środa, 20 listopada 2013

Nowe nabytki - mało, ale (być może) obiecująco...



Dan Brown "Inferno" - Langdon znowu uratuje świat przed totalną zagładą, heh. Myślę, że powinni skasować Jamesa Bonda, Iron Mana, Avengersów i właśnie Langdona zatrudnić na pełny etat ;-) Sięgam po Inferno z dość dużymi obawami, jako że nigdy specjalnym fanem Browna nie byłem.

David Louis Edelman "Infoszok" - świat przyszłości widziany oczami informatyka. Już się czyta; lektura inteligentna (co z tego, że debiut? One też bywają świetne.), wciągająca i wymagająca sporej dozy wyobraźni. Recenzja niedługo, znaczy się.

Jeffery Deaver "Pokój straceń" - kolejny thriller z Sachs i Rhymem. Zobaczymy, co tym razem autor wysmażył; liczę, że będzie to coś naprawdę wciągającego.

sobota, 9 listopada 2013

"Trupia farma", Bill Bass, Jon Jefferson



W oczekiwaniu na lekturę kolejnej – i mam nadzieję – nowatorskiej, arcyciekawej i nacechowanej elementami cyberpunku książki science fiction – Infoszoku, przeczytałem Trupią farmę. Intrygujący tytuł i sugestywna okładka zachęcała do zapoznania się z tą pozycją, podobnie tematyka: książka o miejscu, w którym przeprowadza się badania antropologiczne nad zwłokami, zapowiadała się całkiem nieźle. Dzisiaj jestem już po lekturze, więc pora opisać wrażenia.

Trupia farma została napisana w pierwszej osobie, jest bardziej relacją z pracy naukowej Billa Bassa niż powieścią o konkretnej fabule. Kolejne rozdziały to opisy spraw prowadzonych przez antropologa, często zawierające wtręty z prywatnego życia Bassa. W pierwszym rozdziale autor opisuje swoje początki z medycyna sądową, następnie przechodzi do okresu, w którym został szefem rozwijającego się wydziału antropologii na Uniwersytecie Tennessee, instytucji nazywanej Trupią farma właśnie – jedynego na świecie ośrodka naukowego zajmującego się badaniami nad rozkładem ludzkiego ciała.

Bill wykorzystywał swoje praktyczne nauki do wyjaśniania spraw kryminalnych: morderstw, porwań, zaginięć. Historie swojego udziału w tych śledztwach opisuje w sposób typowy dla naukowca: szczegółowo, konkretnie, logicznie. Z początku przeprowadzał badania nad grobami Indian Arikara w połowie XX wieku, trwające czternaście lat i obejmujące od czterech do pięciu tysięcy indiańskich grobów. Działo się to jeszcze przed otrzymaniem oferty pracy na Uniwersytecie Tennessee. W roku 1966 Bill zaczyna zajmować się antropologią sądową – jak sam twierdzi – jego prawdziwym powołaniem.

Treść książki początkowo wydaje się ciekawa, intrygujące są opisy przeprowadzanych badań i sposobów pracy ze zwłokami, jednak po czasie książka zaczyna nużyć. Kolejna sprawa, kolejne badania, kolejne zwłoki – wszystko się powtarza i muszę przyznać ze zdziwieniem, że wraz z upływem stronic robi się coraz mniej ciekawie. A szkoda. Pomysł na książkę jest świetny – gdyby zrobić z niej thriller o fikcyjnej fabule i postaciach wzorowanych na prawdziwych, gdyby dodać jej napięcia, dreszczyku emocji, wtedy antropologiczna wiedza Bassa nadałaby powieści dodatkowego smaczku. Jednakże nad literackimi zapędami przeważyła tutaj naukowa maniera – dla kogoś spragnionego wiedzy z zakresu medycyny sądowej i kilku ciekawych faktów książka może okazać się strzałem w dziesiątkę, jeśli natomiast spodziewacie się thrillera, to się rozczarujecie.

