środa, 29 stycznia 2014

"Rytuał babiloński", Tom Knox


Tom Knox jest autorem czterech powieści wydanych przez wydawnictwo Rebis, między innymi bestsellerowego Sekretu Genesis. Naprawdę nazywa się Sean Thomas i jest mieszkańcem Londynu, pisującym do gazet i tygodników.

            Rytuał babiloński to thriller o wartkiej akcji, ale powiedziałbym także, że jest to osobliwy gatunek thrillera: thriller gore. Gore z tego względu, że opisów okropności i okaleczeń w powieści nie brakuje. Ale po kolei.

            Trujillo, Peru. Jessica Silverton odwiedza znajdujące się pod stacją benzynową Museo Casinelli. Robi zdjęcia eksponatów, a potem opuszcza budynek. Kiedy znajduje się na zewnątrz, widzi pędzącą niebezpiecznie ciężarówkę: samochód uderza w stację benzynową i wszystko wokół niej wybucha.

            Midlothian, okolice Edynburga. Reporter Adam Blackwood i jego przyjaciel fotograf robią reportaż o kaplicy Rosslyn. Turyści poszukują w tym kościele śladów Świętego Graala i templariuszy, spacerując po wnętrzu świątyni z Kodem Leonard da Vinci w ręku. Adam i Jason spotykają Archibalda McLintocha, znanego ze swojego sceptycyzmu historyka. W rozmowie z reporterami McLintoch przyznaje niespodziewanie, że mylił się całkowicie w swoich wcześniejszych twierdzeniach. Uważa, że kaplica jest jednak kluczem do wszystkiego i ma związek z templariuszami. Zaskoczeni reporterzy opuszczają kościół, a w chwilę później mija ich rozpędzony samochód i uderza w jego ścianę. Gdy Adam podchodzi do wraku, widzi uśmiechniętego trupa Archibalda McLintocha.

            Po śmierci historyka jego córka, Nina, dzwoni do Adama. Spotykają się i młoda kobieta zdradza mu, że przed śmiercią ojciec mówił o odkryciu wielkiego sekretu, że stał się bogatszy i szczęśliwszy, ale i niespokojny. W ostatnich latach życia podróżował także po świecie i Nina namawia Adama, by wyruszyli razem jego śladem. Nie wierzy, że śmierć ojca była samobójstwem.

            Londyn. Mark Ibsen, główny detektyw Scotland Yardu, prowadzi śledztwo w sprawie śmierci Nikołaja Kierienskiego. Mężczyzna został znaleziony we własnym domu z odciętymi stopami i prawą dłonią. Po oględzinach mieszkania Ibsen dochodzi do wniosku, że wszystko wskazuje na to, iż te straszliwe rany młody człowiek zadał sobie sam. Jakby tego było mało, do detektywa dociera informacja o trupie, który najprawdopodobniej sam obciął sobie głowę piłą łańcuchową. Śledztwo rozpoczyna się na dobre.

            Można powiedzieć, że Rytuał babiloński jest archeologicznym thrillerem gore, gdyż elementy historii, dawnych wierzeń, kultur i cywilizacji przeplatają się w książce między sobą i prowadzą czytelnika dość krętą drogą. Zmieniają się także miejsca akcji: od Wielkiej Brytanii po lasy Amazonii. Śledzimy losy detektywa Ibsena, starającego się rozwikłać tajemniczą sprawę niewiarygodnie okrutnych i  śmiertelnych samookaleczeń bogatych ludzi, przyglądamy się badaniom grobowca w Peru prowadzonym przez Jessicę Silverton i jej szefa Dana, odwiedzamy wraz z Niną i Adamem miejsca, w których przebywał ojciec dziewczyny przed śmiercią. Tu i ówdzie natykamy się również na tajemniczego mężczyznę z wytatuowanymi czaszkami na dłoniach, który sprawia zdecydowanie mało przyjemne wrażenie.

            Co łączy te wszystkie miejsca i tajemnicze samobójstwa? Czy istnieje związek między wymarłymi cywilizacjami Azteków, preinkaskiej kultury Moche, nazistowskimi Niemcami i meksykańskimi kartelami narkotykowymi? Z pewnością, jak dowodzi Tom Knox, prowadząc akcję powieści najpierw jednym intrygującym torem, a w finale przechodząc do innego, nieco bardziej przyziemnego, lecz wcale nie mniej przerażającego. W efekcie otrzymujemy thriller mocno naciągany, ale bez wątpienia mieszczący się w ramach gatunku i zawierający dość ciekawe, mocno osobliwe elementy.

            


Recenzja napisana dla portalu:


sobota, 25 stycznia 2014

"Szmaragdowa tablica", Carla Montero


            Zagadka spleciona z faktami historycznymi, teraźniejszość z przeszłością, praca z życiem prywatnym, tajemnica z codziennością, wciągająca akcja z momentami oczekiwania... Wszystkie te elementy, umiejętnie ze sobą połączone, mogą stanowić receptę na dobrą, a może nawet bardzo dobrą, powieść. Powinny sprawić, że czytelnik nie będzie się nudził, że lektura go wciągnie, a bohaterowie staną mu się bliżsi. Jeśli dodamy do tego jeszcze ciągle odczuwane napięcie, powieść może stać się prawdziwym bestsellerem. Udowodnił to już Noah Gordon, podbijając serca wielu czytelników niezapomnianym cyklem o lekarskiej rodzinie Cole’ów. I można śmiało założyć, że to samo zrobi jeszcze niejeden pisarz.

            Podobną próbę połączenia wymienionych wyżej elementów podjęła Hiszpanka Carla Montero. W swojej Szmaragdowej tablicy przenosi czytelnika kilkadziesiąt lat wstecz, do lat czterdziestych ubiegłego wieku. Główny wątek powieści rozgrywa się w początkach XXI wieku, natomiast drugi i nie mniej ważny, w czasie II wojny światowej. Tym, co łączy je ze sobą, jest tajemnica ukryta w obrazie Giorgionego, Astrologu.

