji i kryminału. Poznajemy Matta Pulsaskiego, amerykańskiego byłego Marines, który przylatuje do Polski, by pochować swojego przyrodniego brata, Rafała Kostrzewę. W związku z tym, że jego bestialskiego morderstwa dokonano w Moskwie, a Rafał był wysłannikiem polskiej ambasady, sprawa ma charakter międzynarodowy i już od samego początku jest dość delikatna.

Sprawą morderstwa zajmuje się ABW, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Kontrwywiad oddelegowuje do opiekowania się amerykańskim gościem jedną ze swoich agentek, Oliwię. Matt jednak, tytułowy tropiciel, ani myśli zostawić sprawę jej własnemu biegowi i zaczyna działać na własną rękę.

„Tropiciela” czyta się szybko i całkiem przyjemnie, akcja obfituje w liczne zwroty i mknie do przodu. Miejsca, w jakich rozgrywają się wydarzenia, zostały opisane dość szczegółowo, co dodaje historii autentyczności. Co do fabuły, to podzieliłbym ją na dwie części. Pierwszą połowę książki można podciągnąć pod znane, liczne historie opowiadające o prywatnej vendetcie niepokonanego samotnego mściciela, które niejednokrotnie już się widziało i czytało. Brak na tym poziomie oryginalności, natomiast druga część, w której na jaw wychodzą tajemnice zagrzebane w przeszłości ojca Matta, prezentuje się zdecydowanie ciekawiej. Cofamy się także o kilkadziesiąt lat wstecz, do okresu, w którym przeprowadzono w Polsce badania nad skonstruowaniem broni atomowej. Wydarzenia nabierają pędu aż do ostatniej strony, a autor postarał się także o to, żeby zaserwować czytelnikowi kilka niespodzianek i zwrotów w tkanej przez niego intrydze.

Postaci, z jakimi obcujemy podczas lektury „Tropiciela”, nie są specjalnie skomplikowane. W zasadzie jednak nie są tutaj wcale potrzebne specjalnie głębokie profile psychologiczne, gdyż fabuła powieści skupia się raczej na żywej akcji. Bohaterowie są dokładnie tacy, jakich można by się spodziewać po książce łączącej w sobie sensację z kryminałem: ani zbyt prości, ani szczególnie skomplikowani. W przypadku głównego bohatera mamy co prawda mieszankę cech pozytywnych i negatywnych, co miejscami sprawia, że nie jesteśmy do końca przekonani, jak właściwie mamy tę postać odbierać. Ostatecznie jednak śledzimy jego poczynania kibicując mu, nawet jeśli momentami wygląda bardziej na czarny charakter.

Ogólnie rzecz biorąc „Tropiciela” należy uznać za powieść udaną, jeśli chodzi o połączenie sensacji i kryminału. Styl autora także jest przyzwoity, choć muszę powiedzieć, że ma zwyczaj zaczynać rozdział i nie podawać początkowo imienia opisywanego bohatera, co każe czytelnikowi domyślać się, o kim konkretnie mowa. Mnie osobiście mocno to irytowało, ale nawet mimo tego i paru drobnych rozwiązań fabularnych, które można by uznać za wątpliwe, jestem całkiem zadowolony z lektury „Tropiciela”.