Jak podaje tekst na tylnej stronie okładki, jest to „książka dla miłośników seriali CSI: Kryminalne zagadki oraz Kości”. Cóż, ja telewizji nie oglądam, więc i tych seriali nie znam, może dlatego właśnie Trupia farma niespecjalnie do mnie przemówiła. Polecić można, owszem, bo jest to pozycja stosunkowo ciekawa. Tyle że, jakby to rzec, szału nie ma.



piątek, 1 listopada 2013

Trylogia mostu: Światło wirtualne, William Gibson



Światło wirtualne, William Gibson

            Po niedawnej (i kolejnej) lekturze Trylogii Ciągu Gibsona przyszedł czas na jego Trylogię Mostu. Muszę Wam powiedzieć, że dość solidnie wciągnęły mnie wizje dystopijnego świata, jakie Gibson kreuje w swoich powieściach. Wirusy, plagi, katastrofy, a przy tym dysfunkcyjne społeczeństwa charakteryzujące się swoistym rozbiciem, nieładem, postaci dalekie od ideałów i ten oryginalny, wymagający zaangażowania styl autora – to wszystko składa się na lekturę stosunkowo niełatwą, lecz na pewno ambitną, pobudzającą wyobraźnię w stopniu o wiele większym, niż można by się tego początkowo spodziewać. Tego, co serwuje nam Gibson w swoich powieściach, nie znajdziemy nigdzie indziej.

            Trylogię Mostu, a raczej otwierającą ją część, Światło wirtualne, czytałem po raz pierwszy. Łatwo jest jednak zauważyć tą nacechowaną fatalizmem właściwość świata, znaną już z lektury Trylogii Ciągu. W Świetle wirtualnym Gibson przenosi nas do początku XXI wieku, do zniszczonej trzęsieniami ziemi Kalifornii, na miejscu której powstają dwa siostrzane stany: NoCal i SoCal. W wyniku katastrofy zostaje uszkodzony most Golden Gate, symbol san Francisco, i właśnie to miejsce staje się domem dla wyrzutków, morderców, psychopatów i wszelkiego rodzaju niebezpiecznych ludzi. Na moście mieszka Chavette Washington. Dziewczyna jest posłańcem, a na jednym z hotelowych przyjęć pod wpływem impulsu kradnie pewnemu facetowi okulary. Jak się wkrótce okazuje, ten z pozoru zwyczajny przedmiot jest zaawansowanym technologicznie gadżetem, pozwalającym na uzyskanie dostępu do tajnych informacji.

            Niedługo później zostają znalezione zwłoki poprzedniego właściciela okularów, a dziewczyna znajduje się w poważnym niebezpieczeństwie. Zaczynają się poszukiwania sprawcy mordu, a także tego, kto zabrał okulary.

            Głównym bohaterem powieści jest Berry Rydell – były gliniarz i, jak się szybko okazuje – także były ochroniarz. Kiedy traci pracę w IntenSecure, zaczyna pracować jako kierowca dla niejakiego Warbaby’ego, łowcy głów. Warcaby ma odnaleźć okulary należące do Blixa, który został znaleziony martwy po tym, jak wynajął IntenSecure do odzyskania okularów. Rydel będzie musiał udać się na Most, by odszukać na nim Chavette i zdobyć okulary.

            Ten krótki opis fabuły nasuwa na myśl skojarzenia z kryminałem czy powieścią sensacyjną i rzeczywiście, Światło wirtualne mogłoby być taką właśnie książką, gdyby nie oryginalność świata, w jakim Gibson osadził wydarzenia. Powieść jest swoistą integracją science fiction z kryminałem. Poniżej przytoczę fragment opisu samego Mostu, aby zobrazować Wam chociaż odrobinę to, o czym piszę:

            „…Jak zwykle ten widok poruszył go w porannym słońcu ukośnie przeświecającym przez plątaninę przybudówek.
            Integralności przęseł pilnowano równie rygorystycznie jak praw autorskich, jednak wokół nich wyrosła nowa rzeczywistość, rządząca się własnymi prawami. Nastąpiło to stopniowo, nie według konkretnego planu, przy użyciu wszelkich wyobrażalnych technik i materiałów. Rezultatem była amorficzna, zdumiewająco organiczna budowla. W nocy, oświetlona bożonarodzeniowymi lampkami, regenerowanymi neonami i latarkami, epatowała dziwnie średniowieczna energią. W dzień, widziana z daleka, przypominała mu ruiny angielskiego Brighton Pier, oglądane przez jakiś popękany kalejdoskop styków architektonicznych. Jej stalowe kości, naprężone ścięgna, ginęły pod wytworami rodem ze snów: salonami tatuażu, salami gier, słabo oświetlonymi straganami ze stosami żółknących gazet, sklepików z fajerwerkami, przynętą, punktów przyjmowania zakładów, barów sushi, nielicencjonowanych lombardów, zielarni, zakładów fryzjerskich i tawern. Wykwity komercyjnych snów, rozmieszczone na poziomach, po których niegdyś odbywał się ruch kołowy, podczas gdy nad nimi, sięgając aż po same szczyty wież podtrzymujących liny, wznosiły się pracowicie zawieszone gniazda, z ich niezliczoną populacją i strefami bardziej osobistych marzeń.”