            W prologu autorka przenosi nas do średniowiecznej Florencji, do roku 1492, i kreśli nam obraz dorastającego młodzieńca, Giorgio, który swymi płótnami na zawsze już zapisze się w historii jako Giorgione. Florencki młodzieniec zostaje wysłany przez ojca do Wenecji, by mógł kształcić go mistrz Bellini. Od najmłodszych lat posiadający prawdziwy talent, w warsztacie mistrza poznaje sztukę malarską. Usługując Belliniemu, ma zwyczaj wymykać się czasem na wyspę San Michele, by w spokoju obserwować klasztor oraz grę świateł i cieni. To tam właśnie Giorgio spotyka starego mnicha Fra Ambroniusa, z którym się zaprzyjaźnia i od którego się uczy.

            Pewnego dnia mnich, badając dary dla klasztoru, znajduje zagadkowy walec z karnedu, pokryty tekstem w antycznej grece i owinięty w pergamin. Podejrzewając olbrzymie znaczenie znaleziska, wysyła Giorgia do Akademii we Florencji, do ojca Marsilia Fincina, by ten mógł zgłębić tajemnicę walca i papirusów. Na miejscu ojciec Fincino prowadzi Giorgia do Giovaniego Pico i księcia Florencji, sławnego Wawrzyńca Medyceusza, który, jak się okazuje, posiada walec identyczny z tym przywiezionym przez Giorgia. Mędrzec zdaje sobie sprawę z wagi tajemnicy, do jakiej prowadzi tekst na walcach, dlatego decyduje, że muszą ukryć ją przed niepowołanymi oczyma. Debatując wraz z ojcem Fincino oraz Giovanim Pico nad najlepszym sposobem utajnienia informacji, Wawrzyniec zostaje zaskoczony przez młodego Giorgia, który podsuwa im doskonałe rozwiązanie problemu.

            Prusy Wschodnie, lata czterdzieste dwudziestego wieku. Trwa operacja Barbarossa, okres ataku nazistowskich wojsk na Związek Radziecki. Hitler przebywa w Wilczym Szańcu, bezpiecznym leśnym schronieniu, i studiuje dokument historyczny z XV wieku, którego autorstwo przypisuje się Giovanniemu Pico della Mirandoli. Po lekturze tłumaczenia, Hitler postanawia jak najszybciej zorganizować tajne spotkanie z Heinrichem Himmlerem.

            Okupowany Paryż. Himmler wysyła majora SS Georga von Bergheima na poszukiwania Astrologa Giorgionego. Von Bergheim wątpi w istnienie nigdy nie odnalezionego płótna, jednak Hitler chce, by obraz znalazł się w poosiadaniu Rzeszy. Aby spełnić rozkaz führera, Georg musi odnaleźć kobietę, która ma doprowadzić go do cennego zabytku sztuki florenckiej.

            Żydowska rodzina Bauerów. Ojciec przekazuje wiedzę o płótnie Giorgionego swej córce, Sarah. Powierza jej także obraz, polecając, by dobrze go ukryła i strzegła rodzinnej tajemnicy. Potem zamyka młodą dziewczynę w piwnicy, tuż przed nalotem oddziału SS, który wszystkich poza nią aresztuje.

            Sarah pracuje w księgarni, wolny czas spędzając z przyjaciółmi Marion oraz Jacobem. Kiedy dowiaduje się, że oboje należą do ruchu oporu działającego w Paryżu, postanawia się do nich przyłączyć. Niewiele myśli o obrazie, którego ojciec przykazał jej strzec, ale wkrótce okaże się, że florenckie płótno nierozerwalnie splecie jej życie z losami majora von Bergheima.

            Początek XXI wieku, Madryt. Ana pracuje w Muzeum Prado i spotyka się z bardzo bogatym Niemcem, kolekcjonerem dzieł sztuki Konradem. Jej życie przebiega spokojnie, jednak tylko do chwili, kiedy Konrad natyka się w jednym z listów z czasów II wojny na ślad tajemniczego Astrologa, którego autorstwo przypisuje się malarzowi epoki renesansu, Giorgionemu. Skuszony wartością płótna, Konrad przekonuje Anę, by zajęła się jego odnalezieniem. Kobieta udaje się do Paryża i mimo wielu przeszkód poznaje nie tylko losy rodziny, która od pokoleń strzeże Astrologa, ale także dociera do niezwykłej prawdy, która na zawsze odmieni jej życie.

            Szmaragdowa tablica jest powieścią napisaną bardzo ciekawie i z dużym rozmachem. Co interesujące, główny, współczesny wątek, który w powieści gra pierwsze skrzypce, w trakcie lektury staje się nieco mniej ciekawy niż wydarzenia rozgrywające się w okupowanym przez nazistów Paryżu. Czytając o losach Sarah, Jacoba i von Bergheima, odczuwa się nieustanne napięcie i bardzo sugestywną siłę wojennej rzeczywistości, tak sprawnie opisanej przez autorkę. Mroczny cień, jaki Carla Montero rzuca na nazistów, nie jest jednak tak jednoznaczny, jak mogłoby się wydawać. Autorka odmalowuje przed nami postaci targane wewnętrznymi rozterkami, dylematami moralnymi, jak von Bergheim, który całym sercem kocha Rzeszę, ale nie potrafi pogodzić się z torturowaniem i wysyłaniem na śmierć kobiet i dzieci. Jest nazistą, dumnie nosi swój mundur, ale wydarzenia, których stał się częścią, rodzą w nim bunt, zmieniają go wewnętrznie, aż do tego stopnia, że ośmiela się zrealizować śmiały, acz jednocześnie bardzo ryzykowny plan wyprowadzenia w pole niemieckiej Rzeszy. A wszystko to dla Sarah Bauer, Żydówki.

            Z drugiej strony autorka przedstawia nazistów jako zabójców i sadystów, bez wahania pozbawiających godności i życia Żydów. Pokazuje sposób, w jaki niemieccy żołnierze myślą, to, że tacy po prostu są i należy się z tym pogodzić. Taki jest system, oni są jego częścią, wykonują rozkazy nie tylko z powinności, ale także ze strachu przed zemstą dzieci tych, których mordują w obozach koncentracyjnych.

                        Postacią pierwszoplanową wątku rozgrywającego się współcześnie jest, naturalnie, Ana. W trakcie swych badań kobieta bardzo emocjonalnie reaguje na wszystko, co ją otacza: początkowo niechętna badaniom, potem nimi zmęczona, przerażona i wreszcie zaciekle walcząca o dotarcie do prawdy. Współpracując z profesorem Alainem Arnaux Ana widzi, że ich wzajemne relacje zmieniają się, że wraz z rozwojem wypadków reagują na siebie inaczej i nabierają do siebie zaufania. Jest postacią trochę zbyt impulsywną, czasem nawet zbyt łatwowierną, ale dzięki temu bardziej rzeczywistą.

            Podobnie zmienia się to, jak Sarah odbiera swojego przyjaciela Jacoba. Czynne uczestniczenie w działaniach ruchu oporu prowadzi go do nazistowskiego aresztu, w którym jest poddawany sadystycznym przesłuchaniom. Sarah jednak nie opuszcza go, pozostaje oddana Jacobowi w najtrudniejszych chwilach. Pomaga w zorganizowaniu ucieczki ze szpitala i zajmuje się załamanym mężczyzną, który jednak ma tak wiele problemów z sobą, że przebywanie z nim jest dla Sarah często prawdziwą katorgą. Początkowo oddana, z czasem nabiera do niego dystansu, a nawet się go boi.

            Fabuła książki nabiera tempa wraz z kolejnymi stronicami, choć trzeba przyznać, że trzyma znacznie bardziej wyrównany poziom w wątku wojennym. Teraźniejsze wydarzenia biegną wolniej, sporo miejsca autorka poświęciła Anie, tworząc stosunkowo złożony, ale i nieco typowy obraz kobiety współczesnej.

             Efekt pracy Carli Montero, jaki otrzymaliśmy w postaci Szmaragdowej tablicy, jest bardzo zadowalający. Powieści nie brakuje polotu, zwłaszcza na płaszczyźnie przygód Sarah i Jacoba. Na szczęście autorka ma w sobie wystarczająco dużą wrażliwość i zrozumienie, by dobrze oddać na stronicach książki trudy życia w czasie II wojny światowej, nie tylko cywilów, ale i żołnierzy. Szmaragdowa tablica na kilka długich wieczorów zapewnia ciekawą lekturę i choć może nie jest to wiekopomne dzieło, to z pewnością sprawi czytającemu dużą przyjemność.

Recenzja napisana dla portalu:


środa, 22 stycznia 2014

"Niewinna", Taylor Stevens


           
            Jakiś czas temu Rebis wydał Informacjonistkę, debiut literacki Taylor Stevens, który odbił się w literackim świecie szerokim echem, został przełożony na jedenaście języków i z miejsca zyskał sobie wielu zwolenników. W roku 2013 pojawiła się druga odsłona przygód Vanessy Munroe, traktująca o zamkniętym, odizolowanym świecie sekt religijnych.

            Wszystko zaczyna się od telefonu Logana, przyjaciela Munroe, który prosi ją o pomoc w odzyskaniu swej uprowadzonej córki, Hanny. Trzynastoletnia dziewczynka została uwięziona w kleszczach sekty Wybranych, w jednej z „Przystani”, czyli domów, w których przebywają zarządzający i dzieci. Wychowany w podobnych warunkach Logan wie, jak niszczycielski wpływ może mieć sekta na psychikę człowieka, a zwłaszcza dziecka. Munroe również zdaje sobie z tego sprawę i pomimo własnych problemów decyduje się pomóc przyjacielowi.

            Taylor Stevens sama urodziła się i wychowała w sekcie „Dzieci Boga”, z którą ostatecznie zerwała i wybrała własną drogę. Z takim bagażem doświadczeń zrozumiałe jest, że pisarka potrafi oddać duszną atmosferę panującą wśród członków sekt, ich wzajemne relacje i struktury organizacyjne. W Niewinnej otrzymaliśmy bardzo rzeczywisty obraz takiej sekty, funkcjonującej według wyraźnego podziału świata na „Boże Przystanie” i całą resztę, czyli „Pustkowie”. Jest to świat mrocznych instynktów, świat odrębny od społeczeństw i ich norm funkcyjnych, w którym dobro ogółu jest stawiane ponad dobrem jednostki, a wolność wyboru wydaje się być tylko ułudą.

            Munroe zagłębia się w ten świat, po drodze nie szczędząc sił i trudów, by dotrzeć do córki Logana i ją ocalić. Aby tego dokonać, musi wykorzystać cały swój spryt i niebagatelne umiejętności przeżycia, stoczyć walkę na śmierć i życie i pozbawić życia niejednego łotra. Niepokonana, niezłomna, twarda, uparta, inteligentna, wrażliwa, piękna. Taka jest Vanessa Munroe. I, w efekcie, nierzeczywista. Z jednej strony wydaje się być człowiekiem z krwi i kości: miewa koszmary, ulega impulsom, nosi siniaki i przeżywa różne stany emocjonalne. Z drugiej natomiast działa jak mordercza maszyna, zdolna samotnie pokonać wroga w przeważającej sile. Nie stroni od zabijania, od wymierzania samozwańczych wyroków, od odpowiadania przemocą na przemoc.

            Czytając o jej wyczynach, co i rusz nasuwa się skojarzenie z bohaterami filmów akcji. Nawet całkiem niedawno nakręcono taki film, zatytułowany Columbiana. Jest to historia o młodej kobiecie, która całe swoje życie poświęciła zemście na mordercach jej rodziców. Niezwykle sprawna fizycznie, piękna i inteligentna, dzięki pomysłowości potrafi dostać się wszędzie i dotrzeć do każdego. Wyobrażając sobie Vanessę Munroe, miałem przed oczyma bohaterkę wspomnianego filmu. Te dwie postaci są niemal identyczne. 

            Niewinna jest sensacyjnym thrillerem z dużą dawką żywej akcji i dość ciekawą fabułą. Taylor Stevens pisze tak, że powieść czyta się szybko, ale czasem wyraźnie widać, że autorka wolała naciągnąć to i owo niż starać się konsekwentnie uwiarygodnić fabułę. Kilka szczegółów odnośnie akcji i wydarzeń rozgrywających się w książce zgrzyta i razi brakiem logiki i realizmu, ale nie psują jakoś specjalnie przyjemności czytania. Niewinną można więc ocenić jako całkiem solidną pozycję literatury sensacyjnej, która mimo kilku drobnych niedociągnięć potrafi się obronić.