            Jak widać, styl prekursora cyberpunku ma w sobie coś… niepowtarzalnego. Coś, co czyni go na tyle oryginalnym, że skierowanym raczej do grupy docelowej, że się tak wyrażę, niż do przypadkowego czytelnika. Wyobrażając sobie światy Gibsona, nie sposób nie zauważyć ich mrocznej dziwaczności, chaotycznej dystopijnej struktury i specyfiki. Wizje te mogą budzić kontrowersyjne odczucia, ale nie można powiedzieć, że nie są obrazowe. Wręcz przeciwnie, bardzo oddziałują na wyobraźnię, co może potwierdzić kolejny fragment tekstu, tym razem opis San Francisco:

            „Centrum san Francisco robiło wrażenie. Całe otoczone wzgórzami, zbudowane na pagórkach lub między nimi, pozytywnie wpływało na Rydella. Był gdzieś. W konkretnym miejscu. Chociaż nie umiał powiedzieć, czy podoba mu się tutaj. Może tylko to miasto tak dalece różniło się od LA i było nieustannie oblewane potokiem sączącego się zewsząd światła. Czuł, że przybył tu jakby z innego świata, wśród tych starych, stłoczonych budynków, nie nowszych od tego ze stromym dachem (a wiedział, że i ten jest stary). Chłodne wilgotne powietrze, para unosząca się z kratek na chodnikach. I ludzie na ulicach, ale nie tacy zwyczajni: ludzie mający dobrą pracę i ciuchy. Dziwne miejsce.”

            Postać Rydella osadzona w chaosie gibsonowego świata wydaje się być jakby jego swoistym reprezentantem. Berry ma kontakt z dwoma skrajnymi obliczami San Francisco: tym lepszym, ale i tym gorszym. Wykonuje zlecenia dla pieniędzy, ale w pewnym momencie nie waha się pomóc dziewczynie i zbuntować przeciwko ludziom, którzy nie cofną się przed niczym, by zdobyć okulary, światło wirtualne. Szkła są drzwiami do rzeczywistości wirtualnej, mają olbrzymią wartość – są znacznie cenniejsze niż ludzkie życie. W świecie Gibsona materializm jest jedną z największych wykładni.

            Profile psychologiczne postaci są dość oszczędne, jednakże nie da się nie zauważyć, że wszystkich łączy jedno: rezygnacja, poddanie się mrocznemu światu, w jakim przyszło im żyć. To świat pełen skrajności, ale także być może jest to groteskowa wizja teraźniejszości, ponura przepowiednia nadciągających dni walki o byt w świecie kapitalistów i materialistów? Nie trzeba być wyjątkowo dalekowzrocznym, by dostrzec w otaczającej nas rzeczywistości symptomy rozkładu. Pytanie tylko, czy przerodzą się one w prawdziwą chorobę, której skutkiem może być przyszłość opisywana już dwadzieścia lat temu przez Gibsona.

            Jeśli chcecie zagłębić się w ten świat, otworzyć umysł na dystopijne wizje i fatalizm, to jest to książka dla Was. Jeśli natomiast wolicie lektury łatwiejsze, nie wymagające, to dajcie sobie ze Światłem wirtualnym (i innymi książkami tego autora) spokój. Gdyby natomiast ktoś mnie pytał, to jak najbardziej je polecam. 