               

Recenzja napisana dla portalu:



            

czwartek, 16 stycznia 2014

Seria Nexus: "Crux", Ramez Naam



            Kilka miesięcy po przeczytaniu przeze mnie Nexusa, na polski rynek trafiła druga część serii Nexus Rameza Naama, Crux. Świat pełen nanobotów, bio-ulepszeń i modyfikacji ludzkiego ciała wciągnął mnie już podczas lektury Nexusa, a wartka akcja nie pozwalała oderwać się od książki. Pochłaniając Nexusa miałem wrażenie, że trochę tej akcji jest tam za dużo, że autor za bardzo stawia na dynamikę i bieganinę bohaterów, zamiast zająć się kwestiami połączeń umysłów, wpływem nanonarkotyku na ludzkie zachowania i kwestie moralne. W Cruxie na szczęście udało mu się zrównoważyć te braki, bo choć akcji również nie brakuje, to czytamy także o rozterkach bohaterów i ich refleksjach, o tym, do czego niewłaściwie wykorzystany Nexus może doprowadzić.

            Powieść jest oczywiście kontynuacją wydarzeń, które rozgrywały się w Nexusie. Na rynku pojawia się nowa wersja nanonarkotyku, Nexus 5, pozwalająca kontrolować umysły i ciała innych ludzi. Po nieudanym zamachu Frontu Postludzi na życie prezydenta USA, przeprowadzonym za pomocą zdalnie kontrolowanego agenta spełniającego rolę żywej bomby, ERD wysyła za Kadenem Lanem list gończy. Choć Kade nie jest winien zamachu, to ERD chce go schwytać, by dowiedzieć się, jak ta terrorystyczna akcja była przeprowadzona, a także jakie możliwości daje nowa wersja Nexusa. Są bardzo zainteresowani tak zwanym „oprogramowaniem submisji”, pozwalającym na przejęcie całkowitej kontroli nad umysłem i ciałem innego użytkownika Nexusa 5. Jest to systemowe ulepszenie, nakładka. Niektórzy programiści używają submisji do kradzieży, gwałtów i morderstw. Kade także jej używa, lecz po to, by powstrzymywać przestępców przed dokonywaniem zbrodni. Wraz z Fengiem muszą się ukrywać przed agentami i łowcami głów, ciągle są w drodze i omijają duże miasta. Starając się nie wpaść w ich ręce, docierają do Wietnamu.

Sam osiadła w wiosce, w której żyją dzieci posiadające niezwykle błyskotliwe umysły i Nexusa od urodzenia. Opiekując się nimi i prowadząc spokojny tryb życia, z dala od ERD i taktycznych akcji, nie wykorzystując ulepszeń swojego ciała, nawiązuje związek z jednym z opiekunów dzieci. Zagrożenie jednak dociera i do niej, ponownie zmuszając do walki i znowu przecinając jej losy z losami Kade’a.

Illya i Rangan Shangari zostali schwytani przez ERD. Są uwięzieni i torturowani, poddawani kolejnym cierpieniom tylko po to, by zdradzili „tylne wejście” do najnowszej wersji Nexusa, pozwalające na aktywację oprogramowania submisji w umyśle każdego użytkownika nanonarkotyku na świecie.

Prowadzone są badania na dzieciach autystycznych, którym podano Nexusa, a także na dzieciach, którym podano nanonarkotyk jeszcze w czasie życia płodowego. Badania te wykazują, że połączone umysły dzieci uczą się znacznie szybciej niż ich rówieśnicy pozbawieni Nexusa. Jednakże eksperymenty wzbudzają kontrowersje. Prezydent USA uważa dzieci z Nexusem za zagrożenie. Kontroluje przebieg testów i zaleca przyspieszenie prac nad „szczepionką na Nexusa”, uważając nanonarkotyk za niemalże wirus. Jeśli poprawa nie nastąpi, planuje odizolować dzieci, zamknąć je z dala od społeczności ludzkich. Szacuje się, że nanonarkotyku używa już ponad milion ludzi i że za rok liczba ta wzrośnie kilkakrotnie, a wtedy może być już za późno na przeciwdziałania.

Ling jest córką Su-Yong Shu, którą Su stworzyła i zaprogramowała. Jest kopią jej własnych genów i pierwszym prawdziwym postczłowiekiem na świecie. Ta kilkuletnia dziewczynka posiada znacznie ulepszone DNA, a także bardzo pojemny mózg wspomagany nanobotami od chwili narodzin. Nie zdaje sobie jednak sprawy, do jakich celów została stworzona. Tęskni do matki, której umysł jest więziony przez jej ojca Chena i torturowany w celu uzyskania kolejnych rewelacji technologicznych.

Tak z grubsza przedstawiają się rysy fabularne drugiej części serii. Jak wspomniałem we wstępie, dla autora tym razem ważne było pokazanie moralnych i etycznych konsekwencji wypuszczenia na rynek ulepszonej wersji Nexusa, a zwłaszcza oprogramowania submisji. Kade nie jest przedstawiany tylko jako uciekinier: staje się także samozwańczym sędzią i katem, wymierzającym karę ludzkim potworom wykorzystującym jego wynalazek przeciwko innym użytkownikom. Jest także najbardziej poszukiwanym człowiekiem na planecie, gdyż posiada kody do tylnej furtki w systemie Nexus 5, i jak nietrudno się domyślić, pożąda ich niejedna wysoko postawiona osoba.

W Cruxie czytamy także o czymś zupełnie nowym: możliwościach uploadowania umysłu. To zjawisko ma miejsce w przypadku Su-Yong Shu, której umysł został zamknięty w specjalnie przygotowanej pułapce. Upload umysłu polega na całkowitym przekierowaniu swojego systemu Nexus 5 do ciała innej osoby, wyparcia jej jaźni i przejęciem nad nim całkowitej kontroli. Ta technologia jednak jeszcze nie jest dostępna. Nie dla wszystkich.