 Autor: Gibson William


Wydawnictwo: KSIĄŻNICA

Rok wydania: 2010

Kategoria: Literatura piękna / Fantastyka

Tytuł oryginału: Virtual Light
ISBN: 9788324578900
Ilość stron: 272
Oprawa: Miękka ze skrzydełkami

poniedziałek, 21 października 2013

"Duch w sieci", Kevin Mitnick, William L. Simon


Recenzję Ducha w sieci napisałem pod koniec poprzedniego roku, ale w związku z tym, że na portalu Unreal-fantasy.pl została opublikowana niedawno, i ja publikuję ją dopiero teraz. Jest to lektura obowiązkowa dla tych zainteresowanych hakingiem, ale także książka o człowieku wybitnym, o buntowniku sprzeciwiającym się systemowi i - co tu dużo pisać - o jednym z najlepszych hakerów, jacy chodzili po tym łez padole.


Całkiem niedawno skończyłem czytać Hakera Kevina Poulsena, opowiadającego biografię Maxa "Icemana" Butlera. Mój głód wiedzy na temat hakerów ciągle jednak nie został zaspokojony, dlatego kiedy tylko w księgarniach pojawiła się kolejna pozycja z hakerskich biografii, Duch w sieci, wiedziałem, że muszę ją mieć. 


W odróżnieniu od biografii Maxa Butlera, Duch w sieci jest autobiografią napisaną przez samego Kevina Mitnicka, którego mit doprowadził do tego, że był on i nadal jest określany mianem „największego hakera świata”. Kevin Mitnick jest również autorem dwóch innych powieści, Sztuki podstępu wydanej w roku 2003 i traktującej o socjotechnice, oraz Sztuki infiltracji z roku 2005, opisującej hakerskie techniki i nazywanej „Biblią hakerów”. Obie poprzednie książki Kevina są raczej podręcznikami niż powieściami, mającymi dostarczać wiedzy na wyżej wspomniane tematy, jednakże Duch w sieci to zupełnie co innego. 



Ciąg dalszy na unreal-fantasy.pl:

Autor: Mitnick Kevin, Simon William L.
Wydawca: Wydawnictwo Pascal
ISBN: 9788376420561
liczba stron: 672
Okładka: miękka
Data premiery: 2012-11-07

Recenzja napisana dla portalu:


czwartek, 10 października 2013

Moja klasyka: "Teoria gier", Hector Macdonald


Thrillery, w których gliniarz podąża tropem mordercy, bada miejsca zbrodni i robi masę innych rzeczy, by powstrzymać zbrodniarza, nigdy nie należały do moich ulubionych. Są dla mnie już zbyt ograne, a schematy, według których je napisano, częstokroć bazują na tych samych, niezmiennych od długich lat wzorcach. Oczywiście czasem zdarzy się taki, który może się spodobać mimo niezbyt oryginalnej warstwy fabularnej, który podoba nam się ze względu na styl lub sposób, w jaki został napisany. Jednak jeśli mam ochotę na naprawdę dobry thriller, taki, przy którego lekturze mocno czuć sprawnie rozłożone napięcie, sięgam po inny rodzaj thrillera. Rodzaj z najwyższej wśród dreszczowców półki, lekturę bardziej wysublimowaną i skomplikowaną, perfekcyjnie skonstruowaną i urzekającą – thriller psychologiczny.

            Niektórzy z Was pewnie myślą teraz: taki wstęp, a chodzi mu o zwykły thriller psychologiczny? Jeśli komuś przeszło coś takiego przez myśl, to idę o zakład, że nie miał w rękach jeszcze żadnej z książek Patricka Redmonda, nie czytał Dawki geniuszu Alana Glynna ani nie słyszał nic o wydanej w 2001 roku Teorii gier Hectora Macdonalda. Wymienionych thrillerów w żadnym wypadku nie można nazwać „zwykłymi”.

            Kiedy spojrzymy na tylną stronę okładki książki, możemy przeczytać cytaty z The Times i Publisher Weekly:

„Przerażające możliwości kontroli umysłu w szarpiącym nerwy thrillerze psychologicznym.”

„Zupełnie nowa kategoria teorii spisku, szokująca gra i pierwotny strach”

            Kiedy już skończymy ją czytać, przypominamy sobie te dwa cytaty i uświadamiamy sobie, że nie sposób się z nimi nie zgodzić. Ponieważ faktem jest, że Teoria gier to nie tylko uniwersalny thriller – to książka, która zapoczątkowała nowy gatunek dreszczowca – thriller emocjonalny.