Tym, co spodobało mi się w Cruxie, było przedstawienie rozterek moralnych, refleksji bohaterów zastanawiających się nad swoimi czynami i ich konsekwencjami, nad tym, do czego posiadanie władzy absolutnej może doprowadzić. Nie ulega wątpliwości, że gdyby świat wyglądałby tak, jak w Cruxie, byłby bardzo groźnym miejscem, w którym przeżyliby tylko ci najlepiej przystosowani czy też te osoby, które posiadają odpowiednie kody do systemu Nexusa 5.

Pytanie, które Kade’owi nie daje spokoju przez całą powieść, a które brzmi: „Jesteś mądrzejszy niż cała ludzkość?”, ma nie tylko elementarny wydźwięk, ale także niesie ze sobą kwestię jednostki. Kade może udostępnić kody, tylną furtkę do umysłu każdego użytkownika znaną tylko jemu, w imię większego dobra, ale czy może sam decydować za miliony istnień? Czy ma prawo podjąć decyzję za ludzi, których nawet nie widział? I ostatecznie: czy Kade jest lepszy niż ktoś, kto chce siłą odebrać mu kody w imię słusznej sprawy? Przecież Nexus został stworzony po to, by łączyć umysły i ludzi, nie w celu pozbawiania ich kontroli nad sobą samymi. W efekcie więc które zło Kade ma wybrać? Oddać kody komuś, kto uważa, że musi ulepszyć świat, narzucić swoją wolę, by osiągnąć pożądany skutek, czy też zachować je dla siebie, nie dzielić się z nikim, strzec ich przed światem i używać tylko wtedy, gdy to konieczne? Czy jest mądrzejszy niż cała ludzkość? I jakie skutki będą miały jego decyzje i czyny w kwestii pojawiającego się kolejnego ogniwa ewolucyjnego, jakim jest postczłowiek?

Wojna między człowiekiem a postczłowiekiem dopiero się rozpoczyna. Bez wątpienia sięgnę po kolejną część przygód Kadena Lane’a, nie zważając na nieco drętwy język Rameza Naama. Jego styl nie musi wcale być kwiecisty, by zobrazować czytelnikowi to, co chce przekazać, a mianowicie zasadnicze pytanie: czy człowiek jest na tyle silny, by nie bać się zmian ewolucyjnych? Czy też, jak prezydent USA Stockton, będzie robił wszystko, aby zatrzymać ten proces sądząc, że jeśli pojawi się postczłowiek, człowiek wyginie?

Posługując się przykładem z Cruxa można zapytać na koniec: czy homo sapiens istniałby dzisiaj, gdyby neandertalczyk nie pozwolił przebiegać procesom ewolucyjnym, nie uczył się i nie rozwijał? Z pewnością nie.




Ramez Naam



sobota, 21 grudnia 2013

"Pokój straceń", Jeffery Deaver


            Wiadomo, że autorzy, którzy piszą którąś już tam z kolei książkę, mogą czasem popełnić powieść gorszą lub lepszą. Jeśli gdzieś na początku swojej literackiej kariery wyznaczą sobie wysoki pułap, to potem najczęściej ich utwory nie mogą się równać jakościowo z tym jednym jedynym „kamieniem milowym”. Zdarza się, że nowa książka będzie równie dobra co ta najlepsza, zdarza się nawet, że może być i lepsza. Przykładem może być tutaj Michael Crichton, którego przedostatnia książka, Następny, wielokrotnie przebiła kilka starszych, kultowych pozycji w dorobku tego bestsellerowego pisarza.

            Jeffery Deaver jest twórcą wielu powieści łączących w sobie kryminał, sensację i thriller. Kolekcjoner kości dzisiaj to już klasyka, podobnie Tańczący trumniarz, Błękitna pustka czy Zegarmistrz. Książek z Amelią Sachs i Lincolnem Rhymem w dorobku Deavera nie brakuje, a choć autor popełnił kilka powieści z innymi bohaterami w roli głównej, to ta dwójka jest przez czytelników zdecydowanie najbardziej lubiana. Zobaczmy więc, jak sprawy się z mają z najnowszą odsłoną tego śledczego duetu.

            Na Bahamach ginie Robert Moreno, antyamerykański działacz. Zostaje zastrzelony przez snajpera, a szkło z rozbitego pociskiem okna śmiertelnie rani także dwie inne osoby znajdujące się w pokoju: przeprowadzającego wywiad dziennikarza oraz ochroniarza Roberta.

Do Lincolna Rhyme’a przychodzi jego były partner, gliniarz Lon Sellito, i informuje go o zabójstwie. Jego zwierzchnicy chcą, aby kryminalistyk zajął się sprawą. Okazuje się także, że ma pracować razem z Nance Laurel, panią prokurator, która nie tracąc czasu przenosi się do tymczasowego biura, jakie Rhyme urządził w swoim domu. Zespół zaczyna badać sprawę morderstwa Moreno.

            W trakcie śledztwa wychodzi na jaw, że będzie trzeba pojechać na Bahamy zbadać miejsce zbrodni. Lincoln wraz ze swoim opiekunem Thomem i młodym policjantem Ronem Pulaskim wsiadają więc w samolot, a Amelia zostaje w Nowym Jorku i podąża śladem mordercy.

            Dla tych z Was, którzy znają powieści Deavera z Sachs i Rhymem w rolach głównych, fabuła będzie typowa. Pamiętamy o jego zamiłowaniu do zwrotów akcji, znamy sposoby, jakich używa, by zaciekawić czytelnika. I, mówiąc szczerze, wszystkie inne elementy występujące w Pokoju straceń także nie grzeszą świeżością, więc nie ma co się nastawiać na jakąkolwiek innowacyjność.

            Wygląda na to, że Deaver nie potrafi obecnie utrzymać tego pułapu, jaki narzuca kilka jego poprzednich, najlepszych powieści. Tym, co rzuca się w oczy najbardziej w trakcie lektury, jest zbyt duża liczba niewiarygodnych, lecz wygodnych dla autora zbiegów okoliczności. Wszystko idzie zbyt gładko, nie czujemy napięcia, a ciężko także miejscami powstrzymać ironiczny uśmieszek cisnący się na usta. Zwłaszcza wtedy, gdy na początku rozdziału Amelia wyrzuca swój telefon komórkowy, chwilę później idzie do budki telefonicznej zadzwonić, a na końcu rozdziału dostaje wiadomość sms. Hmmm. W następnym rozdziale autor owszem, pisze, że Sachs zaopatrzyła się w telefon na kartę, jednak w poprzednim widzimy, że trochę pospieszył się w tą wiadomością tekstową.

            Ta sama sytuacja nadal rozwija się bardzo niewiarygodnie, bo jakiś czas później okazuje się, że „ludzie” mordercy podłożyli podsłuchy w kilku budkach telefonicznych wokół miejsca, w jakim jest akurat Amelia. W takie rozwiązanie nie da się uwierzyć już wcale, no ale dobrze, darujmy już tego typu zabiegi autorowi.

            Fabularnie jest słabo. Deaver żongluje postaciami, jak i w swych poprzednich powieściach, ale tym razem wypada to wyjątkowo nieprzekonująco. Najpierw wskazuje na winę tego, potem tamtego, jednak robi to bez większych starań o umotywowanie swojego wyboru. Co ważniejsze, Rhyme, światowej sławy kryminalistyk, dopiero na czterysta którejś stronie książki zwraca uwagę na coś w materiale dowodowym, co powinno być wiadome od samego początku sprawy. Nie sposób dać wiarę temu, że mógł przeoczyć (czy też „nie zauważyć”, jak sam to określa) jeden z podstawowych dowodów w sprawie.

            Morderca. Tym razem mamy wyszkolonego, sprawnego i sadystycznego osobnika, który ma dojścia do sporych możliwości i nie waha się z nich korzystać. Przy okazji jest także zapalonym kucharzem, ciągle coś mu się kojarzy z tą czy tamtą potrawą lub składnikiem, zapachem itp. Najbardziej irytują jego porównania kulinarne do sposobów torturowania ludzi, bo są tak bardzo nie na miejscu, jak to tylko możliwe. Zdarzają się także niebezpieczne sytuacje, w których zapach czegoś tam przypomina mordercy jakąś potrawę. Tyleż to absurdalne, co niemądre. A w posłowiu Deaver pisze, że odsyła na stronę internetową, na której zamieszcza swoje przepisy na sposoby przyrządzania klasycznych dań.

            Pokój straceń nie wypada zbyt dobrze, niestety. Szkoda, bo nastawiłem się na trzymającą w napięciu rozrywkę, na fabułę zaskakującą i dynamiczną. Deaver jednak tym razem nie stanął na wysokości zadania.


            

czwartek, 5 grudnia 2013

Dan Brown, "Inferno"



Dan Brown. Nazwisko poważane przez jednych, przez innych uznawane za bardzo przereklamowane. Przyznam szczerze, że już od dosyć dawna zaliczam się do tej drugiej kategorii, co nie znaczy, że skreślam autora światowych bestsellerów zupełnie.

Po jego kolejnych książkach nie spodziewałem się zbyt wiele. Tak samo było w przypadku Inferno. Owszem, tematyka związana z ponadczasowym, wiekopomnym dziełem, jakim jest i będzie Boska komedia Dante Aligheri, zaintrygowała mnie ledwie tylko usłyszałem o nowej książce Browna. Z drugiej strony jednak od razu miałem świadomość, że dzieło to zostanie wykorzystane do nakreślenia kolejnej mocno naiwnej, a jeszcze mocniej naciąganej fabuły. Mimo to jednak, gdy poszedłem do „Żabki” po marlboro, dałem się skusić i przy okazji kupiłem egzemplarz Inferno. Jak przystało na ambitną literaturę, sześćsetstronicowa powieść (wraz z nie mniej chyba popularnym Doktor Sen Kinga) stała sobie wśród najnowszych wydań bardzo pobudzającej intelekt prasy, czyli „Pani domu” itp. itd. etc. Siła reklamy jest wielka, to można stwierdzić bez żadnych wątpliwości, widząc okładki tych książek w takich sklepach jak „Żabka” właśnie, na autobusach, billboardach, supermarketach, wszędzie. Jaki z tego wniosek? Otóż bardzo prosty. Wyłożyć kasę na reklamę, nagłośnić książkę, upchnąć ją gdzie się tylko da i sukces wydawniczy mamy murowany. Co z tego, że opinie mogą być nieprzychylne? Co z tego, że czytadło takie może aspirować co najwyżej do miana literatury rozrywkowej? Cóż z tego, że ambicji i głębi w tym tyle, co kot napłakał? No właśnie. Co z tego?

Już Wam mówię. Nic. Dosłownie nic, bo tu liczy się kasa, liczą się zwracające się wydatki i późniejszy zarobek. Inwestycja, która przynosi wielokrotnie większe od wkładu zyski. Taki właśnie jest biznes wydawniczy. Wydawnictwo, które na to stać, bierze książkę – mniejszego lub większego gniota – i kampanią reklamową sprawia, że gniot ten dociera do docelowych (czytaj: niewymagających intelektualnie) czytelników. Taka powieść nie musi, a nawet nie może być zbyt ambitna i wymagająca, ponieważ musi trafić w jak najszersze gusta – od tych płytszych aż po głębsze. Dan Brown doskonale zdaje sobie z tego sprawę i dlatego jego książki wyglądają właśnie tak, a nie inaczej. Pisze je według prostego przepisu na bestseller: musi być jakiś haczyk przyciągający uwagę (Boska komedia), musi być także wątek na czasie (przeludnienie na świecie), musi być wartka akcja i – co niemniej ważne – książkę musi się „lekko” czytać. Nie może zabraknąć także niespecjalnie skomplikowanych bohaterów, bo przecież jakby taki Langdon zaczął rzucać słówkami rodem z Mechanicznej pomarańczy Burgessa, to część czytelników by się chyba zapłakała z bezsilności. Dan Brown to wie. Wiedział to także Dean Koontz, choć akurat część bestsellerów tego pana to znacznie wyższa szkoła jazdy niż ma się to w przypadku autora Inferno.