            Przybliżając początkowy rys fabuły trzeba napisać, że jej głównym bohaterem jest student biologii z Oksfordu. Ben Ashurst jest chłopakiem inteligentnym, ale również dość naiwnym, borykającym się z własnymi problemami i bardzo uczuciowym. Ogólnie rzecz biorąc to postać pozytywna, dająca się lubić pomimo tego, że czasem zachowuje się bardzo egoistycznie – tak czy inaczej, czytelnik odnajdzie w Benie część samego siebie.
           
            Promotorem Bena jest James Fieldhead – młody, genialny naukowiec, dziecko sukcesu i człowiek o zapewnionej pozycji w akademickim światku. Eksperymentuje on z detektorem impulsów neuronowych pochodzących z mózgu, który pozwoli mierzyć poziom reakcji emocjonalnych. O przydatności takiego urządzenia w medycynie i innych naukach można wiele spekulować, wystarczy jednak powiedzieć tylko, że opatentowanie go przyniosłoby Fieldheadowi masę pieniędzy i jeszcze większy prestiż. Aby przetestować prototypowe urządzenie, Ben decyduje się na trzytygodniowy wyjazd do Watamu w Kenii. Towarzyszy mu Cara, niezwykle atrakcyjna blondynka poznana na przyjęciu u przyjaciół chłopaka. Oboje cieszą się na wspólny wyjazd, który traktują raczej jak wakacje niż udział w eksperymencie, tym bardziej, że już od chwili poznania rozkwitł między nimi płomienny romans. Gorące plaże i malownicze widoki jak najbardziej mają sprzyjać emocjom odczuwanym przez Bena i opisywanym dla profesora.

            Jednak wyjazd ten nie musi być ciągłą przyjemnością, na jaką wygląda z początku. W Kenii trwają zamieszki – Kenijska Partia Wolności chce uwolnić kraj od wyzyskiwaczy, czyli wszystkich nie-czarnych ludzi. Jak się można spodziewać, Bena czekają problemy.

            Wyżej przedstawiłem tylko ogólnikowy zarys, a właściwie wstęp do tej mocno skomplikowanej i zaskakującej historii. Nie chciałbym psuć przyjemności lektury tym z Was, którzy jeszcze po Teorię gier nie sięgnęli. Trzeba jednak jasno dodać, że w trakcie czytania postrzeganie głównego bohatera (i nasze) będzie się zmieniało, a to, co wydawało się faktem oczywistym, nagle przestanie nim być. Zwrotów akcji nie będzie brakowało, będziemy mogli także doskonale wczuć się w sytuację Bena, gdyż autor wybrał najlepsze rozwiązanie z możliwych do napisania tej książki – użył narracji pierwszoosobowej.  Postaci sportretowane zostały nad wyraz dobrze, każda z nich jest odmienna i charakterystyczna, każda żyje własnym życiem i ma odmienne od towarzyszy zapatrywania, dąży do czego innego i zachowuje się inaczej. Cara wydaje się być tym typem dziewczyny, który korzysta z każdej chwili życia, cieszy się nią, jest żywiołowa i impulsywna, lecz bez wątpienia także – bardzo inteligentna. Ben to młodzieniec dający się wodzić za nos, ulegający emocjom i przez to doskonale nadający się do eksperymentu Fieldheada. Profesor zaś jest idealnym przykładem bardzo błyskotliwego naukowca, który potrafi olśnić swoją erudycją i żywą inteligencją.

            Mogłoby się wydawać, że gry możemy podzielić na dwa rodzaje: takie, w których jest zwycięzca i przegrany, oraz takie, które odbywają się na zasadzie współpracy między ich uczestnikami – w drugim wypadku korzyść z wygranej może być mniejsza niż z długoterminowej współpracy. Jeśli więc  chcecie czuć się zaskakiwani i sprawdzić, do jakiego rodzaju gry zaprosił Fieldhead głównego bohatera, do czego doprowadzi go udział w eksperymencie i jakie uczucia towarzyszą mu przez cały ten czas, odsyłam Was do Teorii gier.


            Uważacie, że Jeffery Deaver, autor, którego książki charakteryzują się licznymi zwrotami akcji, potrafi zwodzić czytelnika? Ha! On i wielu innych twórców kryminałów i thrillerów mogliby się bardzo wiele nauczyć w tej kwestii od  Hectora Macdonalda,  brytyjskiego pisarza, którego wyżej recenzowany debiut został przetłumaczony na dwadzieścia języków i sam w sobie stanowi perfekcyjny przykład thrillera psychologicznego.