Ale trochę odbiegam od tematu. Do rzeczy więc, okulary na nos (sorry, zapomniałem, że przecież nie noszę) i klawiatura w dłoń, a raczej dłonie na klawiaturę.

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami żyje sobie Robert Langdon. Pechowo okazuje się, że gdy odzyskuje przytomność, znajduje się w szpitalu. Jeszcze większy pech sprawia, że nie pamięta ostatnich wydarzeń i zupełnie nie wie, dlaczego się w tym szpitalu znalazł ani co mu się takiego stało. Jednakże Robert jest sprytny. Udaje mu się zlokalizować szwy na swojej głowie i po głębokim namyśle wyciąga totalnie logiczny wniosek: stało mu się coś w głowę.

Potem jednak jego samozadowolenie przygasa, gdyż wygląda przez okno pokoju i widzi wieżę Palazzo Vecchio. Ze zdumieniem stwierdza więc, że znajduje się we Włoszech (kilkakrotnie wcześniej ratował świat przez zagładą, sporo podróżował, więc wie, jak Włochy wyglądają). Pamięta, że w sobotę znajdował się jeszcze siedem tysięcy kilometrów dalej, na uniwersytecie Harvarda, więc gdy dowiaduje się, że ocknął się w szpitalu w poniedziałek, dwa dni później, informacja ta zabija mu ćwieka.

Szybko jednak odzyskuje rezon. Musi, bo do szpitala wpada jak burza potężnie zbudowana kobieta z irokezem na głowie i strzela do lekarza stojącego w drzwiach pokoju Roberta. Lekarz, jak to zwykle bywa po postrzale w klatkę piersiową, pada na podłogę i krwawi. Nic dziwnego. Na szczęście jednak w pokoju Langdona znajduje się także piękna lekarka, Sienna Brooks, która (nawykła do natychmiastowego reagowania w sytuacjach kryzysowych) niezwłocznie bierze sprawy w swoje ręce i pomaga osłabionemu Robertowi uciec przed znajdującą się jakieś trzy metry od niego zabójczynią. Potem, gdy zyskują nieco dystansu, profesora raz po raz nawiedzają tajemnicze wizje. Zdezorientowany nie wie, co o nich myśleć. Staje się medium? Aspirował do rangi wróżki? Po wypadku zyskał nadprzyrodzoną zdolność przewidywania przyszłości? Czy może obejrzał zbyt wiele horrorów i teraz może komunikować się ze zmarłymi?

Doprawdy, Langdon jest skołowany niczym ksiądz w burdelu. Widzi siwowłosą kobietę, mówiącą mu, że ona „jest życiem”, oraz postać w ptasiej masce twierdzącą, iż „jest śmiercią”. Kobieta przekazuje mu także, by „szukał, a znajdzie”, ale biedny Robert nie wie, czego ma szukać. Jest jednak erudytą, profesorem, a to, co widzi, nieodmiennie kojarzy mu się z jednym: Boską komedią Dante Aligheri.

Ok. To tyle, jeśli chodzi o początek fabuły książki. Teraz pora na kilka słów ode mnie.

Po lekturze kolejnej książki Browna mam nieodparte wrażenie, że autor uważa swoich czytelników za co najmniej naiwniaków (żeby nie użyć tutaj mocniejszego słowa). Nie starał się jak najbardziej uwiarygodnić historii opisanej w Inferno. Nie starał się nawet nadać pozorów prawdopodobieństwa większości z sytuacji, w jakich dzielny Langdon i waleczna Sienna muszą brać udział. Osłabiony Robert ciągle biega. Nie je. Nie śpi. Umysł pracuje mu z każdą upływającą chwilą coraz lepiej i coraz intensywniej. Szybko przestaje być także osłabiony. Bez wątpienia (jeśli akurat nie dostanie angażu przy kolejnej akcji ratowania świata od zagłady) załapie się na główną rolę w następnej kinowej odsłonie przygód Wolverine’a, bo zdaje się być jeszcze bardziej wytrzymały i niezniszczalny.

Ale to drobnostki, bo superhero zawsze dają rady. Tym, co niewymownie wkurza podczas lektury, są niezwykle naiwne i nieprawdopodobne wręcz rozwiązania fabularne. Nie mogę o nich pisać, by nie spamować, więc sami musicie stwierdzić czy dajecie wiarę temu i tamtemu rozwiązaniu. Ja po lekturze kolejnego bestsellera Dana Browna ostro zastanawiam się, jak ten świat jest poukładany, a także nad tym, jaka literatura zadowala czytelników. Żeby być szczerym trzeba jednak na koniec napisać, że Brown ma dość ciekawe pomysły odnośnie niektórych kwestii, że potrafi zdobyć się na oryginalny pomysł, czymś zaciekawić. Jednak to by było zaledwie kilka światełek we wszechobecnym mroku.

Podsumowując więc, Inferno jest co najwyżej średniawą książką, w której ciekawe są opisy miejsc, historyczne wzmianki na temat sztuki i ze dwa dobre pomysły, które – rozwinięte do maksimum kosztem niepotrzebnej, zbyt wielkiej ilości akcji – mogłyby uczynić z powieści książkę o wiele lepszą.

Do dzisiaj żałuję, że zamiast powieści nie kupiłem w tamtej „Żabce” trzech dodatkowych paczek marlboro. Miałbym znacznie więcej przyjemności z wydanych pieniędzy.

Biedny Dante Aligheri. Biedne marlboro. Biedny ja. Ech.
(I bogaty Dan Brown).



czwartek, 21 listopada 2013

"Infoszok", David Louis Edelman





            Ostatnio przybywa w literaturze fantastycznej książek, w których autorzy starają się stworzyć alternatywną dla człowieka, pełną modyfikacji nanonarkotykami czy nanomaszynami przyszłość. Niedawno miałem okazję przeczytać Nexusa Rameza Naama, technothriller o cyberpunkowym zabarwieniu, teraz – pierwszą część trylogii Skok 225, Infoszok. Między tymi dwiema powieściami zachodzą pewne podobieństwa, jednakże tylko w podejściu ogólnym: ludzki organizm jest modyfikowany, otrzymuje nowe możliwości, człowiek zmienia się, ewoluuje za pomocą zaawansowanej techniki. Lecz David Louis Edelman posunął się w swych wyobrażeniach znacznie dalej niż Naam, stworzył świat przyszłości o wiele bardziej złożony, w którym nanoboty pozwalają na programowanie ludzkiego organizmu. Jakby na to nie spojrzeć, pomysł trzeba uznać za zdecydowanie odważny.

            Zdarzeniem, które wywarło ogromny wpływ na zmianę wyglądu świata w Infoszoku, była „Rewolucja autonomiczna”, kończąca epokę myślących maszyn rzezią miliardów ludzi. Nastały nowe czasy, w których bio/logika zrodziła nową cywilizację. Różnice między światem rzeczywistym a wirtualnym prawie całkowicie się zatarły, a najpopularniejszym biznesem jest pisanie oprogramowania dla ludzkiej fizjologii. Ciało, umysł i soft stały się jednością, jak podaje opis z tylnej okładki powieści. Opis ten to jednak tylko bardzo skromny tekst, nie oddający w żadnej mierze złożoności świata, jaki wykreował Edelman.

            Czym są programy bio/logiczne? Są to zestawy instrukcji, które użytkownik może nadać do nanomaszyn w swoim organizmie, i przez to wywołać określoną reakcję/ zmianę. Jak łatwo się domyślić, ludzie używają nanomaszyn, by ułatwić sobie życie bądź pracę – gdy ktoś nie chce spać, a odczuwa senność, włącza program NieŚpij 93. Nanomaszyny w organizmie wydzielają większe ilości adrenaliny do krwiobiegu i po kilku sekundach człowiek jest na powrót przytomny i czujny.

            Bio/logika jest w powieści Edelmana interesem, na którym miliony działających na wolnym rynku feudokorpów (prywatnych firm, złożonych z mistrza i kilku czeladników) i finansowanych prywatnie bądź publicznie memekorpów dostarczają ludności świata oprogramowania. Są to najprzeróżniejsze programy – zmieniające kolor oczu, skóry, regulujące czynności organizmu. Przy takich możliwościach ograniczeniem dla programistów jest tylko ich własna wyobraźnia i umiejętności. Natch, główny bohater Infoszoku, jest mistrzem swojego feudokorpu i niezwykle zdolnym, energicznym i ambitnym człowiekiem. Niejednokrotnie posuwa się do nieczystych zagrywek, by jego oprogramowanie mogło przebić się na rynku i przynieść zyski, co dla początkującego feudokorpu nie jest zadaniem prostym. Dlatego gdy premiera nowego oprogramowania – Nocnego Jastrzębia –  przodujących na rynku braci Patel zbliża się, obmyśla plan sabotażu. W planowaniu i wprowadzeniu w życie tego posunięcia pomaga mu dwójka czeladników: czterdziestokilkuletnia Jara i inżynier Horvil. Plan zakłada rozsianie w dzień premiery programu braci Patel plotek o ataku czarnego, nielegalnego kodu na Skarbiec, miejsce, w którym zgromadzone są oszczędności milionów ludzi. Kiedy nadchodzi ten dzień, zdziwieni Horvil i Jara stwierdzają, że atak rzeczywiście miał miejsce, a premiera Nocnego Jastrzębia została opóźniona. Plan się udał, a nowy program Natcha – Nocny Wzrok – wskoczył na pierwsze miejsce listy popularności. Co prawda tylko na czterdzieści kilka minut, ale jednak.

            Tak właśnie zaczyna się fabuła Infoszoku i z góry przesądza o tym, z czym w powieści będziemy mieli do czynienia. Bo poza drugą częścią książki, w której czytamy o dorastaniu Natcha, niemal cała powieść traktuje o zmaganiach feudokorpu głównego bohatera na rynku bio/logiki. Niemal cała, bo z czasem okazuje się, że Natch stoi u progu zupełnie nowego odkrycia, kolejnej rewolucji, która odmieni świat i da ludzkości zupełnie nowe możliwości.

            Pierwszy tom trylogii Skok 225 wprowadza nas w świat złożony, w którym funkcjonują multipołączenia, Morze Danych, MyśloPrzestrzeń, multipustka. Ludzie zmieniają swoje nastroje za pomocą bio/logicznych programów, biorą udział w wirtualnych spotkaniach nie ruszając się z mieszkań, chodzą ulicami między prawdziwymi ludźmi i wirtualnymi projekcjami niemal nie do odróżnienia od rzeczywistych osób. Układ Słoneczny został skolonizowany, możliwa jest (choć niezwykle droga) teleportacja z Ziemi na Księżyc i odwrotnie. Dzięki zaawansowanej technice człowiek może obejść wiele ograniczeń. To właśnie technika jest kluczowym elementem powieści Edelmana, który – w przeciwieństwie do Naama i jego Nexusa – postawił raczej na naukową stronę tworzonego świata niż na wciągającą, wartką akcję.  Autor postarał się, aby dość skomplikowany obraz całości wypadł wiarygodnie, odsuwając na nieco dalszy plan napięcie i akcję. Mimo to książkę czyta się szybko, relacje Natcha z czeladnikami wciągają, profile psychologiczne Jary i Horvila są  ciekawe, podobnie jak zmagania feudokorpu na programistycznym rynku. Opisy stosowanych technologii także wydają się raczej łatwo przyswajalne, czasem tylko trzeba zatrzymać się nad jakąś partią tekstu i postarać się zrozumieć bądź wyobrazić sobie dany opis. Z tego powodu Infoszok może okazać się lekturą nie dla wszystkich, ale fani fantastyki powinni być zadowoleni, jeśli nastawią się na świat nieco ambitniej wykreowany, lecz pozbawiony mknącej do przodu akcji.


            Infoszok stanowi wprowadzenie do świata trylogii Skoku 225. Wydarzenia, jakie zapowiada, a także pytania, które pozostawia, wydają się być wstępem do naprawdę interesującej lektury pozostałych dwóch części. Ja po nie sięgnę, a Wam polecam na razie otworzenie umysłu na intrygujący świat Infoszoku i poznanie książki. Nie można przecież ciągle czytać mocno wyeksploatowanych, mało oryginalnych, wtórnych i – o zgrozo – modnych powieści o zombie. Prawda?